Strona główna Współpraca Międzynarodowa Doświadczenia stypendystów
Staż w Konsulacie - wrażenia praktykantki

Na przełomie lipca i sierpnia 2004 roku odbywałam praktykę w Wydziale Konsularnym Ambasady RP w Pekinie. Brzmi to bardzo szumnie i dumnie i.... tak też było ;). Po raz pierwszy i być może ostatni w życiu miałam w swoich rękach informacje "rangi państwowej"; po raz pierwszy i być może ostatni miałam możliwość zadecydowania (oczywiście w sensie instrumentalnym) kogo i na ile wpuścić do naszego kraju, który, jak to zwykle bywa, nie wszystkich wita z otwartymi rękoma. Czasami wystarczyłaby drobna pomyłka techniczna...przypuśćmy że zamiast np. dziesięciu dni dozwolonego pobytu wydrukowałabym wizę z jednym zerem więcej i... już mięlibyśmy kolejnego Chińczyka rozkręcającego półlegalny biznes w Polsce.

Sama praktyka była więc ciekawa, choć oczywiście momentami przytłaczająca nadmiarem rutynowych czynności, z których łatwo się czasami wybić. Po „godzinach" z lubością oddawałam się eksploracji Pekinu. A niewątpliwie było co zwiedzać. Mimo usilnych starań komunistów by zmieść z powierzchni ziemi wszystko co „kulturalne", ocalało sporo. Najbardziej utkwiły mi w pamięci: Świątynia Niebios, Pałac Letni, Zakazane Miasto (chyba lepiej obejrzeć jednak „Ostatniego Cesarza" Bertolucciego), Świątynie Lamajskie i Taoistyczne.

Niezapomnianym przeżyciem były również wizyty w tybetańskiej knajpce, gdzie pracowali zaprzyjaźnieni z Konsulem Tybetańczycy. Tam, przy smakowitym mięsie z jaka, campie, śpiewach i tańcach można było zapomnieć o tym co dzieje się tysiące kilometrów na zachód, 4000 m.n.p.m. Urzekający folklor tybetański, jest niestety jedyną formą autoekspresji Tybetańczyków tolerowaną przez władze ChRL. Dla Chińczyków być może „kolorowy jarmark", dla nich samych nośnik narodowej dumy. Rozmowy z Tybetańczykami, takimi jak je zapamiętałam, wolne były od swoistego napięcia jakie czasami pojawiało się w kontaktach z Chińczykami, tego przytłaczającego wysokiego kontekstu, konieczności czytania między wierszami.

Oczywiście „zaliczyłam" również żelazny punkt każdego turysty odwiedzającego Chiny - Mur Chiński. Byłam akurat w miejscu nie tak tłumnie odwiedzanym przez turystów: Sematai. Przyznaję, że Mur robi wrażenie i nawet natrętne babcie sprzedające wodę, powtarzające jak mantrę: " You don't have water, you buy water" nie były w stanie go zepsuć.

Prawdziwą przygodę przeżyłam jednak w drodze do zabytkowej miejscowości, której mury pamiętają jeszcze czasy dynastii Ming - Pignao. W autobusie jadącym do miasta przesiadkowego Tai Yuan poznałam fryzjera, właściciela „salonu piękności" w stolicy Shanxi. Ponieważ Mój nowy „przyjaciel" nie znał ani słowa po angielsku, nasze konwersacje opierały się na nerwowym wertowaniu słownika angielsko - chińskiego. Mimo utrudnień w komunikacji, udało mu się namówić mnie na zmianę fryzury. Moje doświadczenia z „salonu piękności" były niezapomniane i jak się okazuje dobrze, że tylko na tym się skończyło. Niedługo po powrocie do kraju, w książce „Życie codzienne w Pekinie" bodajże Łochowskiego, wyczytałam, że salony piękności bywają w Chinach przykrywką dla instytucji o nieco bardziej hedonistycznym charakterze.

Ponieważ biały nie powinien podróżować, zdaniem Chińczyków, samotnie, w busie z Tai Yuan do Pingyao „zaprzyjaźnili się" ze mną studenci z Hebei. Od tej pory nie było już mowy o rzetelnym zapoznawaniu się z artefaktami kultury i cywilizacji Chińskiej. Zwiedzanie z młodymi Azjatami opierało się na jeździe samochodem dookoła murów obronnych Pignao, z krótkimi postojami na sesję zdjęciową. Przyjaciel moich przyjaciół (a więc także i mój), miejscowa „szycha", pracujący w branży tytoniowej, po krótkich konwersacjach ze strażnikami wpuszczającymi do środka antycznego miasta, przeplatanych dyskretnym wciskaniem paczek papierosów, załatwił wjazd do miasta samochodem. Nie szkodzi, że teoretycznie jest to niemożliwe i absolutnie zakazane.
Byłam wówczas świadkiem zabawy, czegoś w rodzaju „papier, kamień nożyczki". Przegrany, zgodnie z ichniejszym zwyczajem wstał od stołu w stanie mocno wskazującym. U Łochowskiego przeczytałam później, że zabawa ta jest sposobem na oddelegowywanie jednego dyżurnego pijaka wieczoru. Nie ma zwyczaju, tak kultywowanego u nas, solidarnego upijania się wszystkich na umór.

Pobyt w Pekinie nie był oczywiście bajką. Zdarzały się momenty totalnej bezradności, niemal wyuczonej, poczucia zwątpienia w ludzką godność, po prostu walenia głową w mur bariery wynikającej nie tylko z różnic kulturowych, ale zwyczajnie różnic między człowiekiem wychowanym w jako takim dobrobycie, a człowiekiem, który od kołyski o wszystko musiał walczyć. Chiny, w języku politycznie niepoprawnym, są wciąż Trzecim Światem, w którym jak wszędzie na świecie, brak zaspokojenia potrzeb elementarnych nie sprzyja wznoszeniu się na wyżyny altruizmu.

Na koniec przepis na udaną Chińszczyznę: zapas tolerancji + szczypta asertywności + autodystans + sensation seeking + bilet lotniczy do Chin (może być w jedną stronę) + duuużo cierpliwości w targowaniu

Uwaga! Potrawa może uzależniać!

Kornelia Zakrzewska

 
© Szkoła Wyższa Psychologii Społecznej, ul. Chodakowska 19/31, 03-815 Warszawa, tel. 22 517 96 00