logo

logo uswps nazwa 3

Paweł Rak, stając się Popkiem Monsterem, zrobił 5 marketingowych kroków, które pozwoliły mu zostać Królem – Albanii, ale i YouTube. Zrobił to zapewne bardziej intuicyjnie niż planowo, ale za to z sukcesem! Wiedział, że nic tak nie porywa i angażuje odbiorców jak wiarygodna oraz ważna dla nich opowieść. Taka, która odwołuje się do uniwersalnych prawd i przez to trafia do wielu osób. A jeśli jeszcze opowieść odwołuje się do emocji, to sukces gwarantowany. Popek Monster świetnie się przy tym bawił, co natychmiast udzielało się jego fanom. Krótko mówiąc: Król Albanii do perfekcji opanował zasady nowoczesnego marketingu. Czego jeszcze mogą nauczyć się od Popka specjaliści budujący marki?

Spotkanie odbyło się w ramach udziału Uniwersytetu SWPS na Transatlantyk Festival 2017.

 

258 michal lutostanski

Prelegent

dr Michał Lutostański – socjolog. Zajmuje się badaniem młodzieży, subkultur oraz muzyki. Interesuje się różnicami międzypokoleniowymi oraz zróżnicowaniem wewnątrzpokoleniowym. Analizuje zachowania młodzieży na koncertach oraz wpływ muzyki na ich styl życia. Prowadzi badania konsumenckie. Współpracował z cenionymi czasopismami z zakresu marketingu i badań rynkowych. Autor publikacji „Brzydkie słowa, brudny dźwięk. Muzyka jako przekaz kształtujący styl życia subkultur młodzieżowych” (2015).

Obalmy pewne mity: depresja to nie lenistwo czy popadanie w melancholię. To ciężka choroba XXI wieku, której się nie wybiera. Stan permanentnego smutku, przygnębienia i braku chęci do działania to tylko niektóre skojarzenia, które łączymy z tym słowem. Osoby dotknięte depresją lub ich najbliżsi, udręczeni chorobą, ciągle szukają odpowiedzi na wiele gnębiących ich pytań. Podobnie jak twórcy światowej kinematografii. Wielokrotnie próbowali zmierzyć się z tematem depresji. Oczywiście z różnym skutkiem. O depresji w kinie opowie socjolożka i kulturoznawczyni, Patrycja Paczyńska-Jasińska, która zaprezentuje subiektywny przegląd filmów, poruszający tematykę depresji.

Reprise. Od początku raz jeszcze... (2006)

Wraz z nadejściem Nowego Roku, nasze postanowienia nabierają podwójnej mocy: „W przyszłym roku będę lepszym partnerem dla mojej kobiety”, „Nie będę bagatelizować skutków miłości”, „Nauczę się norweskiego”. A gdyby tak zapomnieć o tym, co przyniosło życie i „Reprise. Od początku, raz jeszcze…”? Dom, rodzina, praca, pasja, miłość – wszystko można zacząć od początku, pytanie tylko: Jak? Jak poradzić sobie, gdy dusza cierpi? Gdzie znaleźć rozwiązanie? Co zrobić, gdy przeżywam kryzys egzystencjalny?

Melancholijna opowieść o dojrzewaniu dwóch początkujących literatów intryguje wyrafinowaną formą. Philip i Eryk żyją w świecie ustawicznego rozpadu. Entropia przenika wszystkie wymiary ich egzystencji, dla której heroicznie i rozpaczliwie starają się odnaleźć porządek. Na początku filmu przyjmujemy, iż struktura fabularna jest identyczna z uporządkowanym w pewien sposób zbiorem wydarzeń przedstawionych w dziele filmowym. Jest sukces, jest kariera i nagle jest drżenie rąk, zamyślenie, frustracja i atak na własne życie…

Wiadomo, że Philip nie popełnia samobójstwa. Rozcięcie policzka oraz lewej ręki może oznaczać odcięcie się od starego Philipa. Przecięcie twarzy na pół – nowe życie. Pocięcie ręki może oznaczać, że główny bohater chciał okaleczyć „narzędzia”, które dają mu pieniądze i sławę – by nigdy więcej nie móc nic napisać. Rany na ciele to odcięcie się od tamtego świata, oszpecenie tamtego życia.

Bez melancholii i nostalgii trudno wyobrazić sobie skandynawską sztukę. Smutek przenika niemal każdy czarno-biały kadr. Ulice Oslo, nawet gdy rozświetla je wiosenne słońce, wydają się szare i ponure. Wizyta w Paryżu szybko zamienia się w ulotne wspomnienie, któremu patronuje nieokreślona tęsknota. Cały czas obraca się w tematyce: bólu, samotności, kryzysu egzystencjalnego czy rywalizacji.

Ponury, pesymistyczny klimat filmu buduje specyficzna „psychizacja krajobrazu” – kolejne stadia erozji przyjacielskich więzi i kolejne etapy wymykania się życia spod kontroli. Na szczęście samo zakończenie daje dużo do myślenia i napawa pozytywną energią. W końcu zawsze można zacząć wszystko od początku, raz jeszcze…

Tajemnice Bridgend (2015)

Bridgend w południowej Walii, zaledwie 40-tysięczne miasteczko, tylko z pozoru jest spokojnym miejscem do życia. Zostało wyklęte przez międzynarodową prasę. W latach: 2007-2012 życie odebrało sobie tutaj blisko 80 nastolatków. Wszelkie niepowodzenia, kłopoty w szkole, brak wyrozumiałości ze strony rodziców czy okres buntu rozwiązywali w ten sam sposób – przez powieszenie.

Do dnia dzisiejszego motyw oraz czynniki sprzyjające samobójstwom nie do końca są wyjaśnione. Zaczęło się od Dala Crole'a, 18-latka, który powiesił się w opuszczonym magazynie. Tydzień później w ten sposób zmarł jego najlepszy przyjaciel, 19-letni David Dilling. Tak nakręciła się spirala samobójstw. Niektórzy rodzice ofiar winą obarczyli media, twierdząc, że ich dzieci, cierpiące na depresję, mogły być popchnięte do ostateczności przez niepotrzebne rozdmuchiwanie informacji o samobójstwach. Według innej teorii za plagą samobójstw mógł stać jakiś kult samobójców, motywowany efektem Wertera, zgodnie z którym jedno samobójstwo prowadzi do drugiego, zwłaszcza w małych społecznościach lub rodzinach. Nie wyjaśnia to jednak faktu, że ofiary prawie za każdym razem wybierały powieszenie zamiast innych metod odebrania sobie życia.

W mieście zapanowała psychoza rodem z filmów Hitchcocka. Rodzice i nauczyciele przestali ufać podopiecznym. Kilka minut spóźnienia dziecka ze szkoły pobudzało wyobraźnię dorosłych. Najczęściej pojawiało się pytanie „dlaczego?”.

Odpowiedzi poszukiwał Jeppe Rønde. Nie jest on jednak pierwszym filmowcem, który zmierzył się z tematem Bridgend. Wcześniej tematem zainteresował się amerykański dokumentalista John Michael Williams, którego obraz – również zatytułowany „Bridgend” – miał swoją premierę w 2013 roku. W filmie obejrzeć można wiele rozmów z mieszkańcami, znajomymi i przyjaciółki zmarłych. Williams ukazał poważny problem, który został zlekceważony przez policję i lokalne władze.

Klimat filmu od samego początku napawa niepokojem. Pierwsza scena ukazuje psa, który węsząc w poszukiwaniu swojego pana, natrafia na wisielca. Z każdą kolejną minutą film staje się coraz cięższy. Oto grupka dzieciaków spędza wolny czas nad rzeką – rozmawiają, coś popijają, bawią się. W pewnym momencie wskakują do wody, lecz nie tyle pływają, co po prostu unoszą się na powierzchni, przypominając… topielców. Po chwili wstają ubierają się i niczym wilki, wyją do księżyca, wykrzykując imiona zmarłych kolegów – czczą ich.

Film Rønde’a nie daje jednak gotowych odpowiedzi, raczej serię niezwykle sugestywnych scen, przy dźwiękach niepokojącej muzyki, sugeruje i podpowiada, a wyciągnięcie wniosków pozostawia widzowi.

Manchester by the Sea (2016)

Od dawna reżyserzy przykładają wagę do tematu rozłąki i śmierci, żaloby i radzenia sobie ze stratą. „Manchester by the Sea” kręci się wokół poczucia winy i atmosfery funeralnej.

Lee Chandlera (Casey Affleck) poznajemy w klaustrofobicznych pomieszczeniach, gdzie przykręca śruby, montuje półki i irytuje się zachowaniem lokatorów. Nie odpowiada na powitania, a jego zachowanie i podejście do świata może drażnić. Wraz z rozwojem wydarzeń i kolejnymi retrospekcjami rozumiemy już, dlaczego ma taki stosunek do świata. Pewnego dnia dostaje telefon z informacją o śmierci brata. Wraca do rodzinnego miasteczka i musi poradzić sobie z nową-starą sytuacją. Na domiar „złego”, brat zapisał w testamencie opiekę nad swoim 16-letnim synem. Jak łatwo się domyśleć nasz bohater zostaje przyparty do muru. Powrót w rodzinne strony przywołuje tragiczne wspomnienia, które na trwałe zmieniły Lee i odebrały szansę na szczęście… To film o miłości, ale też i opowieść o rozpaczy, tak dojmującej, że łzy to za mało. Pozbawiona banału historia, dzięki znakomitemu scenariuszowi Lonergana, zakotwicza się w pamięci i sprawia, że jednocześnie chcemy o niej zapomnieć i chcemy pamiętać. Reżyser/scenarzysta w inteligentny sposób pokazuje, jak duchy przeszłości wpływają nie tylko na bezpośrednio zainteresowanych, ale również na ich najbliższych.

Nasze życie naznaczone jest tragediami, mniejszymi lub większymi, po których zazwyczaj się podnosimy. Często staje się jednak odwrotnie. Doszukując się własnej winy, karmimy się izolacją, za którą idzie całkowite odwyknięcie od prostych, codziennych spraw. Film Lonergana to pochwała codzienności. Obok zwyczajnych sytuacji, biegnie druga linia: emocji, trudna do okiełznania.

Ostatnia rodzina (2016)

Czy Beksińscy byli wyzwoleni? Zapewne tak. Wolne ptaki? Jakżeby inaczej. Dzieliło ich wiele. Poczynając od filozofii, muzyki, spojrzenia na cielesność czy politykę. Łączyło jedno: rozmowa. Potrafili godzinami kłócić się, płakać, śmiać i krzyczeć. Zawsze na poziomie i z klasą. Można powiedzieć, że rodzina z wyższych sfer, ale z takimi samymi problemach jak my wszyscy.

Boom na Beksińskiego w polskiej i światowej popkulturze zrodził się w 2005 roku. Po tragicznej śmierci malarza, młodzież dowiedziała się, kim był artysta z Sanoka. To ogromna strata dla sztuki – mówili jedni. To rodzina przeklęta i jakieś fatum nad nimi wisiało – dopowiadali drudzy.

Za film o niezwykłym, pełnym ciepła człowieku i jego synu, który może się wydawać – zawsze był w cieniu ojca, zabrał się Jan Matuszyński. Miał ułatwione zadanie, bo Beksiński pozostawił po sobie niezliczoną liczbę materiałów w formie listów, zapisu na taśmach, kasetach magnetofonowych czy video. Prowadził też od 1993 roku dziennik komputerowy. Prace nad filmem trwały lata, ale warto było czekać.

„Ostatnia rodzina” to film kompletny. Bardzo prywatny, spokojny i stonowany obraz. Reżyser świadomie chciał, abyśmy poczuli zapach ugotowanych ziemniaków, przełączali kolejne piosenki i uchylili okno gdy było duszno. To dramat osobisty, ale i świetna szkoła życia.

Jak mówimy o depresji, to zwróćmy uwagę na postać Tomasza Beksińskiego, bo to postać niezwykła. Osoba o co najmniej dziesięciu obliczach. Nie należy do osób „normalnych” w prostym słowa znaczeniu. Od momentu przyjścia na świat chce się zabić. Jego psychoza maniakalno-depresyjna szokowała. Odtwarzane na Youtubie wywiady z Tomkiem Beksińskim obnażają postawe Tomka do świata, a w jego ironii pobrzmiewa wołanie o pomoc. Tomasz był rozpieszczonym dzieckiem i to również da się zauważyć w filmie.

Doszukałam się w zapiskach Zdzisława Beksińskiego wspomnień tuż po śmierci syna: „Nad ranem o godzinie 7:10 przyśnił mi się Tomek. Wychodziłem z kuchni i skręcałem w stronę pracowni, a Zosia była w łazience. I nagle naprzeciw stoi Tomek. Radość: a wiec żyje! I nagle widzę, że nie ma oczu, nosa i ust. Rzucam się do tyłu i padam na wznak na podłogę. Tupię nogami. Chcę wydać wrzask rozpaczy? Strachu? Czyżby to była prosta reminiscencja?” Rodzice kochali Tomka nad życie i to się czuje w tym obrazie. Czasami jednak nie wszystko kończy się happy endem, a depresja i to przenoszona od lat i nieleczona, okazała się silniejsza od woli życia.

Frank (2014)

Film produkcji brytyjsko-irlandzkiej opowiada historię dwudziestokilkuletniego Jona, który w wyniku pewnych zaskakujących wydarzeń trafia do zespołu muzycznego pełnego osobistości. To muzycy, którzy niedawno opuścili psychiatryk i każdy na swój sposób układa życie od nowa. Na czele bandu stoi tytułowy Frank, którego podejście do twórczości i muzyki fascynuje nie mniej niż jego sztuczna głowa.

Podczas tego filmu następuje swoista edukacja widza, język filmu zostaje przełożony na język psychologii, a uczestnik seansu uczy się odróżniania zawartych w medium faktów i mitów dotyczących zjawisk społecznych, czy lepszego rozumienia wpływu artystycznej wizji na tworzenie obrazu siebie i świata.

Liczne produkcje filmowe nie są wolne od przedstawiania świata i ludzi w sposób stereotypowy. Jednym z bardziej jaskrawych przykładów są portrety osób chorych psychicznie. Brak krytycznej refleksji nad zjawiskami przedstawianymi w filmie może nie tylko prowadzić do społecznej legitymizacji stereotypu, ale wręcz do jego behawioralnego przejawu, czyli do dyskryminacji. Na szczęście inteligentny zabieg reżysera w 3/4 filmu sprawia, że „Franka” nie zaliczamy do tego samego, filmowego worka. Jego problemy są rozłożone na czynniki pierwsze, a emocje aż kipią z ekranu.

„Frank” urósł do rangi filmu o szeroko rozumianej wirtualności, próbie wyjścia poza ograniczenia tu i teraz i przekroczeniu ustalonych granic. To klasyczne ciepłe i wzruszające niezależne kino o złamanych przez los outsiderach, o cierpieniu i bezbronności oraz uzdrawiającej sile muzyki. Niekoniecznie takiej, która podbija listy przebojów.

 

setoci2

Więcej tekstów autorki na blogu
setoci.com

258 sPatrycja Paczyńska Jasińska blog

O autorce

Patrycja Paczyńska-Jasińska – rocznik 1987. Absolwentka socjologii (specjalność: komunikacja społeczna) na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach oraz kulturoznawstwa (specjalność: filmoznawstwo) na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Jest doktorantką na Wydziale Nauk Społecznych Uniwersytetu Śląskiego, na kierunku socjologia. Obecnie pracuje na Uniwersytecie SWPS w Katowicach, gdzie jest koordynatorką ds. marketingu oraz pełni funkcję opiekuna naukowego Koła Naukowego Psychointerpretacje. Działa również społecznie na rzecz rozwoju dzieci i młodzieży w ramach projektów: Strefa Młodzieży i Strefa Psyche. Współpracuje również z "Warsztaty Realizatora Filmowego i TV" w Bielsku-Białej gdzie edukuje społeczność lokalną z zakresu historii i analizy filmu. Jest organizatorką Ogólnopolskiej Konferencji Filmowej pt. "Filmowe Psycho-Tropy" oraz inicjatorką projekt filmowego o tym samym tytule, który od lat z sukcesem prowadzi w katowickim KINIE KOSMOS - Centrum Sztuki Filmowej. Autorka bloga filmowego Se Točí. Współautorka książek Film w edukacji i profilaktyce. Na tropach psychologii w filmie. Część 1 oraz Film w terapii i rozwoju. Na tropach psychologii w filmie. Część 2.

Luty 2019 roku okazał szczególnie ciekawym miesiącem dla miłośników X muzy. Oczywiście przede wszystkim dlatego, że odbyły się premiery filmów nominowanych do najważniejszych nagród filmowych. Ciekawe i nieoczywiste werdykty światowych festiwali ożywiły dyskusje toczące się wokół trendów w sztuce filmowej. Był to miesiąc pełen wzruszeń, triumfów, porażek. Jesteście na bieżąco? Podsumowanie miesiąca  przygotowała kulturoznawczyni, Patrycja Paczyńska-Jasińska.

48. Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Rotterdamie: od 23 stycznia do 3 lutego 2019

Do Holandii ściągnęli młodzi twórcy i łowcy talentów. To święto entuzjastów kina niezależnego, eksperymentalnego i tekstów kultury, które niezmiennie wywołuje wiele emocji. Prócz premier i pokazów filmowych odbywały się ciekawe dyskusje, spotkania muzyczne i warsztaty. Nie zabrakło również targów filmowych oraz polskich akcentów. Widzowie mieli okazję zobaczyć „Acid Rain” (reż. Tomek Popakula) i koprodukcję „Rzeka” (reż. Emir Baigazin).

„Organizatorzy MFF w Rotterdamie, włącznie z obecną dyrektor festiwalu, Marjan van der Haar, od długiego czasu zwracają szczególną uwagę na kinematografię państw Azji, Afryki i Ameryki Południowej. Zgłębiają tym samym teorie i zjawiska postkolonializmu w różnych częściach świata, co również jest związane z autorefleksją nad przeszłością samego Rotterdamu i historią Holandii jako imperium kolonialnego. Nagrodzony Tiger Award „Present. Perfect (2019, Chiny) wskazuje na obiecujący rozwój kariery Zhu Shengze. Tym razem reżyserka odchodzi od slow cinema i kina dokumentalnego, pokrewnego stylowi twórczości Wang Binga, w stronę techniki found footage i materiałów z niezgłębionej przestrzeni chińskiego internetu. „Present. Perfect" ma wydźwięk bardziej optymistyczny i humanistyczny. Ukazani w dokumencie gospodarze osobistych kanałów live streamingowych zarabiają grosze jako pracownicy fizyczni w fabryce czy na budowie lub mają ograniczone możliwości zatrudnienia z powodu kalectwa. Live streaming jest sposobem na zarabianie pieniędzy i większą niezależność, jak również powolny powrót do życia w społeczeństwie.”1

69. Berlinale – Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Berlinie: od 7 do 17 lutego 2019

To była moja pierwsza wizyta na festiwalu w Berlinie. Czerwony dywan, przepiękna wizualizacja i blichtr. A co z wartościami artystycznymi? Zapraszam na krótkie podsumowanie.

Po raz trzeci w Konkursie Głównym swój film zaprezentowała Agnieszka Holland. Jej „Obywatel Jones”, przedstawiający życie walijskiego dziennikarza, podzielił krytyków. Film, oprócz tragedii ukraińskiego Wielkiego Głodu, pokazał również proces podejmowania decyzji politycznych w imię nadrzędnych celów. Niestety, zbyt mocna konkurencja „weteranów” imprezy, nie przyniosła naszej reżyserce nawet wyróżnienia.

Ostatecznie Złoty Niedźwiedź trafił w ręce izraelskiego filmu „Synonimy” w reż. Nadava Lapida. Twórca zaprosił nas do świata imigranta z Izraela, który przybywa do Paryża. Poczucie obcości, zaprzeczenie własnej tożsamości i próba odnalezienia się na nowo, to najważniejsze motywy w filmie. Sporo w obrazie autobiograficznych odwołań. Reżyser na konferencji prasowej wspominał, że sam postanowił zapomnieć o kraju pochodzenia, i wynajął w stolicy Francji zapyziałą kawalerkę, na poddaszu zalewaną przez każdy deszcz: – „Nie znałem ludzi, języka, a dla mieszkańców miasta byłem przezroczysty. Nie udało mi się znaleźć żadnej furtki, aby wejść w ten świat i stać się jego częścią. Ale wszystko jest w życiu po coś: właśnie w Paryżu odkryłem kino”.

41. Sundance Film Festival: od 24 stycznia do 3 lutego 2019

Największy coroczny festiwal filmów niezależnych w Stanach Zjednoczonych przyciągnął nie tylko poszukiwaczy nowych nurtów, ale również miłośników seriali i filmów dokumentalnych. Nagroda Jury powędrowała do filmu „Clemency” w reż. Chinonye Chukwu. Historia naczelniczki więzienia, która zaczyna kwestionować praktykę egzekucji otrzymała owacje na stojąco. To mocny obraz, o konfrontacji się z psychologicznymi i emocjonalnymi demonami, które niekiedy tworzy nasza praca. Czy im się poddamy, czy można żyć w takim stanie zawieszenia? Mam cichą nadzieję, że film niedługo trafi na ekrany polskich kin.

Zwycięzcą konkursu międzynarodowego okazał się natomiast film „The Souvenir” w reż. Joanny Hogg z Tildą Swinton, który miałam okazję zobaczyć podczas Berlinale. Nie mogłabym nie wspomnieć o ważnym i miłym akcentem dla polskiej kinematografii. Specjalna Nagroda Aktorska trafiła w ręce Krystyny Jandy, która została wyróżniona za występ w „Słodkim końcu dnia" Jacka Borcucha. Niestety data polskiej premiery nie jest jeszcze znana.

Oscary

Bezapelacyjnie najważniejszym komercyjnym świętem kina są coroczne Nagrody Akademii Filmowej. Statuetka przedstawiająca rycerza opierającego się na dwuręcznym mieczu, stojącego na rolce filmu posiadającej pięć szprych jest marzeniem każdego przedstawiciela przemysłu filmowego. W nocy z 24 na 25 lutego poznaliśmy laureatów 91. ceremonii.

Pokładaliśmy ogromne nadzieje w ponownym triumfie Pawła Pawlikowskiego. Jego „Zimna wojna”, film opowiadający o nieszczęśliwej miłości dwójki artystów w czasach powojennych, podbił nie tylko nasze serca, lecz także zagranicznych krytyków filmowych i widzów na całym świecie. Obraz otrzymał aż trzy nominacje. Trzymaliśmy mocno kciuki za polskiego kandydata, chociaż konkurencja była naprawdę silna. Bukmacherzy zacierali ręce, a my musieliśmy obejść się smakiem. „Zimna wojna” przegrała z „Romą” Alfonso Cuaróna we wszystkich kategoriach: najlepszy film nieanglojęzyczny, najlepsze zdjęcia oraz najlepsza reżyseria.

Filmem roku został „Green Book” Petera Farrelly'ego, a nagrody aktorskie trafiły do: Olivii Colman, Ramiego Maleka, Reginy King i Mahershali Alego. Warto też wspomnieć, że po raz pierwszy od 1989 roku gala odbyła się bez prowadzącego i określana została jako blamaż. Kto okazał się największym przegranym Gali? „Faworyta” (jedenaście nominacji) „Vice” i „Narodziny gwiazdy” (po dziesięć nominacji). 91. ceremonia to triumf kobiet. Na 24 kategorie – pomijając dwie aktorskie, w siedmiu po statuetki sięgnęła płeć piękna.

Filmy

A jak już o filmach mowa, to kinowe premiery lutego zdominowały oscarowe nominacje:

  • „Green Book” – piękna opowieść o walce z dyskryminacją, obronie słabszych i pięknej, bardzo nieoczywistej przyjaźni. Do tego popisowa rola Viggo Mortensena.
  • Dramat „Gdyby ulica Beale umiała mówić” w reż. Barriego Jenkinsa
  • Nasz konkurent w walce o statuetkę dla najlepszego filmu nieanglojęzycznego – libański „Kafarnaum” w reż. Nadine Labaki
  • Moim zdaniem na szczególną uwagę zasługuje wielka przegrana gali „Faworyta” z trzema świetnymi rolami kobiecymi. Szukacie doskonale napisanej czarnej komedii, z wieloma trafnymi puentami i zapadającymi w pamięć dialogami? Dobrze trafiliście! „Faworyta” jest naszpikowana całym wachlarzem emocji i do samego końca nie wiesz co się jeszcze może wydarzyć (a wydarza się mnóstwo!) Moja cała recenzja tutaj 

Dodatkowo na uwagę zasłużył dramat koprodukcji hiszpańsko-brazylijskiej „Anioł” w reż. Luisa Ortegi. Reżyser zabiera nas w podróż do współczesnej baśni opowiadającej o bezwzględnym mordercy w skórze androgynicznego anioła. Liryczne kino zafascynowane wolnością, młodością, estetyką przemocy i nieoczywistą seksualnością. Obraz wpisuje się tym samym w tradycje francuskiej Nowej Fali, zachowując tym samym powiew świeżości i oryginalność.

Na koniec światowych premier – powrócił Robert Rodriquez z filmem „Alita: Battle Angel”. „To, co widać na ekranie, szczególnie tym największym, oferowanym przez kina IMAX, zwyczajnie wyrywa z fotela, wciąga i angażuje. Bawi i zachwyca. Przy tym czyni to w tak bezpretensjonalny sposób, serwując znane, ograne i wciąż wykorzystywane schematy oraz motywy, że bez większych oporów kupujemy tę bajkę i trzymamy kciuki za waleczną Alitę.”2

A jak wyglądało rodzime podwórko? Niestety, w lutym nie mieliśmy czym się pochwalić. Powróciła „Planeta singli”. Większość z nas nie zdążyła jeszcze zobaczyć sequela, a twórcy już zapraszają nas na ponoć ostatnią cześć. Fabuła rodem z „American Pie: Wesele”. Ania i Tomek mają stanąć na ślubnym kobiercu. Oczywiście nie obejdzie się bez wpadek, ironicznych dialogów i niezapowiedzianych gości. 

Druga połowa lutego to wreszcie popis kreatywności Patryka Vegi. Wchodzące na ekrany kin „Kobiety mafii 2”, na długo przed premierą były na ustach wszystkich. Krytycy nie pozostawili suchej nitki, widzowie płaczą ze śmiechu, a obsada staje murem za reżyserem. Show must go on! „Czego my tu nie mamy! Narcos, ISIS, kartele, Blackhawki i nawet Janusze z Biedry molestujące kobiety. Patryk Vega trzyma poziom swojej popitbullowej trylogii. Świetnie się sam bawi, przenosząc w vegański sposób na ekran swoje filmowe fascynacje”3

Seriale

W lutym odbyły się trzy premiery:

  • komediowi „Cudotwórcy” z Danielem Radcliffem i Stevem Buscemi w rolach głównych. Motywem serialu jest odwrócenie biblijnego stwierdzenia, że człowiek został stworzony na podobieństwo Boga. Dwaj aniołowie próbują przekonać wszechmogącego, by mniszył Ziemię, a nas skazał na zagładę. Czy im się uda?
  • Komediowy „Russian Doll” można nazwać współczesnym „Dniem świstaka”. Bohaterka Nadia umiera, ale nie do końca. Wpada w pętlę czasową, odżywa znowu i pojawia się w tym samym momencie podczas swoich urodzin. Co z tego wyniknie? Widzowie czekają na więcej!
  • Najnowszy hit Netflixa „The Umbrella Academy" już po trzech odcinkach cieszył się olbrzymią popularnością, a fani zacierają ręce na drugi sezon. O co tyle hałasu? Serial opowiada o dysfunkcyjnej rodzinie superbohaterów. Pokazanie herosów w nieco krzywym zwierciadle z dość dużą dozą rodzinnego dramatu, może stać się okazją do przyjrzenia się, w którą stronę ewoluują przygody o protagonistach.

 

setoci2

Więcej tekstów autorki na blogu
setoci.com

258 sPatrycja Paczyńska Jasińska blog

O autorce

Patrycja Paczyńska-Jasińska – absolwentka socjologii (specjalność: komunikacja społeczna) na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach oraz kulturoznawstwa (specjalność: filmoznawstwo) na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Jest doktorantką na Wydziale Nauk Społecznych Uniwersytetu Śląskiego, na kierunku socjologia. Obecnie pracuje na Uniwersytecie SWPS w Katowicach, gdzie jest koordynatorką ds. marketingu oraz pełni funkcję opiekuna naukowego Koła Naukowego Psychointerpretacje. Działa również społecznie na rzecz rozwoju dzieci i młodzieży w ramach projektów: Strefa Młodzieży i Strefa Psyche. Współpracuje również z "Warsztaty Realizatora Filmowego i TV" w Bielsku-Białej gdzie edukuje społeczność lokalną z zakresu historii i analizy filmu. Jest organizatorką Ogólnopolskiej Konferencji Filmowej pt. "Filmowe Psycho-Tropy" oraz inicjatorką projekt filmowego o tym samym tytule, który od lat z sukcesem prowadzi w katowickim KINIE KOSMOS - Centrum Sztuki Filmowej. Autorka bloga filmowego Se Točí. Współautorka książek Film w edukacji i profilaktyce. Na tropach psychologii w filmie. Część 1 oraz Film w terapii i rozwoju. Na tropach psychologii w filmie. Część 2.

Przypisy

https://blog.piecsmakow.pl/?p=2483
2 https://film.interia.pl/recenzje/news-alita-battle-angel-recenzja-serce-cyborga,nId,2823779,nId,2823779
3 https://wpolityce.pl/kultura/435134-kobiety-mafii-2-rasowe-kino-klasy-b-recenzja

Taka sytuacja: Wielka Brytania, lata 80. XX wieku. Uniwersytet. Do gabinetu profesora literatury angielskiej Franka Bryanta (Michael Caine) przychodzi młoda fryzjerka Rita (Julie Walters) i chce dowiedzieć się, czy została przyjęta na kurs z literatury. Marzy o tym, by nauczyć się sztuki interpretacji tekstów kultury, bo wierzy, że dzięki temu jej nudne, bezbarwne życie u boku męża robotnika stanie się bardziej wartościowe. I tak oto rozpoczyna się „Edukacja Rity”, film, który niemal w całości poświęcony jest rozwojowi osobistemu. Żyjemy w czasach, gdy rozwój osobisty wyskakuje z lodówki, z szafki ze słodyczami, z kanapy. Chwyta nas za rękę i prowadzi do szkół, na studia, szkolenia i na rower. My jesteśmy jak ta Rita, Rozwój Osobisty to nasz profesor. Jaki jest stosunek współczesnej kultury do paradygmatu nieustannej przemiany? Czy człowieka stać jest na ciągłe stawanie się? Komentarza do tekstu udzieli dr Małgorzata Bulaszewska, kulturoznawca i filmoznawca z Uniwersytetu SWPS.

Rozpoczęcie: Ty też jesteś jak Rita, czyli obietnica

W momencie, gdy Rita uświadamia sobie, że świat, który do tej pory budowała, nie jest jej światem, że został narzucony jej przez rodzinę, partnera, normy, słowem – determinanty środowiskowe, już wie, że zmienić musi się wszystko. Kultura uwielbia takie historie. Przytoczmy mit o Odyseuszu, który jest historią wewnętrznej metamorfozy, szekspirowskiego Hamleta, rodzimego Jacka Soplicę aka księdza Robaka. Widzimy po imionach, że przemiana w sztuce dotyczyła przede wszystkim mężczyzn. Dziś jest inaczej. Przemiana to głównie domena kobiet, a na potwierdzenie tych kulturowych spostrzeżeń z pomocą przychodzi nam nauka zakończona żeńską końcówką – statystyka. Przeprowadzane badania szacują, że to kobiety się kształcą, to one więcej czytają, to one coraz szybciej awansują. To one też – stety, niestety – są głównymi adresatami kampanii reklamowych marek odzieżowych, produktów, takich jak kosmetyki czy suplementy diet. Wychodząc od przekazu „girl power”, „siła jest kobietą”, wielkie koncerny zachęcają do zakupu, namawiają nas do ryzyka, zapraszają do świata obietnic możliwych do zrealizowania, chociaż często iluzorycznych. Rita też ulega. Czarowi literatury. Inny nośnik kulturowy, ale oddziaływanie to samo.

Rita, krok pierwszy i drugi. Rozwinięcie

Rita wie, że musi coś ze sobą zrobić. Odważnie i bez skrępowania przychodzi do profesora Franka Bryanta: blond włos, szpilka, wyzywający ciuch. Ten zdziwiony jej bezpośredniością i prostolinijnością, wyjmuje esej podpisany Rita S. Pyta się, skąd to „s”, na co Rita tłumaczy się, że to skrót od Suzanne, którą nie chce już być. A imię Rita wzięła od autorki książek, zapewne nie najlepszych, skoro profesor nie rozpoznaje ani nazwiska pisarki ani tytułu jej „dzieła”. Rozbrojony jej szczerością, pyta o motywy złożenia swojej pracy na kurs literatury. Na co Rita odpowiada, że chce odkryć siebie. Już w samej zmianie imienia, widzimy zapowiedź metamorfozy, a dążenie do niej jest niczym innym, jak rozwojem par exellance. Bez znaczenia jest więc, że książki, które do tej pory znała Rita przynależą najprawdopodobniej do literatury gorszego sortu. Książki zbójeckie to właśnie wszak te, które popychają do wewnętrznej rewolucji. Rita dąży do zmiany. I to właśnie większość z nas robi. Dążymy do uzyskania tytułu magistra, doktoratu, dobrego stanowiska, świetnej figury, muskularnej sylwetki. Czasami dążymy do tego, by wyrwać się ze społecznych nizin, toksycznych relacji, środowisk, które nie są gotowe na nasze wybicie się na niepodległość. Krokiem pierwszym jest chęć. Drugim – rozpoczęcie działań.

Trzeci stopień wtajemniczenia, czyli ciąg dalszy środka

Rita przechodzi do kolejnego etapu: wdrażania. Zaczytuje się książkami, które rekomenduje jej profesor. Rozmawia z nim godzinami, coraz lepiej je interpretuje i każdego dnia dokonuje się w niej zmiana w skali mikro. Dociera do niej, że nie może już odnaleźć się w tych schematach, w których funkcjonowała do tej pory. Drażni ją jej mąż, który przestaje ją rozumieć i który nie czuje w sobie motywacji do zmiany. Drażni ją jej rodzina. Scena, w której Rita siedzi w gronie bliskich na obiedzie i patrzy na nich na poły z niesmakiem, na poły z niedowierzaniem, że wywodzi się z tego zaklętego kręgu, uświadamia jej, że powrotu do nich już nie ma. Wyszła ze swojej strefy komfortu. I my też ją opuszczamy. Gdy robimy trzeci krok, musimy zdawać sobie sprawę, że dotarliśmy do momentu, gdy zmiana się konstytuuje, i że rozhulaliśmy się na dobre z tym całym rozwojem. Dlatego też nie opuszczamy konferencji przed uzyskaniem certyfikatu, nie rezygnujemy ze studiów na czwartym roku, nie zatrzymujemy samolotu, gdy jesteśmy w połowie trasy do nowego miejsca, w którym zaczniemy nowe życie. Rozwój zobowiązuje.

Krok czwarty, czyli zrzucenie skóry. Koniec

Nasza nie tylko sympatyczna już, lecz także odmieniona bohaterka, musi udowodnić sobie i innym, że jej wysiłek się opłacił. Nim jednak do tego dojdzie, musi uregulować pewne sprawy w życiu osobistym. Porzuca męża, nie jest w stanie już udawać, że może z nim cokolwiek budować. Musiałaby oszukać siebie, a gdy pojawia się chęć szczera do zmiany – dysonansem by było funkcjonowanie w kłamstwie. Rita zmienia także swój wygląd – już nie jest jasną blondynką w kusych sukienkach. Widzimy kobietę, która nie potrzebuje zwracać na siebie uwagi wyglądem. Chce być doceniana za intelekt. Za rozwojem często idzie zmiana charakteryzacji. Nie jest to istotne, czy robimy to mniej lub bardziej skromnie i konwencjonalnie. Nasz wygląd to zazwyczaj rodzaj manifestu: szaleństwa i ekstrawagancji, piękna i harmonii, normalności i dystansu. Tyjemy, chudniemy, zmieniamy kolor włosów. Zrzucamy skórę, by odrzucić starą tożsamość i wejść w nową/nowego siebie.

Koniec końców, czyli nowy początek

Koniec końców Ricie udaje się przystąpić do egzaminów, które, wiemy, pójdą jej naprawdę dobrze. Profesor poświęcił jej wiele czasu, przekazał wiedzę, która trafiła na podatny grunt. Przy okazji Ricie udało się dokonać czegoś więcej: wpłynęła swoją osobowością na Bryanta. Pokazała mu, że i on, a może on tym bardziej, ma szansę z poradzeniem sobie z nałogiem. Mamy tu klasyczną realizację przysłowia: uczeń przerósł mistrza. W tym wypadku to uczennica przerosła mistrza. Profesor musi symbolicznie opuścić pole, które zaanektowała Rita. Koniec końców – nastał nowy początek i nowy porządek. Kultura męska – w historii o Ricie i profesorze – ustępuje nieco kulturze kobieciej. 

Film z 1983 nawiązuje do mitu o Pigmalionie i Galatei. Nie jest jednak pełną realizacją toposu, który przez wieki przewijał się a to w dziełach literackich, a to w malarstwie. Nowa Galatea odrzuciła swoją przedmiotowość, o czym Ricie nie trzeba już przypominać.

Według Słownika Języka Polskiego PWN rozwój to proces przechodzenia do stanów lub form bardziej złożonych lub pod pewnym względem doskonalszych. Czasy, w których żyjemy, dbają o to, byśmy nie poprzestawali na kształtach i genach danych nam w pakiecie od rodziców i w dziedzictwie po przodkach. Te dane są już dziś niewystarczające. Mamy możliwość na ciągłe stawanie się, udoskonalanie, jak w definicji, jak to zrobiła Rita. Koniec końców, dlaczego mielibyśmy nie skorzystać?

Komentarz dr Małgorzaty Bulaszewskiej

Sztuka filmowa jest tym środkiem wyrazu, w którym przemiany bohaterek są widoczne od razu. Czasami mamy do czynienia z małymi krokami, jak choćby w filmie „Olbrzym”(1956) , w którym jedna z bohaterek – Leslie (Elisabeth Taylor) nie chce być tylko żoną bogatego hodowcy koni z Teksasu. Leslie zaczyna od rzeczy prozaicznej, a mianowicie to ona, zostając panią domu, chce decydować, jak mają wyglądać jej śniadania. Następnie poszerza wpływy, oddając się działaniom społecznym w odległych rejonach rancza zamieszkiwanych przez biednych pracowników męża i ich rodziny. Co robi? Zapewnia im opiekę lekarską. Kluczowym momentem jest udział Leslie w rozmowie mężczyzn na tematy polityczne, rozmowa ta odbywa się w jej własnym salonie, lecz tradycyjnie kobiety w tego typu rozmowach nie uczestniczyły. Innym przykładem są dwie świetne zagrane przez Julię Robetrs role. W „Pretty Woman” (1990), grając prostytutkę, potrafi stawiać granice prywatności, nie wszystko jest na sprzedaż. Zaczyna kiełkować w niej potrzeba zmiany własnego życia. Ostatecznie postanawia wrócić do szkoły i się wykształcić. Jednocześnie to właśnie postępowanie Vivian jest przyczynkiem do zmian zachodzących w głównym bohaterze. W „Erin Brockovich” (2000) Roberts gra samotną matkę, źle wykształconą, bez pracy. To w jaki sposób walczy o pracę, a po jej otrzymaniu, jak dojrzewa i rozwija się, jakiej przemiany dokonuje, jest imponujące. Egzemplifikacji wspaniałych przemian kobiecych, ich rozwoju podyktowanego wewnętrzną potrzebą, w kinie jest wiele, choć oczywiście coraz więcej we współczesnych produkcjach. Przytoczone filmy i główne bohaterki mają na celu zwrócenie uwagi właśnie na to, że nie jest to domena ostatniej dekady. A mimo to, jeśli mówimy o rozwoju człowieka, w kulturze zwykle mnożone są przykłady męskich bohaterów. Być może zbyt rzadko w mediach powołujemy się na żeńskie bohaterki.

 

258 Malgorzata Bulaszewska

O komentatorze

dr Małgorzata Bulaszewska – kulturoznawca, filmoznawca i medioznawca. Bada popkulturowe zachowania i działania internautów ze szczególnym uwzględnieniem użytkowników polskiej blogosfery o tematyce lifestylowej. W ramach swojej pracy naukowej zajmuje się również tematyką mody w kulturze oraz trendami społecznymi. Interesuje się filmem w kontekście historycznym oraz archetypami w popkulturze. Autorka wielu artykułów naukowych: „Blog to … blog. Analiza pojęcia w kilku wybranych perspektywach badawczych” (2015), „Zasiedlenie polskiej blogosfery przez digital imigrants. O cyfrowych aktywnościach popkulturowych” (2015), „Sieć narzędziem przemocy w rękach digitals native. Popkulturowe aktywności digital imigrants w polskiej blogosferze” (2015), „Wybrane problemy i wyzwania społeczne. Filozofia – psychologia – socjologia – demografia – ekonomia społeczna (2016), „Rola błazna w kulturze. Przedstawiciele archetypu w polskiej przestrzeni medialnej początku XXI wieku (2016).

Tekst: Marta Nizio z Redakcji Uniwersytetu SWPS

Spłycana przez takie programy jak „Trudne sprawy” i „Dlaczego ja”, przytaczana w telewizjach śniadaniowych. Depresja. Kto jej nie doświadczył, ten nie wie, jaka jest jej natura, a kto się z nią zmagał, ten dopuszcza ewentualność, że choroba nie jedno ma oblicze. Strefa Kultur nie będzie rywalizować ze Strefą Psyche. Ustępuje jej pola. Nie przytoczy statystyk, nie rozłoży na czynniki pierwsze, nie dociecze przyczyn. Depresja potrzebuje, by o niej mówiono na serio. Strefa Kultur rozprawi się z tematem po swojemu, odwołując się do fantazmatu świata bez depresji, świata bez choroby. Literatury bez depresji. Poezji bez depresji. Filmu bez niej. Co jej wyjdzie? Komentarza udzieli dr Karol Jachymek, kulturoznawca z Uniwersytetu SWPS.

Wcale nie tak dawno temu, w XIX wieku…

Weltschmerz, jaskółczy niepokój, ból istnienia, melancholia, spleen. Wszystko to było, wszystko jest bliskie, chociaż odległe w czasie. Te określenia to wykwit kultury nowożytnej, XIX i początku XX wieku, gdy przemieszczał się nurt zainteresowań. Oświeceniowy optymizm przekazywał pałeczkę w sztafecie romantyczno-modernistycznym tendencjom, które były odległe od „żyjemy na najlepszym ze światów”.

Współcześnie mamy mniej wysublimowanego doła. Parafrazując reklamę: „Janek ma doła, Olek mam doła, Jola ma doła. Wszyscy mają doła. Mam i ja”. Ale dół i depresja to nie to samo. Doła ma niemal każdy, jak w parafrazie. Raz na jakiś czas, okazjonalnie, od przypadku do przypadku. Mieć doła jest w dobrym tonie, wiarygodnie. Inaczej jest z depresją. To choroba, która dotyka co dziesiątego mieszkańca Ziemi. Jest egalitarna. Dostaje się tobie, wam, nam, cierpiał na nią Charles Baudelaire, Lovecraft, Stephen King i dla parytetu – też pisarki: dziś popularne i przywoływane przez współczesną kulturę – Virginia Woolf i Sylvia Plath. Wyobraźmy sobie teraz, że wyżej wymienione osobowości nie chorują. Czy „To” by powstało? O czym byłby „Szklany klosz”? I jaki stosunek mielibyśmy do „Pani Dalloway”? Strefa Kultur odpowie bez długiego namysłu: „nie, o niczym, żaden”. No właśnie.

„Spleen”, czyli śledziona

„I długie karawany bez dźwięku muzyki,/ Z wolna suną w mej duszy. /Nadzieja w cmentarną/ Noc pada we łzach. Zimnej Rozpaczy duch dziki,/ Nad czołem mym zawiesza swą chorągiew czarną.” Tak pisał o stanie podmiotu lirycznego Charles Baudelaire w tomiku pt. „Kwiaty zła”. Przytoczone wersy z wiersza „Spleen” nie napawają radością. Spleen, czyli uczucie przygnębienia, w czasach modernizmu, a więc pod koniec XIX wieku i u progu XX, był częstym tematem poruszanym przez ówczesnych twórców. Dandysi i bohema pławili się w dekadenckich i ponurych, schyłkowych i turpistycznych klimatach. Z angielskiego ‘spleen’ to śledziona. W XIX wieku to z tym organem łączono stan dojmującego smutku, apatii i chandry. Biografowie Baudelaira przywoływali depresję jako jedną z chorób, na którą cierpiał poeta. Radził sobie z nią najlepiej, jak potrafił – pisząc. „Kwiaty zła” popchnęły poezję na nowe tory. Ich fluidy dotarły zresztą nie tylko tam. Znaczenia nabrała wreszcie brzydota, bo przecież świat, gdyby tak trochę przeczesać go grzebieniem, nie składa się wyłącznie z akademickiej symetrii i harmonii.

Wszystkiemu winna macica

Rok 1895. Umiera matka 12-letniej wówczas Virginii Woolf. Mała Virginia przeżywa swoje pierwsze poważne załamanie psychiczne. W późniejszym czasie tych załamań będzie jeszcze kilka, aż znajdą tragiczny finał w samobójczej śmierci. Pisarka doczekała się kilku biografów, którzy dostrzegali w niej, jej dziełach, dziennikach i listach, skłonności do depresji, przytaczali dokumentacje szpitalną z różnych okresów, gdzie padało „magiczne” słowo: histeria.

Histeria jako jednostka chorobowa nie jest wytworem francuskiego neurologa Jeana-Martina Charcota, a więc nie jest pojęciem relatywnie młodym. Przywołuje ją już starożytny Egipt. Samo pojęcie wywodzi się od greckiego ‘hystera’, czyli macica. Przez wieki to wyłącznie kobietom przypisywano skłonność do histerii, czyli melancholijnych humorów, stanów apatycznych i zrywów epileptycznych. Dziś pojęcie histerii, dawniej stygmatyzujące najczęściej kobiety, wypierane jest przez pojęcie dysocjacji. Załamania nerwowe i powracające stany depresyjne Woolf odnajdywały swoje odbicie w bohaterach jej dzieł. Na smutek i przygnębienie cierpieli m.in. Klarysa Dalloway („Pani Dalloway”), Susan, Jinny, Rhoda, Louis, Neville i Bernard („Fale”). „Pani Dalloway” i „Fale” to utwory pisane techniką strumienia świadomości – podwaliny dla powieści awangardowych. Dziękujemy Ci, Virginio Woolf.

Cierpiący umysł

Czasami choroby nie widać, czasami depresja ukrywa się za fasadą. Większość z nas ociera łzy śmiechu na filmach z Jimem Carreyem i Robinem Williamsem, nawet jeśli nie jest fanem ani jednego ani drugiego. Tymczasem dowiadujemy się, że obaj chorują na depresję. Pierwszy z nich mówi o niej dość otwarcie, o chorobie drugiego dowiadujemy się już po jego śmierci. A przecież większość z nas do dziś świetnie się bawi na filmie „Ace Ventura”, w którym Carrey prezentuje całe spektrum swoich zdolności mimicznych. „Pani Doubtfire” z Robinem Williamsem śmieszy i wzrusza.

Depresji czasami nie widać, a za chorobą nie stoi wyłącznie śledziona. Za chorobą, taką jak depresja, stoi zbolały umysł. Medialny coming out sportsmenki, Justyny Kowalczyk, która znana jest ze swojego uśmiechu i radosnej ekspresji, a która w 2014 roku oświadczyła, że cierpi na depresję, przyczynił się do przybliżenia i oswojenia społeczeństwa na temat skutków choroby.

Choroba jako metafora

Susan Sontag, amerykańska eseistka i krytyczka, wiele lat temu opublikowała dwa eseje: „Choroba jako metafora” (1978) oraz „AIDS i jego metafory” (1988). Analizując źródła naukowe i utwory literackie, Sontag rozprawiła się ze sposobem prezentowania choroby jako takiej od czasów starożytnych po współczesne. W swoim tekście przytoczyła nazwiska wielkich twórców, zrekonstruowała mitologię gruźlicy i chorób nowotworowych. Przy okazji pokazała, jak niezwykle często społeczeństwo potrafiło (i potrafi) skazywać na ostracyzm chorych, niezależnie od tego, co sobą prezentowali. Cierpiący na różnego rodzaju zaburzenia psychiczne van Gogh, wytykany palcami za krzywy kręgosłup Kierkegaard, alienujący się z powodu gruźlicy Franz Kafka – to tylko przykłady osobowości, które dziś cenimy i którym wiele zawdzięczamy, choć nie zawsze spotykali się ze zrozumieniem i życzliwością za życia.

Esej Sontag o AIDS, opublikowany w czasach, w których choroba zbierała największe żniwa, rozprawiał się z licznymi mitami, przekłamaniami, niedomówieniami. O chorobie spekulowały media, rozmawiali ludzie na ulicach, debatowali działacze na politycznych szczytach. Dziś takich esejów powstaje bez liku. Choroby są nieodłącznym elementem nie tylko życia ludzkiego i społecznego. Znajdują także odwzorowanie w tworach kultury. Na szczęście sztuka nie stygmatyzuje.

Komentarz dr. Karola Jachymka

Virginia Woolf, Sylvia Plath, James Joyce i inni wielcy intelektualiści, którzy doświadczyli choroby, na trwałe przeszli do kultury pop. Nie tylko dzięki swojej twórczości, lecz także, a może przede wszystkim, dzięki osobistym doświadczeniom. Chociażby już na samym poziomie edukacji widać, że zainteresowanie znanymi postaciami najłatwiej wzbudzić nie poprzez pryzmat samej ich twórczości, lecz opowiadając o nich ciekawe anegdoty. W ten sposób stają się dużo bardziej rzeczywiste. Choroba jest rodzajem anegdoty, ciekawostki, jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało. Gdy słyszymy w mediach, że Jim Carrey choruje na depresję, z jednej strony współczujemy mu, z drugiej czujemy, że dzięki niej staje się bardziej rzeczywisty, więc bliższy nam. Na poziomie ogólnoludzkim jest to doświadczenie przypominające katharsis, na poziomie kulturowym jest to spotkanie sacrum i profanum, gdzie sztuka przynależy do sfery sacrum, a życie, ze wszystkimi jego złożonościami i statusem: to skomplikowane, do sfery profanum.

 

258 karol jachymek

O komentatorze

dr Karol Jachymek – doktor kulturoznawstwa, filmoznawca. Zajmuje się społeczną i kulturową historią kina (zwłaszcza polskiego) i codzienności, metodologią historii, zagadnieniem filmu i innych przekazów (audio)wizualnych jako świadectw historycznych, problematyką ciała, płci i seksualności, wpływem mediów na pamięć indywidualną i zbiorową, społeczno-kulturowymi kontekstami mediów społecznościowych oraz blogo- i vlogosfery, a także wszelkimi przejawami kultury popularnej. Współpracuje m.in. z Filmoteką Szkolną, Nowymi Horyzontami Edukacji Filmowej, Against Gravity, KinoSzkołą i Filmoteką Narodową – Instytutem Audiowizualnym. Prowadzi warsztaty i szkolenia dla młodzieży i dorosłych z zakresu edukacji filmowej, medialnej i (pop)kulturowej oraz myślenia projektowego i tworzenia innowacji społecznych. Autor książki „Film – ciało – historia. Kino polskie lat sześćdziesiątych”.

Tekst: Marta Nizio z Redakcji Uniwersytetu SWPS

 

kanały

zobacz też

strefa psyche strefa designu strefa zarzadzania strefa prawa logo
Zapraszamy na webinar „Ikony popkultury. Jak świat wyglądałby bez nich?”