Działalność naukowa
| Praktyka w International Relations Office Maltepe University w Istanbule |
|
Rok temu, kiedy mówiłem znajomym, że wyjeżdżam na wymianę studencką do Turcji, większość pytała czy jestem pewien że to dobra decyzja... Nadal nie potrafię im odpowiedzieć, bo nie wiem co by się wydarzyło, gdybym pojechał do Szwecji, Niemiec czy Wielkiej Brytanii. Ale gdybym mógł jeszcze raz wybierać, wybrałbym Turcję. Semestr letni 2007/2008 spędziłem jako student Maltepe University w Istambule. Czas bycia Erasmusem dostarczył mi nowych wrażeń, wspomnień i znajomości. Nauka w wydaniu akademickim nie była wtedy priorytetem. Podczas pobytu na stypendium poczułem chęć głębszego poznania kultury Turcji i jej codzienności. Postanowiłem więc zostać w Istambule dłużej, korzystając z możliwości odbycia praktyk zagranicznych w ramach LLP Erasmus. Formalności w przypadku wyjazdu na praktyki były minimalne. Wszystko ograniczyło się do ustalenia i podpisania Training Agrement. W październiku 2008 r. zacząłem staż w Biurze Współpracy Międzynarodowej Maltepe University w Istambule. Już od pierwszych dni miałem wrażenie, że pracuje się tutaj nieco inaczej...
Praca asystenta polegała na robieniu wielu pozornie nie związanych ze sobą rzeczy. Biuro było zazwyczaj pełne ludzi, zadających mnóstwo pytań dosłownie o wszystko. Nie omijała mnie praca "w terenie" i podstawowa znajomość tureckiego bardzo się przydała. Moim głównym zadaniem było ułatwianie adaptacji do nowych warunków studentom programu Erasmus i urozmaicanie czasu podczas ich pobytu. W praktyce zadania obejmowały m.in. koordynowanie planu zajęć, nudnawe prace biurokratyczne, wspomaganie w planowaniu budżetu biura, wycieczki (czasem wyprawy) po różnych urzędach czy rozliczanie wyjazdów służbowych kadry naukowej. Podczas stażu udało się nawiązać współpracę z ESN, co dodało tempa życiu towarzyskiemu. Na szczęście nie ominęło mnie organizowanie zwiedzania miasta i wyjazdów do różnych zakątków Turcji. Wspólnie odwiedziliśmy m.in. Polonezkoy, Izmir, Efez, Sirince i Safranbolu. Wyprawa do Damaszku w Syrii pozwoliła jeszcze głębiej zanurzyć się w kulturę muzułmańską. Muszę przyznać, że w Turcji poznałem zupełnie inny system pracy niż ten, do którego przywykłem. Odniosłem wrażenie, że nie sposób się przepracować. Praktycznie w każdej organizacji, od uniwersytetu po kasy biletowe na dworcu, lunch, kawa i herbata to codzienne i kluczowe elementy dnia pracy. Na wszystko pozostałe często można usłyszeć stwierdzenie „gerek yok", czyli „nie ma przymusu". Prawie każda napotkana osoba na początku rozmowy zapytała „nasilsiniz? - jak się masz?" i oczywistą (jedyną właściwą) odpowiedzią jest „iyi - znakomicie". Równie często można usłyszeć „kolay gelsin" - odpowiednik amerykańskiego „take it easy". Niemal codziennie odnosiłem wrażenie, że efektywność pracy i nastawienie zadaniowe nie jest tak ważne jak utrzymanie dobrych relacji i poczucia wspólnoty. Nie wypadało po prostu wejść, załatwić podpis czy pieczątkę, podziękować i wyjść. Druga osoba oczekiwała rozmowy, wypicia herbaty, podzielenia się wrażeniami z ostatnich dni. Dlatego czasem pozornie proste zadania zajmowały więcej czasu ze względu na utrzymanie dobrych stosunków z innymi pracownikami. Ciekawym doświadczeniem było zetknięcie się z całą masą różnych reguł, które po prostu istnieją i powinny być przestrzegane. Na pytanie „dlaczego ?" często można usłyszeć odpowiedź „bo tak mówią zasady". Przyzwyczajony do faktu, że za daną zasadą stoi jakieś uzasadnienie (choćby pozorne), początkowo czułem lekki sprzeciw wobec niezliczonych znaków zakazu i nakazu. Szybko zorientowałem się, że w praktyce żadna reguła nie była powszechnie respektowana. Wystarczy wymienić np. niezauważalny zakaz palenia, używania telefonów komórkowych w autobusach albo zasadę siadania w autokarach wyłącznie z osobami tej samej płci. W końcu jeden ze znajomych Turków wyjaśnił mi pewną nadrzędną regułę - „nie przejmuj się zasadami". W końcu „gerek yok..." Jednym z większych wyzwań, a zarazem ciekawych doświadczeń była komunikacja. Niewiele osób mówi po angielsku, ale większość za wszelką cenę chce porozmawiać. Bariera językowa skłania od razu do poznania co najmniej kilkunastu podstawowych zwrotów w języku tureckim, umożliwiających zrobienie zakupów czy skorzystanie z taksówki. Części znaczeń można domyślać się z kontekstu, który jest naprawdę ważny w komunikacji. Często informacja przepływa między wierszami, czasami trzeba bardzo uważać jak się załatwia różne sprawy żeby nikogo nie pominąć ani nie urazić. Ważne jest, w jaki sposób mówi się o autorytetach i czy przykłada się wagę do hierarchii. Nie wolno zapominać o szacunku dla najwyższego z autorytetów - Mustafie Kemalu Ataturku, twórcy Republiki Tureckiej. Znajomość podstawowych faktów z jego życia zapewnia podziw i przychylność bardzo wielu ludzi. Portrety i pomniki Ojca Turków są powszechnymi elementami przestrzeni publicznych i prywatnych. Wchodząc o krok dalej w zagadnienie komunikacji w życiu codziennym należy wspomnieć, że wiele słów i zwrotów w języku tureckim odnosi się do tradycji wspólnoty wiernych. Często używa się określeń „hocam - mój nauczycielu", „macam/babam - mój wujku/ojcze", „abi czy kardesim - starszy bracie/bracie". Okazuje się w ten sposób szacunek i dobrą wolę, a jednocześnie są to zwroty potoczne. No ale jak tu się nie dziwić, kiedy facet w kolejce przede mną kupując papierosy mowi: „Marlboro Light, wujku" albo „Po ile dziś winogrona, bracie?" Ponadto, wiele zwrotów codziennych bezpośrednio odnosi się do religii - „evallah - dziękuję", „masallah - wspaniale", „insallah - mam nadzieję, że tak się stanie" czy „allahismarladik - do widzenia". To różnice w komunikacji, z którymi nieraz ciężko sobie poradzić, bo „evallah" w ustach Polaka może brzmieć całkiem zabawnie. Jakkolwiek by nie brzmiało, Turcy doceniali każdą próbę komunikacji w ich języku i reagowali niezwykle entuzjastycznie. Jest jeszcze wiele różnic i ciekawych doświadczeń, które można by opisać. Banalny wniosek brzmi: trzeba pojechać i samemu się przekonać. Bo kiedy poczucie „inności" słabnie i różnice przestają tak bardzo dziwić, zaczyna się dostrzegać podobieństwa. Potem przychodzi refleksja czy faktycznie aż tak bardzo się różnimy... Wojciech Ciemniewski |


