logo

logo uswps nazwa 3

Spłycana przez takie programy jak „Trudne sprawy” i „Dlaczego ja”, przytaczana w telewizjach śniadaniowych. Depresja. Kto jej nie doświadczył, ten nie wie, jaka jest jej natura, a kto się z nią zmagał, ten dopuszcza ewentualność, że choroba nie jedno ma oblicze. Strefa Kultur nie będzie rywalizować ze Strefą Psyche. Ustępuje jej pola. Nie przytoczy statystyk, nie rozłoży na czynniki pierwsze, nie dociecze przyczyn. Depresja potrzebuje, by o niej mówiono na serio. Strefa Kultur rozprawi się z tematem po swojemu, odwołując się do fantazmatu świata bez depresji, świata bez choroby. Literatury bez depresji. Poezji bez depresji. Filmu bez niej. Co jej wyjdzie? Komentarza udzieli dr Karol Jachymek, kulturoznawca z Uniwersytetu SWPS.

Wcale nie tak dawno temu, w XIX wieku…

Weltschmerz, jaskółczy niepokój, ból istnienia, melancholia, spleen. Wszystko to było, wszystko jest bliskie, chociaż odległe w czasie. Te określenia to wykwit kultury nowożytnej, XIX i początku XX wieku, gdy przemieszczał się nurt zainteresowań. Oświeceniowy optymizm przekazywał pałeczkę w sztafecie romantyczno-modernistycznym tendencjom, które były odległe od „żyjemy na najlepszym ze światów”.

Współcześnie mamy mniej wysublimowanego doła. Parafrazując reklamę: „Janek ma doła, Olek mam doła, Jola ma doła. Wszyscy mają doła. Mam i ja”. Ale dół i depresja to nie to samo. Doła ma niemal każdy, jak w parafrazie. Raz na jakiś czas, okazjonalnie, od przypadku do przypadku. Mieć doła jest w dobrym tonie, wiarygodnie. Inaczej jest z depresją. To choroba, która dotyka co dziesiątego mieszkańca Ziemi. Jest egalitarna. Dostaje się tobie, wam, nam, cierpiał na nią Charles Baudelaire, Lovecraft, Stephen King i dla parytetu – też pisarki: dziś popularne i przywoływane przez współczesną kulturę – Virginia Woolf i Sylvia Plath. Wyobraźmy sobie teraz, że wyżej wymienione osobowości nie chorują. Czy „To” by powstało? O czym byłby „Szklany klosz”? I jaki stosunek mielibyśmy do „Pani Dalloway”? Strefa Kultur odpowie bez długiego namysłu: „nie, o niczym, żaden”. No właśnie.

„Spleen”, czyli śledziona

„I długie karawany bez dźwięku muzyki,/ Z wolna suną w mej duszy. /Nadzieja w cmentarną/ Noc pada we łzach. Zimnej Rozpaczy duch dziki,/ Nad czołem mym zawiesza swą chorągiew czarną.” Tak pisał o stanie podmiotu lirycznego Charles Baudelaire w tomiku pt. „Kwiaty zła”. Przytoczone wersy z wiersza „Spleen” nie napawają radością. Spleen, czyli uczucie przygnębienia, w czasach modernizmu, a więc pod koniec XIX wieku i u progu XX, był częstym tematem poruszanym przez ówczesnych twórców. Dandysi i bohema pławili się w dekadenckich i ponurych, schyłkowych i turpistycznych klimatach. Z angielskiego ‘spleen’ to śledziona. W XIX wieku to z tym organem łączono stan dojmującego smutku, apatii i chandry. Biografowie Baudelaira przywoływali depresję jako jedną z chorób, na którą cierpiał poeta. Radził sobie z nią najlepiej, jak potrafił – pisząc. „Kwiaty zła” popchnęły poezję na nowe tory. Ich fluidy dotarły zresztą nie tylko tam. Znaczenia nabrała wreszcie brzydota, bo przecież świat, gdyby tak trochę przeczesać go grzebieniem, nie składa się wyłącznie z akademickiej symetrii i harmonii.

Wszystkiemu winna macica

Rok 1895. Umiera matka 12-letniej wówczas Virginii Woolf. Mała Virginia przeżywa swoje pierwsze poważne załamanie psychiczne. W późniejszym czasie tych załamań będzie jeszcze kilka, aż znajdą tragiczny finał w samobójczej śmierci. Pisarka doczekała się kilku biografów, którzy dostrzegali w niej, jej dziełach, dziennikach i listach, skłonności do depresji, przytaczali dokumentacje szpitalną z różnych okresów, gdzie padało „magiczne” słowo: histeria.

Histeria jako jednostka chorobowa nie jest wytworem francuskiego neurologa Jeana-Martina Charcota, a więc nie jest pojęciem relatywnie młodym. Przywołuje ją już starożytny Egipt. Samo pojęcie wywodzi się od greckiego ‘hystera’, czyli macica. Przez wieki to wyłącznie kobietom przypisywano skłonność do histerii, czyli melancholijnych humorów, stanów apatycznych i zrywów epileptycznych. Dziś pojęcie histerii, dawniej stygmatyzujące najczęściej kobiety, wypierane jest przez pojęcie dysocjacji. Załamania nerwowe i powracające stany depresyjne Woolf odnajdywały swoje odbicie w bohaterach jej dzieł. Na smutek i przygnębienie cierpieli m.in. Klarysa Dalloway („Pani Dalloway”), Susan, Jinny, Rhoda, Louis, Neville i Bernard („Fale”). „Pani Dalloway” i „Fale” to utwory pisane techniką strumienia świadomości – podwaliny dla powieści awangardowych. Dziękujemy Ci, Virginio Woolf.

Cierpiący umysł

Czasami choroby nie widać, czasami depresja ukrywa się za fasadą. Większość z nas ociera łzy śmiechu na filmach z Jimem Carreyem i Robinem Williamsem, nawet jeśli nie jest fanem ani jednego ani drugiego. Tymczasem dowiadujemy się, że obaj chorują na depresję. Pierwszy z nich mówi o niej dość otwarcie, o chorobie drugiego dowiadujemy się już po jego śmierci. A przecież większość z nas do dziś świetnie się bawi na filmie „Ace Ventura”, w którym Carrey prezentuje całe spektrum swoich zdolności mimicznych. „Pani Doubtfire” z Robinem Williamsem śmieszy i wzrusza.

Depresji czasami nie widać, a za chorobą nie stoi wyłącznie śledziona. Za chorobą, taką jak depresja, stoi zbolały umysł. Medialny coming out sportsmenki, Justyny Kowalczyk, która znana jest ze swojego uśmiechu i radosnej ekspresji, a która w 2014 roku oświadczyła, że cierpi na depresję, przyczynił się do przybliżenia i oswojenia społeczeństwa na temat skutków choroby.

Choroba jako metafora

Susan Sontag, amerykańska eseistka i krytyczka, wiele lat temu opublikowała dwa eseje: „Choroba jako metafora” (1978) oraz „AIDS i jego metafory” (1988). Analizując źródła naukowe i utwory literackie, Sontag rozprawiła się ze sposobem prezentowania choroby jako takiej od czasów starożytnych po współczesne. W swoim tekście przytoczyła nazwiska wielkich twórców, zrekonstruowała mitologię gruźlicy i chorób nowotworowych. Przy okazji pokazała, jak niezwykle często społeczeństwo potrafiło (i potrafi) skazywać na ostracyzm chorych, niezależnie od tego, co sobą prezentowali. Cierpiący na różnego rodzaju zaburzenia psychiczne van Gogh, wytykany palcami za krzywy kręgosłup Kierkegaard, alienujący się z powodu gruźlicy Franz Kafka – to tylko przykłady osobowości, które dziś cenimy i którym wiele zawdzięczamy, choć nie zawsze spotykali się ze zrozumieniem i życzliwością za życia.

Esej Sontag o AIDS, opublikowany w czasach, w których choroba zbierała największe żniwa, rozprawiał się z licznymi mitami, przekłamaniami, niedomówieniami. O chorobie spekulowały media, rozmawiali ludzie na ulicach, debatowali działacze na politycznych szczytach. Dziś takich esejów powstaje bez liku. Choroby są nieodłącznym elementem nie tylko życia ludzkiego i społecznego. Znajdują także odwzorowanie w tworach kultury. Na szczęście sztuka nie stygmatyzuje.

Komentarz dr. Karola Jachymka

Virginia Woolf, Sylvia Plath, James Joyce i inni wielcy intelektualiści, którzy doświadczyli choroby, na trwałe przeszli do kultury pop. Nie tylko dzięki swojej twórczości, lecz także, a może przede wszystkim, dzięki osobistym doświadczeniom. Chociażby już na samym poziomie edukacji widać, że zainteresowanie znanymi postaciami najłatwiej wzbudzić nie poprzez pryzmat samej ich twórczości, lecz opowiadając o nich ciekawe anegdoty. W ten sposób stają się dużo bardziej rzeczywiste. Choroba jest rodzajem anegdoty, ciekawostki, jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało. Gdy słyszymy w mediach, że Jim Carrey choruje na depresję, z jednej strony współczujemy mu, z drugiej czujemy, że dzięki niej staje się bardziej rzeczywisty, więc bliższy nam. Na poziomie ogólnoludzkim jest to doświadczenie przypominające katharsis, na poziomie kulturowym jest to spotkanie sacrum i profanum, gdzie sztuka przynależy do sfery sacrum, a życie, ze wszystkimi jego złożonościami i statusem: to skomplikowane, do sfery profanum.

 

258 karol jachymek

O komentatorze

dr Karol Jachymek – doktor kulturoznawstwa, filmoznawca. Zajmuje się społeczną i kulturową historią kina (zwłaszcza polskiego) i codzienności, metodologią historii, zagadnieniem filmu i innych przekazów (audio)wizualnych jako świadectw historycznych, problematyką ciała, płci i seksualności, wpływem mediów na pamięć indywidualną i zbiorową, społeczno-kulturowymi kontekstami mediów społecznościowych oraz blogo- i vlogosfery, a także wszelkimi przejawami kultury popularnej. Współpracuje m.in. z Filmoteką Szkolną, Nowymi Horyzontami Edukacji Filmowej, Against Gravity, KinoSzkołą i Filmoteką Narodową – Instytutem Audiowizualnym. Prowadzi warsztaty i szkolenia dla młodzieży i dorosłych z zakresu edukacji filmowej, medialnej i (pop)kulturowej oraz myślenia projektowego i tworzenia innowacji społecznych. Autor książki „Film – ciało – historia. Kino polskie lat sześćdziesiątych”.

Tekst: Marta Nizio z Redakcji Uniwersytetu SWPS

Czy kino jest odbiciem naszego życia i może mieć wpływ na nasze indywidualne historie? Od dziesięcioleci zarówno badacze, jak i teoretycy filmu próbują znaleźć odpowiedź na to frapujące pytanie. Ponad stuletnia historia X muzy pokazuje, że niezależnie od nurtu, gatunku i nakładu pracy ekipy filmowej, każdy seans może cieszyć nie tylko wzrok, serce, ale i… nasz mózg. O mózgu w filmie opowiada kulturoznawczyni, Patrycja Paczyńska-Jasińska, która przygotwała subiektywny przegląd pięciu filmów poświęconych tematowi naszego wewnętrznego centrum dowodzenia.

Mózg jako narząd odpowiedzialny za wszystkie procesy dziejące się w człowieku, wchłania jak gąbka wydarzenia, które są naszym udziałem. Największą przeszkodą dla większości ludzi są ograniczenia ich własnego mózgu, czyli nasze na pozór niezmienne połączenia neuronowe, za sprawą których jedne nasze doznania i działania sprawiają nam przyjemność, inne zaś dyskomfort.

Materia filmu bardzo silnie wkracza do naszego wnętrza i niejedna teoria mówi o tym, że człowiek żyje w różnych kontekstach i intertekstach. Filmy docierają do naszych mózgów, nie dziwi więc fakt, że mózg stał się częstym motywem poruszanym w filmie. Powstało kilkadziesiąt świetnych obrazów, które z różnej perspektywy podchodzą do tematu emocji, zaangażowania czy przeżywania świata. Na potrzeby poniższego artykułu, wyselekcjonowałam pięć subiektywnych filmów, które w ciekawy sposób pokazują mechanizmy funkcjonowania mózgu.

Uciekajmy przed stresem: Fuga (2018)

Agnieszka Smoczyńska powróciła! Po znakomitych „Córkach dancingu” oczekiwania wobec jej twórczości niewyobrażalnie wzrosły i zarówno krytycy, jak i media z napięciem czekali na „Fugę”. Z doświadczenia wiemy, że wielu twórców postanawia iść za ciosem, ponawiając tropy, mnożąc chwyty i kując autorski styl. Agnieszka daje nam pstryczka w nos i decyduje się na zmianę klimatu. Sięga po dramat psychologiczny o byciu sobą/kimś obcym i poszukiwaniu tożsamości. Ten obraz hipnotyzuje, obdzierając nas z marzeń i wiary w podstawową komórkę społeczną jaką jest rodzina.

Poznajmy Alicję/Kingę, która cierpi na fugę dysocjacyjną. Dysocjacją ogólnie nazywamy proces psychologiczny, który zachodzi w świadomości, w wyniku ciężkich doświadczeń i przeżyć. Traumatyczne treści zostają oddzielone od świadomości przy pomocy klasycznego mechanizmu obronnego. Nie oznacza to jednak, że znikają bezpowrotnie, znajdują się bowiem nadal w podświadomości i w chwili stresu mogą przejąć kontrolę nad postępowaniem jako tak zwane automatyzmy psychiczne.

Ile razy w życiu pragnęliśmy zapomnieć o przeszłości, ile razy pragnęliśmy cofnąć czas… Wyobraźcie sobie, że któregoś dnia wychodzicie ze swojego domu do pracy, dzień jak co dzień, i niespodziewanie nie udajecie się pod znajomy adres, ale jedziecie w nieznane. Stwarzacie sobie nową rzeczywistość, nową tożsamość. Z takimi problemami boryka się rewelacyjna Gabriela Muskała, w roli Alicji/Kingi.

Dysocjacja stanowi zresztą najważniejszy temat „Fugi” – nie tylko kliniczny przypadek tożsamości Alicji/Kingi, ale reżyserka swoim obrazem stara się również wymazać znaczenia utrwalonych wartości, takich jak rodzina czy miłość. Robi swoje kino. Wolne i bezkompromisowe. Bardzo kobiece.

Czy można czuć bliskość z osobą, którą się zapomniało? Czy można wrócić do domu rodzinnego, gdy nie pamięta się, kto w nim mieszka? I czy można na nowo się zakochać w kimś zapomnianym? Ta dwoistość daje okazję do fantastycznego popisu Gabrieli Moskale, która również jest autorką scenariusza. Alicja/Kinga to zbiór sprzecznych cech, emocji i postaw. Każdy od niej czegoś wymaga, oczekuje i czeka na podjęcie przez nią pewnych kroków. A jak są one wbrew woli nowej tożsamości?

Reżyserka w każdym kadrze dowodzi, że jest dojrzałą artystką, która doskonale wie, co chce powiedzieć. Nie grając ani razu na fałszywych nutach, precyzyjnie prowadzi widza po najciemniejszych zakamarkach ludzkiej psychiki. „Fuga” to film nie tylko pięknie sfotografowany przez Jakuba Kijowskiego (monochromatyczna paleta barw, klaustrofobiczne ujęcia, budowanie napięcia), ale naznaczony pasją tworzenia. Nie jest to żadna banalna opowiastka o „szukaniu siebie”. Ten obraz chwyci widza za gardło i nie puści do końcowych napisów a sądzę, że jeszcze dłużej!

Nieustannie panujący półmrok, gęsta atmosfera i oczekiwanie, co się wydarzy w kolejnych kadrach. Godnym pochwały jest również zabieg percypowania świata z perspektywy bohaterki, która wie o nim dokładnie tyle, co my – czyli praktycznie nic. Wraz z Alicją/Kingą odkrywamy kolejne elementy układanki, a finał będzie niezwykle zaskakujący.

Historia zabierze Was w podróż ku zrozumieniu zagadki ludzkiego umysłu. Dlaczego czasem lubimy się bać, mimo iż strach to uczucie, którego zazwyczaj unikamy? Czy istnieje „przyjemny strach” i czym różni się od „nieprzyjemnego”? Czy strach jest tożsamy z lękiem? A gdzie w tym wszystkim znajdują się fobie? I jak sobie z tym wszystkim poradzić?

Nasz plastyczny mózg: Blask (2017)

Obraz filmowy dociera najpierw na siatkówkę i nerwami wzrokowymi trafia do struktur we wzgórzu, gdzie jest przetwarzany w ciele kolankowatym bocznym. Później trafia do kory wzrokowej, odpowiedzialnej za widzenie i następuje odzwierciedlenie obrazu z siatkówki oka. Tam przetwarzamy obraz od najprostszych elementów, jak kontury obrazu czy kolory. Te wszystkie informacje muszą dojść jeszcze do kory asocjacyjnej, gdzie zostaną powiązane z naszą wiedzą i wspomnieniami, zapisanymi w hipokampie i korze węchowej1.

Dokładna liczba osób, które utraciły wzrok, nie jest znana, jednak według szacunków Polskiego Związku Niewidomych można mówić o około 250 tysiącach przypadków w naszym kraju. Mimo skali zjawiska nasza wiedza o ociemniałych jest znikoma. Nie zapraszają nas do swojego świata – świata marzeń.

Dla osób ze zdrowym wzrokiem oczywistym jest, że sny traktuje się jako zjawisko głównie wizualne. Choć w co drugim śnie spotykamy się również z wrażeniami dźwiękowymi. Ponoć niektórzy śnią także o bodźcach smakowych, dotykowych lub węchowych. A co podczas snu „widzi” osoba niewidoma…? Na to pytanie, w swoim przedostatnim filmie „Blask” z 2017 roku, próbuje odpowiedzieć Naomi Kawase. W przepiękny sposób snuje opowieść o tym, że nie liczy się to, co można zobaczyć.

Chodzi o to, w jaki sposób można nauczyć się widzieć i odczuwać „inaczej”. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że ten temat (siły wyobraźni i podążania za marzeniami), przewijał się chociażby w „Imagine” A. Jakimowskiego czy w „Motylu i skafandrze” Schnabla. Tym razem dochodzi jeszcze jeden motyw: paradoksu kina. Czy film bez obrazu jest możliwy? Co widzą w kinie niewidomi? Czy obraz filmowy staje się wówczas ekwiwalentem literatury – otwartym polem dla nieposkromionej wyobraźni?

Zrozum i wybacz: Nawet nie wiesz, jak bardzo cię kocham (2016)

Swoją przygodę z filmami Łozińskiego rozpoczęłam filmem „Mój spis z natury we wsi Leźno Małe”. Następnie przyszedł czas na nadrobienie zaległości: „Miejsce urodzenia” i „Siostry”. Od początku doceniam każdy jego obraz (podobnie jak jego ojca: Marcela Łozińskiego), który nie jest kolejnym filmem dokumentalnym. Podobnie jest z najnowszym, gdzie Ewa, Hanna oraz znakomity Bogdan de Barbaro wyruszają w podróż ku polepszeniu relacji.

Nie było łatwo. Były łzy, wnikanie w głąb siebie i długie przemyślenia. Oglądałam ten film w napięciu, które nie słabnie do zaskakującego końca. „Ten film jest dla mnie dekonstrukcją słowa „miłość”, zajrzeniem pod spód i wydrapaniem tego, co może się pod nim kryć. „Nawet nie wiesz, jak bardzo cię kocham” jest moją odpowiedzią na film, który zrobiłem przed trzema laty – „Ojciec i syn”. Zafundowaliśmy sobie wtedy z ojcem reżyserem rodzaj amatorskiej, domowej psychoterapii w postaci szczerej, brutalnej rozmowy. Czuliśmy się wszechmocni, pewni, że załatwimy nasze problemy między sobą, jak bogowie, bez udziału i pomocy trzeciej osoby. Brak pokory. Nie mogło się udać” – powiedział w rozmowie z Tomaszem Sobolewskim reżyser.

Bohaterkami są tu dwie kobiety. Dwudziestopięcioletnia Hania, która obarcza matkę winą za brak relacji, ciągłe awantury, rozwód rodziców w końcu wyrzucenie z gniazda. Z kolei matka – Ewa nie może dojść do siebie i przez całe życie towarzyszy jej uczucie osamotnienia. Pośrednikiem w procesie naprawiania stosunków jest krakowski wybitny profesor de Barbaro, który od momentu pojawienia się na ekranie od razu kradnie bezgraniczne zaufanie widza.

Łoziński rejestruje cykl pięciu sesji na przestrzeni miesięcy, które ostatecznie prowadzą do mniej lub bardziej skutecznego pojednania. Widz ma natomiast możliwość podejrzenia czegoś, co zazwyczaj dzieje się za zamkniętymi drzwiami. Pytanie brzmi: czy jestem tylko obserwatorem czy mnie ta rozmowa w bliższym lub dalszym stopniu też dotyczy?

To film dający do myślenia. Łatwo zranić najbliższe osoby, czasem trudno stwierdzić, dlaczego one nasze pomocne działania rozumieją jako atak. Mistrzowsko poprowadzone kino, zbudowane prostymi środkami, a przy tym po prostu ważne. „Nawet nie wiesz, jak bardzo Cię kocham” to nostalgiczna kronika przemijania, zapisana prostymi sentencjami i bez wzniosłych haseł. Gorąco polecam!

Prawdziwe pigułki szczęścia: W głowie się nie mieści (2015)

Pomysł zobrazowania popularnej metafory o małych ludzikach sterujących ludzkim organizmem ma już swoje lata. Przypomnijcie sobie choćby kultowy serial „Było sobie życie”. „W głowie się nie mieści” wykorzystuje ten sprawdzony schemat w znakomity sposób. Poznajemy umysł 11-letniej Riley, w którym gnieździ się pięć elementarnych emocji: Radość, Smutek, Gniew, Strach i Odraza.

Zachowania szalonych ludzików-emocji, połączone z reakcjami zewnętrznymi i odpowiedzią otoczenia sprawiają, że jesteśmy świadkami zabawnych sytuacji. Większość splotów akcji wiążą się też z celnymi obserwacjami działania mechanizmów ludzkiej psychiki i mają niewątpliwy walor edukacyjny.

„W głowie się nie mieści” doskonale łączy inteligentny humor, dynamiczną akcję i siłę wyobraźni. Nie zapominajmy również o uczuciach i poszukiwaniu zrozumienia. Riley jest dziewczynką, która ma wszystko: szczęśliwe dzieciństwo, kochających rodziców, przyjaciół i hobby. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, wstępuje w okres dojrzewania, a co za tym idzie emocje i hormony zaczynają buzować. Emocje wyruszają w intrygującą podróż, by na nowo odbudować zachwiane relacje. Czy im się uda?

O tym, jak kształtuje się osobowość i co się na nią składa, twórcy opowiadają w mądry i przezabawny sposób. Ukazują ludzką głowę niczym wielką serwerownię, w której pieczołowicie magazynowane są kolejne wspomnienia, a każdej emocji odpowiada inny kolor. Od zdominowanego przez żółty (radość) dzieciństwa po stopniowe dorastanie zobrazowane, dosłownie, wszystkimi kolorami tęczy. We wzruszający sposób Docter mówi o tym momencie, w którym traci się dziecięcą niewinność, kiedy zaczynają się pojawiać pierwsze problemy. W filmie wiąże się to z przeprowadzką rodziny z ukochanej Minnesoty do San Francisco, gdzie – jak się okazuje – nawet pizzę można zepsuć2.

Film porusza więc tematy najistotniejsze z punktu widzenia zdrowia psychicznego i jakości naszego życia. Mówi o naszej umiejętności doświadczania całego spektrum towarzyszących nam emocji, o przekonaniach, które nam to utrudniają, o roli uważności wychowawców jako tych, którzy akceptują lub czasem mimowolnie odrzucają nasze emocje, pozwalając nam na autentyczność w wyrażaniu emocji lub wzmagając w nas niemożność ich pokazania. Każda informacja, która do nas dociera, obojętnie czy to jest wydarzenie z naszego realnego życia, czy treść, którą oglądamy w filmie, ma znaczenia dla kształtowania się mózgu, bo jest przez niego przetwarzana i zapamiętywana.  

Zdrowe starzenie się mózgu: Mr. Nobody (2009)

Nemo, Nobody, podwójnie „Pan Nikt” przede wszystkim stanowi dowód nieograniczonych możliwości materii filmowej. Sam scenariusz powstawał prawie siedem lat. Jest stworzony na kanwie melodramatu i przedstawia dosyć zawikłaną, wielopłaszczyznową historię. Podczas seansu obserwujemy retrospekcje ukazujące różne wcielenia z życia Nemo. W zależności od podjętego wyboru, zaczyna przybierać inne formy: głowy rodziny, zakochanego nastolatka czy mężczyzny, który stara się być oparciem dla żony chorującej na depresję.

Siłą dzieła Van Dormaela jest sam akt opowiadania historii. Mr. Nemo jawi się nam jako mędrzec kultywujący tradycję ustnego przekazu. Jest w tym pewien zapomniany urok. Szczęśliwe i nieszczęśliwe przypadki życia traktuje jak gagi.

Kino nie lubi pytań, jakie podejmowane w „Mr. Nobody", bo trudno je zwizualizować. Bo jak ubrać w atrakcyjną dla widza formę rozważania na temat teorii prawdopodobieństwa z całą jej zawiłością? Albo jak skupić uwagę publiczności na takich tematach, jak: los, przypadek, wolna wola, wybór, śmierć, pamięć, czas, nieśmiertelność?3

„Mr Nobody" to także film o miłości i funkcjonowaniu naszego mózgu, gdy dochodzi do zauroczenia. Różnych postaciach, kiedy dwoje ludzi kocha się wzajemnie, kiedy on kocha ją, a ona nie potrafi odwzajemnić uczucia, i kiedy ona jest zaangażowana, a on jest obojętny. Z każdą z kobiet życie bohatera wygląda inaczej, a o spotkaniu dwojga ludzi decydują zarówno przypadki, jak i mniej lub bardziej świadome wybory.

Nemo, ostatni żyjący śmiertelnik, ma 130 lat i jedyne, co mu zostało, to pamięć. A jak wiadomo bywa ona wybiórcza i subiektywna. Dobrze, że reżyser ułatwia widzowi orientację w tym labiryncie uczuć. Mózg jest jednym z organów naszego ciała, kluczowym, ponieważ odpowiada za tożsamość, człowieczeństwo. Skoro starzeją się wszystkie komórki i tkanki człowieka, dotyczy to także mózgu. Reżyser zadaje pytanie: czy możemy umierać, nie starzejąc się? Nawet w filmie science fiction starzenie jest wpisane w nasze życie, tak jak w życie organizmów innych gatunków. Ostatecznie uzmysławia, że zasadniczo – wszystko, co nowe, odmładza mózg, gdyż wpływa na tworzenie nowych neuronów oraz połączeń między nimi. Każde nowe zadanie, doznanie, ćwiczenie czy książka podtrzymuje mózg w dobrej kondycji. Również wspomnienia… Starzy jesteśmy wtedy, gdy starzy się czujemy. Nie ilość zmarszczek i tempo chodu o tym decydują, ale fakt, jak długo nam się chce.

 

setoci2

Więcej tekstów autorki na blogu
setoci.com

258 sPatrycja Paczyńska Jasińska blog

O autorce

Patrycja Paczyńska-Jasińska – absolwentka socjologii (specjalność: komunikacja społeczna) na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach oraz kulturoznawstwa (specjalność: filmoznawstwo) na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Jest doktorantką na Wydziale Nauk Społecznych Uniwersytetu Śląskiego, na kierunku socjologia. Obecnie pracuje na Uniwersytecie SWPS w Katowicach, gdzie jest koordynatorką ds. marketingu oraz pełni funkcję opiekuna naukowego Koła Naukowego Psychointerpretacje. Działa również społecznie na rzecz rozwoju dzieci i młodzieży w ramach projektów: Strefa Młodzieży i Strefa Psyche. Współpracuje również z "Warsztaty Realizatora Filmowego i TV" w Bielsku-Białej gdzie edukuje społeczność lokalną z zakresu historii i analizy filmu. Jest organizatorką Ogólnopolskiej Konferencji Filmowej pt. "Filmowe Psycho-Tropy" oraz inicjatorką projekt filmowego o tym samym tytule, który od lat z sukcesem prowadzi w katowickim KINIE KOSMOS - Centrum Sztuki Filmowej. Autorka bloga filmowego Se Točí. Współautorka książek Film w edukacji i profilaktyce. Na tropach psychologii w filmie. Część 1 oraz Film w terapii i rozwoju. Na tropach psychologii w filmie. Część 2.

Przypisy

http://kinoterapia.pl/2012/10/29/mozg-w-kinie/
2 https://archiwum.stopklatka.pl/artykul/w-glowie-sie-nie-miesci-recenzja
https://www.filmweb.pl/film/Mr.+Nobody-2009-269102/discussion/Rozmowa+z+re%C5%BCyserem+Jaco+van+Dormaelem+-+pomoc+w+zrozumieniu+zamys%C5%82u+i+konwencji+filmu.+%28wywiad+zamieszczony+w+Gazecie+Wyborczej%29,1527576

Zapytani o to, czy psychologia pozwala lepiej zrozumieć film, odpowiedzielibyśmy, że w tym pytaniu kryje się pewna pułapka. Można by przecież zapytać również odwrotnie, czy to produkcje filmowe pozwalają lepiej zrozumieć psychologię? Nie ma tu jednej odpowiedzi, są za to różne wątki, które warto poruszyć niczym w scenariuszu dobrego filmu czy serialu. Film i psychologia mają już bowiem całkiem spory staż związku, a ich relacja jest jak najbardziej dwustronna i trudno byłoby ją sprowadzić jedynie do służebnej roli jednej dziedziny wobec drugiej. O związku filmu i psychologii opowiedzą: Patrycja Paczyńska-Jasińska i Michał Brol.

Relacja psychologii i filmu

Tym, co mimo swojej banalności wydaje się kluczowe, jest zwrócenie uwagi na fakt, że filmy przedstawiają różne zachowania, emocje, sposoby myślenia czy relacje. Z kolei najprostsza definicja psychologii mówi, że jest to nauka o zachowaniu człowieka i jego procesach psychicznych. Nie oznacza to jednak, że w każdym filmie można odnaleźć naukowe podejście i wierne odwzorowanie zjawisk (często będzie dokładnie odwrotnie), lecz raczej, iż odwołanie się do psychologii może pozwolić lepiej zrozumieć przedstawiane zachowania, ich uwarunkowania czy nadać szerszy kontekst przedstawianym wydarzeniom. Jest to jednak tylko jedno z możliwych spojrzeń na psychologiczno-filmowy duet.

Relację psychologii i filmu systematyzują bowiem cztery obszary, które określić można jako psychologię w filmie, psychologię widza filmowego, psychologię filmowców i psychologię (w) pracy z filmem.1 Psychologia w filmie to nie tylko obrazowanie chorób i zaburzeń psychicznych, wizerunek psychologa czy instytucji leczenia, ale także różne zjawiska psychologiczne. Możemy je obserwować właściwie w każdym filmie, choć oczywiście w różnym natężeniu i ukazane z rozmaitą trafnością. Ze względu na trudność postawienia granicy, niełatwo byłoby zatem wskazać, który film jest „jeszcze psychologiczny”, a który już takim nie jest. Przykładowo, jeden z portali filmowych słynnych 12 gniewnych ludzi Sidney’a Lumeta nie uznaje za film psychologiczny, choć jest to studium psychologii społecznej często przedstawiane studentom różnych kierunków. Przyczyna braku włączenia tego obrazu do grupy filmów psychologicznych tkwi być może właśnie w tym, że przedstawia on wiele zjawisk psychologii społecznej, a nie klinicznej. Określenie „film psychologiczny” przypisuje się bowiem często wyłącznie produkcjom obrazującym choroby czy zaburzenia psychiczne, co być może jest pokłosiem potocznego utożsamiania psychologii jedynie z psychologią kliniczną i terapią. Można zatem przyznać rację ekspertom, którzy zwracają uwagę na fakt, że nie istnieje taki gatunek, jak film psychologiczny2, ale warto też pochylić się nad innym, interesującym tropem. Spotyka się również rozumienie filmu psychologicznego jako takiego, który oddziałuje na psychikę widza bardziej niż inne (wzbudza więcej refleksji? silniej działa emocjonalnie? pozostaje na dłużej w pamięci?). Ponownie jednak należałoby zapytać o granice takiego pojęcia, bo przecież ten sam film może być „psychologiczny” dla jednej osoby, a dla innej wcale nie albo oddziaływać na tego samego widza inaczej na różnych etapach jego życia. A zatem należy ponownie stwierdzić, że w takim rozumieniu każdy film może być psychologiczny, a psychologię odnajdziemy w różnych dziełach.

Obszar określony jako psychologia w filmie obejmuje wspomniane już choroby i zaburzenia psychiczne, które przykuwają uwagę wielu widzów i stanowić mogą kanwę całej filmowej opowieści. Jak się okazało, film może oddziaływać w tej kwestii nie tylko na postawy szerokiej widowni, ale również na opinie osób kształcących się w dziedzinie ochrony zdrowia. Na przykład studenci medycyny zmieniali postawę na negatywną (choć stoi to w sprzeczności z wiedzą medyczną) wobec leczenia elektrowstrząsami po tym, jak zobaczyli Jacka Nicholsona poddanego takiej terapii w filmie Lot nad kukułczym gniazdem Miloša Formana.3 Kontrowersje wzbudzają też wizerunki terapeutów. Autorzy książki Kino i choroby psychiczne4 przeanalizowali filmowe obrazy psychoterapeutów, wyróżniając 23 portrety wyważone oraz aż 28 portretów niewyważonych. Negatywny sposób prezentowania w filmie postaci terapeutów rodzi obawy o jego wpływ na opinie widzów, a co za tym idzie ich gotowość do korzystania z profesjonalnej pomocy psychologicznej.

Gdy mowa o oddziaływaniu filmu na postawy odbiorców, warto przytoczyć postulat skierowany do środowiska psychologów, mówiący o tym, że „psychologowie mają moralny, jeśli nie etyczny obowiązek, aby pomóc zmienić publiczne błędne wyobrażenia na temat osób chorych psychicznie”5. Przykładowo, film Psychoza Alfreda Hitchcocka (1960) podtrzymuje błędne utożsamianie schizofrenii z dysocjacyjnym zaburzeniem tożsamości (tymczasem schizofrenia to nie rozszczepienie osobowości!). Z kolei film Egzorcysta Williama Friedkina (1973), sugeruje równoważność między chorobą psychiczną a opętaniem przez diabła. Niektóre filmy mogą częściowo odpowiadać za stygmatyzację osób chorych psychicznie, co może prowadzić do braku uzyskiwania faktycznego wsparcia przez te osoby6. Sformułowanie „psychologia w filmie” trzeba w tym kontekście rozumieć również jako przekonanie samych odbiorców, że oto mają do czynienia z psychologią czy po prostu mechanizmami psychologicznymi, choć sama psychologia jako nauka może kwestionować zawarte w danym filmie treści. Warto jednocześnie pamiętać, że film niejednokrotnie stanowić będzie doświadczenie zastępcze. Alternatywne dla kontaktu z prawdziwą osobą, ale też zastępcze wobec kontaktu np. z wiedzą z rzetelnego źródła.

W książce 50 wielkich mitów psychologii popularnej7 autorzy przywołują liczne filmowe przykłady przekłamań czy też popularyzowania mitów zamiast faktów. Opisują mniej i bardziej znaczące dla relacji społecznych czy naszego własnego życia i rozwoju nieprawdy, np. mit przyciągających się przeciwieństw, co stanowi podstawę wielu komedii romantycznych, czy też mit o rzekomym wykorzystywaniu jedynie 10% możliwości mózgu. Przykładem odwołania się do tego ostatniego był sposób promocji jednego z filmów plakatami z napisem niemal „żywcem” wyjętym ze spisu treści (będącego zarazem listą mitów) podręcznika wyżej wspomnianych autorów: „przeciętny człowiek wykorzystuje 10% mózgu”. Premiera filmu Lucy Luca Bessona sprowokowała wówczas popularyzatorów nauki (np. poprzez portale filmowe) i dziennikarzy do komentarzy — jeden z bardziej prześmiewczych i wyjątkowo złośliwych tytułów brzmiał „Dlaczego Luc Besson użył tylko 10 procent swojego mózgu do napisania scenariusza Lucy?”8.

Psychologia widza filmowego

Drugim z wymienionych obszarów związku psychologii i filmu jest psychologia widza filmowego. W sferze jej zainteresowań znajdują się pytania o to, kto ogląda dane filmy, jakie tytuły są wybierane, w jakich okolicznościach dana osoba staje się widzem. Ten obszar odnosi się również do samego momentu oglądania, a zatem do tego, co dzieje się w nas podczas seansu i jak staramy się filmy zrozumieć, jakie emocje w nas wyzwalają oraz pytań o to, co dzieje się po filmie. Niniejszy zakres problemowy można sprowadzić do ogólnej myśli, o tym, co „film z nami robi”. Jej wyrazem mogą być słowa Tadeusza Sobolewskiego, że „europejskie kino festiwalowe często zostawia widza bezradnego wobec zła świata. Kino amerykańskie — także niezależne — pomaga widzowi się podnieść, jak po przebytej chorobie. Nie musimy czekać, aż świat się zmieni — on przechodzi symboliczną przemianę już na ekranie”.9

Obszar psychologii widza filmowego to również pytanie o skutki oddziaływania filmu — w kręgu zainteresowania psychologów znajduje się np. zmiana nastroju, zachowań i postaw. Zdarza się, że oddziaływanie filmu czy, szerzej, mediów, jest przeceniane w jednych, a niedoceniane w innych aspektach albo też wzbudza kontrowersje. Przykładem takiego przeszacowania jest mit o widzach uciekających z kina przed lokomotywą podczas historycznego pokazu filmów braci Lumière.10 Bardzo często przywoływaną historią (także w podręcznikach!) dla zobrazowania siły oddziaływania mediów jest opis paniki panującej pośród słuchaczy sugestywnej audycji radiowej Wojna światów w reż. O Wellesa (adaptacji powieści H.G. Wellsa). Problemem jest jednak to, że takowa panika nie miała miejsca, zaś cała historia jawi się jako manipulacja.11

Kontrowersje związane z oddziaływaniem filmów dotyczą również łączenia przemocy ekranowej z tą mającą miejsce w realnym życiu. Pojedyncze analizy podejmujące ten temat, jakie pojawiały się na przestrzeni lat, dostarczały różnych wyników. Christopher J. Ferguson i Joanne Savage12 dokonali analizy badań nad telewizyjnymi obrazami przemocy zebranych na przestrzeni pięćdziesięciu lat i zwrócili uwagę na istotne uchybienia metodologiczne, wśród których wymieniają: pomijanie cech widza, rodzaju i czasu oglądania określonych treści, przyjmowanie wartościujących i nieprecyzyjnych definicji oraz generalizacje mimo np. różnic pomiędzy zachowaniami w odizolowanym laboratorium a agresją w realnym świecie. Tymczasem pomijane cechy widza mogą mieć kluczowe znaczenie — np. osoby (także dzieci) zdiagnozowane jako agresywne chętniej wybierają filmy zawierające sceny przemocy.13 Obserwowanie przemocy może skutkować jej wyzwoleniem u widza, jednak trafniejszym predyktorem przemocy młodzieży są inne czynniki: depresja, przestępczość w grupie rówieśniczej, osobowość antyspołeczna i przemoc w rodzinie.14 Problematykę ekranowej agresji omówiliśmy na przykładzie w artykule Idea psychologicznej pracy z filmem na przykładzie filmu animowanego „Jak wytresować smoka”, który można odnaleźć w sieci.

Jednym z częstych uproszczeń jest traktowanie badań w zakresie oddziaływania filmu na widza jako wpływu na oglądających. Tymczasem może chodzić tylko o korelacje, czyli współwystępowanie pewnych zjawisk, co do których nie wykazano związków przyczynowo-skutkowych. W takiej sytuacji używanie określenia wpływ może być nadużyciem lub co najmniej nieporozumieniem.

Psychologia filmowców

Trzecim obszarem godnym zainteresowania jest psychologia filmowców, która obejmuje analizę filmu jako odbicia psychiki twórcy oraz wykorzystywanie psychologii w świecie filmu. W tym ujęciu psychologia może wyjaśniać znaczenie dzieł filmowych oraz ich poszczególnych elementów, nawiązując także do biografii reżysera czy aktorów. Jednocześnie wiedza i umiejętności psychologa stają się przydatne już na etapie tworzenia filmów czy seriali. Przykładem takiego zaangażowania psychologów jest praca nad animacją W głowie się nie mieści [Inside Out]. Reżyser, Pete Docter, zaprosił do współpracy specjalistów w dziedzinie emocji, profesorów psychologii Dachera Keltnera oraz jego mentora Paula Ekmana.15 Profesor Ekman był też naukowym konsultantem serialu Magia kłamstwa [Lie to Me], w którym to m.in. już w drugim odcinku zobrazowano zawodność tzw. wykrywacza kłamstw (wariografu). Poza konsultowaniem treści i formy samego filmu, rolą psychologa może być też wsparcie dla zespołów pracujących nad filmami i serialami.

Psychologia (w) pracy z filmem

Czwarty z obszarów porządkujących relację psychologii i filmu, czyli psychologia (w) pracy z filmem akcentuje rolę psychologii zarówno w aspekcie wiedzy, jak i umiejętności przydatnych czy wręcz koniecznych dla projektowania i prowadzenia zajęć z wykorzystaniem filmu. Film usprawnia proces uczenia się, dając różnorodne możliwości niedostępne dla innych mediów: może służyć jako swego rodzaju narzędzie do rozwiązywania problemów, studium przypadku, pozwala przybliżyć wydarzenia historyczne wraz z ich kontekstem, ukazuje metafory, umożliwia komunikowanie się w sposób symboliczny. Z punktu widzenia edukacyjnego istotne jest także to, że film pozwala na zrozumienie abstrakcyjnych pojęć oraz umożliwia tzw. doświadczanie czegoś w sposób zastępczy. Przedstawianie różnych kwestii, zagadnień, tematów poprzez sceny z filmów daje szansę obserwacji ich zastosowania w odmiennych sytuacjach.16

Różnego rodzaju oddziaływania edukacyjne, profilaktyczne i terapeutyczne wraz z przykładami i scenariuszami zajęć przedstawione zostały w dwóch książkach Film w terapii i rozwoju oraz Film w edukacji i profilaktyce, które ukazały się nakładem wydawnictwa Difin jako dwie części publikacji Na tropach psychologii w filmie. Problematyka ewaluacji skuteczności oddziaływań profilaktycznych z wykorzystaniem filmu omówiona została w jednym z rozdziałów.17

Przyjrzeliśmy się związkowi filmu i psychologii od strony teorii oraz prowadzonych badań, mamy też doświadczenia praktyczne w tym zakresie i do poszerzonej refleksji na ten temat zaprosiliśmy wszystkich zainteresowanych podczas organizowanej przez nas ogólnopolskiej konferencji naukowej. W ramach dwóch edycji tego wydarzenia z cyklu „Filmowe Psycho-Tropy”, staraliśmy się udowodnić, że psychologia pomaga zrozumieć film w co najmniej czterech omówionych w tym tekście obszarach, czyli w ramach psychologii w filmie, psychologii widza filmowego, psychologii filmowców oraz zastosowania psychologii (w) pracy z filmem. Przedstawiciele różnych dziedzin i profesji, będący uczestnikami konferencji (m.in. psychologowie, filmoznawcy, pedagodzy szkolni, wychowawcy, nauczyciele), wykorzystują film w działaniach edukacyjnych i profilaktyce, a także w terapii. Czynią to podczas warsztatów oraz szkoleń, a psychologowie — również w ramach psychoedukacji. Wspomniane wydarzenie służyło też integracji środowiska praktyków i badaczy. Jak pokazuje praktyka, kino może być odbiciem ludzkiego życia, ale też krzywym zwierciadłem; może powielać mity i upowszechniać stereotypy albo edukować i uczyć empatii, ukazywać nieznane nam zjawiska. Filmy mogą stanowić inspirację i źródło wielu refleksji. Podczas pierwszej edycji konferencji odbył się panel dyskusyjny pt. „Czy film może leczyć?”. Do rozmowy zaprosiliśmy praktyków i teoretyków, osoby na co dzień zajmujące się filmem, edukacją filmową i filmoterapią oraz terapeutów sięgających po to medium w konkretnych sytuacjach. Z początkowego wielogłosu wyłonił się ostatecznie wspólny głos: choć film może oddziaływać na widza w sposób ewidentny, co możemy mierzyć nawet na poziomie fizjologicznym, to jednak jego ewentualne działanie terapeutyczne stanowi odrębną kwestię. W terapii film może stanowić narzędzie wspomagające, wyzwalające rozmowę na dany temat, jednakże czynnikiem leczącym jest relacja terapeutyczna. Co istotne, filmoterapia nie stanowi sama w sobie metody psychoterapeutycznej, jak można by mylnie wnioskować z jej nazwy. Nie umniejsza to jednak jej roli w oddziaływaniu na człowieka.

Z kolei podczas II edycji konferencji poszukiwano m.in. bohaterów filmowych, którzy stanowią wzorce i antywzorce. Czy wiedza psychologiczna przydaje się twórcom filmowym, a reżyserzy, scenarzyści i aktorzy chętnie do niej sięgają? Jak się mają wyniki badań naukowych do tego, co sami myślą o sobie i swoich dziełach „ludzie filmu”? Czy na planie filmowym jest miejsce dla psychologa? Odpowiedzi na te i inne pytania z pogranicza filmu oraz psychologii mieliśmy okazję poszukiwać podczas kolejnego panelu dyskusyjnego.

Gośćmi dyskusji prowadzonej przez Magdę Miśkę-Jackowską (RMF Classic) byli reżyserzy: Anna Jadowska i Mariusz Palej oraz psycholożki — naukowcy i praktycy: dr hab., prof. UO Barbara Mróz, Aleksandra Zienowicz-Wielebska i Ewa Serwotka. Słuchacze panelu mieli przyjemność poznać kulisy pracy nad filmem Za niebieskimi drzwiami i docenić odpowiedzialność, z jaką Mariusz Palej podchodzi do swoich dzieł, a przede wszystkim do aktorów, z którymi pracuje. Anna Jadowska, reżyserka Dzikich róż, podzieliła się m.in. refleksją dotyczącą pozycji kobiet w branży filmowej, przyznała też, że sięganie do specjalistycznej wiedzy psychologicznej w celu wydobycia realizmu bohatera nie jest jej obce.

Aleksandra Zenowicz-Wielbska i Ewa Serwotka, autorki książki Psychologia osiągnięć dla twórców filmowych, wskazywały na wyzwania psychologiczne związane z pracą w branży filmowej oraz możliwości szkolenia pracowników różnych „pionów” filmowych. Natomiast prof. Barbara Mróz podzieliła się wnioskami ze swoich unikatowych badań polskich aktorów (Sztuka aktorska w badaniach psychologicznych i refleksji estetycznej; 20 lat później. Osobowość i hierarchia wartości wybitnych aktorów polskich). Wszyscy zgodnie uznali, że warto wspierać wykorzystywanie filmu w szkole, tym bardziej że liczne produkcje filmowe i telewizyjne w sposób interesujący poruszają tematy trudne i niewygodne, mogąc stanowić dobry punkt wyjścia do pracy z młodzieżą. Możemy zatem śmiało stwierdzić, że relacja filmu i psychologii jest związkiem bardzo owocnym, z czego czerpią nie tylko obie dziedziny, ale przede wszystkim widzowie.  

Artykuł ukazał się na stronie www.edukacjafilmowa.pl

film okladki2 Publikacje „Na tropach psychologii w filmie” to efekt poprzednich dwóch edycji Konferencji Filmowe Psycho-Tropy. W książkach znalazły się teksty, które udowadniają, że filmy mogą być wykorzystane w edukacji i profilaktyce, a także w kształceniu psychologów i terapeutów. Partnerem merytorycznym wydania jest Uniwersytet SWPS. Więcej na temat publikacji »

 

O autorach

258 Michał Brol

 

dr Michał Brol – wykładowca akademicki w Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. Pasjonat filmu i entuzjasta dydaktyki akademickiej, w efekcie czego opracował wraz z dr Agnieszką Skorupą program psychologicznej pracy z filmem, który realizowany jest m.in. jako fakultet na kierunku psychologia. Autor ponad dwudziestu artykułów naukowych nt. związku psychologii i filmu, pod jego redakcją ukazały się m.in. [LINK: https://wydawnictwo.us.edu.pl/node/9592] Psychologiczna Praca z Filmem, Film w edukacji i profilaktyce. Na tropach psychologii w filmie. Część 1 oraz Film w terapii i rozwoju. Na tropach psychologii w filmie. Część 2. Pomysłodawca i organizator Ogólnopolskiej Konferencji Naukowej w cyklu "Filmowe Psycho-Tropy". Popularyzator nauki, autor licznych warsztatów dedykowanych szerokiemu gronu odbiorców, szczególnie młodzieży. Działania edukacyjne i profilaktyczne z zastosowaniem filmu prowadził w ramach różnych grantów i projektów, m.in. współpracował z Gdańskim Teatrem Szekspirowskim.

258 sPatrycja Paczyńska Jasińska blog

 

Patrycja Paczyńska-Jasińska – absolwentka socjologii (specjalność: komunikacja społeczna) na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach oraz kulturoznawstwa (specjalność: filmoznawstwo) na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Jest doktorantką na Wydziale Nauk Społecznych Uniwersytetu Śląskiego, na kierunku socjologia. Obecnie pracuje na Uniwersytecie SWPS w Katowicach, gdzie jest koordynatorką ds. marketingu oraz pełni funkcję opiekuna naukowego Koła Naukowego Psychointerpretacje. Działa również społecznie na rzecz rozwoju dzieci i młodzieży w ramach projektów: Strefa Młodzieży i Strefa Psyche. Współpracuje również z "Warsztaty Realizatora Filmowego i TV" w Bielsku-Białej gdzie edukuje społeczność lokalną z zakresu historii i analizy filmu. Jest organizatorką Ogólnopolskiej Konferencji Filmowej pt. "Filmowe Psycho-Tropy" oraz inicjatorką projekt filmowego o tym samym tytule, który od lat z sukcesem prowadzi w katowickim KINIE KOSMOS - Centrum Sztuki Filmowej. Autorka bloga filmowego Se Točí. Współautorka książek Film w edukacji i profilaktyce. Na tropach psychologii w filmie. Część 1 oraz Film w terapii i rozwoju. Na tropach psychologii w filmie. Część 2.

setoci2

Więcej tekstów autorki na blogu
setoci.com

Przypisy

1 S.D. Young, Psychology at the Movies, John Wiley & Sons 2012.
M. Brol, A. Skorupa, Znaczenie filmu dla psychologów i terapeutów, w: A. Skorupa, M. Brol, P. Paczyńska-Jasińska (red.), Film w terapii i rozwoju. Na tropach psychologii w filmie. Część 2, Warszawa 2018, ss. 207-228.
2 A. Helman i A. Pitrus, Podstawy wiedzy o filmie, Gdańsk 2008.
3 S. Packer, Movies and the Modern Psyche, Greenwood Publishing Group 2007.
4 D. Wedding, M.A. Boyd, R.M. Niemiec, Kino i choroby psychiczne. Filmy, które pomagają zrozumieć zaburzenia psychiczne, Warszawa 2014.
5 L.E.A. Walker, M. Robinson, R.L. Duros, J. Henle, J. Caverly, S. Mignone, E.R. Zimmerman i B. Apple (2010). The Myth of Mental Illness in the Movies and Its Impact on Forensic Psychology [w:] The Cinematic Mirror for Psychology and Life Coaching, New York 2010, ss. 171-192.
6 D. Wedding, M.A. Boyd, R.M. Niemiec, Kino i choroby psychiczne, op. cit.
7 S.O. Lilienfeld, S.J. Lynn, J. Ruscio, B.L. Beyerstein,50 wielkich mitów psychologii popularnej, tłum. D. Sagan, P. Szwajcer, Wydawnictwo „Znak” 2011.
8 P. Stanisławski, Dlaczego Luc Besson użył tylko 10 procent swojego mózgu do napisania scenariusza Lucy?,138228,16515703,Dlaczego_Luc_Besson_uzyl_tylko_10_procent_swojego.html (dostęp: 10.09.2018).
9 T. Sobolewski, Oscary 2018. Amerykanie umieją pokazać happy end. Tęsknię za takim kinem ,143363,23103982,oscary-2018-amerykanie-umieja-pokazac-happy-end-tesknie-za.html (dostęp: 10.09.2018).
10 M. Miśka-Jackowska, O roli filmu w życiu człowieka [w:] A. Skorupa, M. Brol, P. Paczyńska-Jasińska (red.), Film w terapii i rozwoju. Na tropach psychologii w filmie. Część 2, Warszawa 2018, ss. 19-31.
11 J. Campbell, The Halloween Myth of the War of the Worlds Panic). (dostęp: 10.09.2018).
12 C.J. Ferguson, J. Savage, Have recent studies addressed methodological issues raised by five decades of television violence research? A critical review [w:] Aggression and Violent Behavior, nr 17, 2012, ss. 129-139.
13 B. Niżankowska-Półtorak, M. Półtorak, Poziom agresywności dzieci i ich percepcja przemocy w filmach [w:] W. Walc (red.), Przemoc. Konteksty społeczno-kulturowe. Tom II. Kulturowe i edukacyjne aspekty zjawiska, Rzeszów 2007.
14 C. J. Ferguson, C. San Miguel, R. D. Hartley, A multivariate analysis of youth violence and aggression: the influence of family, peers, depression, and media violence [w:] The Journal of pediatrics, nr 155 (6), 2009, ss. 904-908.
15 M. Brol, A. Skorupa, Psychologiczna praca z filmem „W głowie się nie mieści” [Inside Out], „Studia de Cultura” 2017, nr 2.
16 J.E. Champoux, Film as a Teaching Resource, „Journal of Management Inquiry” 1999, 8 (2), ss. 206-217.
17 M. Brol, A. Skorupa, Znaczenie filmu…, ss. 207-228.

Marzec 2019 roku, po obfitym w wydarzenia lutym, okazał się mimo wszystko miesiącem interesującym. Dużo premier filmowo-serialowych, dużo wydarzeń, kilka pozytywnych zaskoczeń, parę rozczarowań. Gotowi na dawkę prawdziwej kultury? Jesteście na bieżąco? Podsumowanie miesiąca przygotowała kulturoznawczyni, Patrycja Paczyńska-Jasińska.

7. Ogólnopolski Festiwal Animacji: od 1 marca do 2 kwietnia 2019

Święto i promocja polskiej animacji, techniki, która w naszym kraju swoją świetność obchodziła w latach 60-tych i 70-tych XX wieku. Zjawisko zwane Polską Szkołą Animacji, było jedną z najlepiej rozpoznawalnych na świecie marek polskiej sztuki, a liczba sprzedanych za granicą licencji zapewniła polskiemu filmowi animowanemu pozycję najlepszego artystycznego towaru eksportowego. Prężnie działające studia rysunkowe w Bielsku-Białej, Krakowie, Łodzi, Poznaniu i Warszawie wiodły prym na arenie międzynarodowej.

Z biegiem czasu animacja traciła zainteresowanie widzów. Na ratunek przybyli twórcy O!PLI, czyli Ogólnopolskiego Festiwalu Animacji. Od ponad pięciu lat sukcesywnie realizują swój cel: (od)budowy relacji Artysta-Widz-Artysta. Od samego początku ambicją festiwalu było docieranie ze sztuką animacji nie tylko do dużych, lecz także do mniejszych ośrodków w kraju. Tegoroczna edycja dotarła do ponad 90. miejscowości w Polsce.

Short Waves Festival

To międzynarodowy festiwal filmów krótkometrażowych, który odbywa się corocznie w Poznaniu. Festiwal ma miejsce zwykle w ponad trzydziestu polskich oraz kilku zagranicznych miastach. Imprezie towarzyszą nie tylko pokazy filmowe, ale również spotkania z twórcami, branżowe i warsztaty. Z roku na rok zauważam coraz większe zainteresowanie filmami krótkometrażowymi. Tegoroczna edycja krążyła wokół takich tematów jak: kondycja społeczeństwa, kultura alternatywna, taniec i muzyka, z uwzględnieniem zachodzących w nich przemian.

Filmy

Marzec obfitował w bardzo ciekawe premiery filmowe. Fani każdego z gatunków mogli znaleźć coś dla siebie. „Kapitan Marvel” – oscarowa Brie Larson („Pokój”) trafiła do świata Sci-Fi. Ekranizacja komiksu Roya Thomasa i Gene'a Colana to przede wszystkim opowieść o emancypacji młodej kobiety. Bohaterka filmu od dzieciństwa musiała stawiać czoła świecie mężczyzn, udowadniając że też potrafi być świetnym kompanem w niesamowitych przygodach. To pierwsza produkcja studia Marvel z kobietą w roli głównej. „Pionierski wymiar przedsięwzięcia sprawił, że twórcy poczuli się w obowiązku, by nie tylko bawić, ale również edukować widownię. Dać milionom dziewczynek wzór do naśladowania, napiętnować negatywne zjawiska, wskazać światło w tunelu. Obdarzona filuternym uśmiechem Brie Larson jest charyzmatyczna, ale nie pomnikowa, waleczna, lecz niepozbawiona słabości, pewna siebie, a zarazem zagubiona. Mówiąc krótko: superdziewczyna z sąsiedztwa”.1

Szczególnie polecam film „Szczęśliwy Lazzaro”, którego scenariusz otrzymał nagrodę w Cannes. Alice Rohrwacher zabiera nas do świata tytułowego Lazzaro, który jest wcieleniem najszlachetniejszej dobroci. Jego dobroć zostanie wystawiona na wielką próbę. Obraz świetnie uświadamia nam jak nasze oczekiwania z dnia na dzień maleją. Ta smutna diagnoza polityczno-społeczna ma jednak też pozytywny cel: pokazać nam, że możemy bardziej, mocniej i więcej – bez szukania winnych. W poetyckiej, burleskowej formie Alice Rohrwacher rozpoznaje wciąż aktualne problemy, z dużym poczuciem humoru, pokazując konieczność ciągłego cwaniakowania, kombinowania oraz niewiarę we wsparcie socjalne. Ta smutna diagnoza polityczno-społeczna ma również za cel uświadomienie nam, że możemy bardziej, mocniej i więcej – bez szukania winnych. W poetyckiej, burleskowej formie Alice Rohrwacher rozpoznaje wciąż aktualne problemy, z dużym poczuciem humoru, pokazując konieczność ciągłego cwaniakowania, kombinowania oraz niewiarę we wsparcie socjalne. Mieszają się w tym filmie: włoski neorealizm, realizm magiczny i czarna komedia.

„Brudny Harry” za kamerą, czyli Clint Eastwood i jego „Przemytnik”. Nie wiem jak Wy, ale ja wolę jak aktor pozostawia przestrzeń młodszym kolegom, a sam zasiada na stołku reżysera. Tym razem w podwójnej roli, ramię w ramę z Bradleyem Cooperem, Andym Garcią oraz Laurencem Fishburnem, wymierza sprawiedliwość. Dramat opowiada historię 80-letniego Stone’a, który będąc na granicy bankructwa, zostaje tytułowym przemytnikiem narkotyków na usługach meksykańskiego kartelu. Eastwood potrafi i wzruszyć i rozśmieszyć. Bez skrupułów ignoruje moralne implikacje zachowań protagonisty. Nie boi się ckliwości i naiwności, wierząc, że sympatyczne postacie z ciekawie pokazanymi interakcjami zneutralizują wszelkie negatywne skutki przesadnych uproszczeń.

Powraca również „najgorętsze” irańskie nazwisko – Asghar Farhadi. Tym razem filmem „Wszyscy wiedzą”, reżyser zabiera nas na południe Europy, gdzie rozegra się dramat z love story w tle. Twórca zmienia język, miasto i kulturowe konteksty,Tym razem filmem „Wszyscy wiedzą” zabiera nas na południe Europy, gdzie rozegra się dramat z love story w tle. Reżyser zmienia języki, miasta i kulturowe konteksty, ale wciąż opowiada o komunikacyjnym impasie, społecznym rozwarstwieniu oraz problemach, które łatwiej przemilczeć, niż rozwiązać. Film nie został dobrze przyjęty przez krytykę, ale zaskarbił sobie serca publiczności. Wszystko za sprawą hipnotyzującej pary (w życiu i na ekranie). Laura (Penelope Cruz) powraca do Hiszpanii na wesele siostry. Tańce, wspominki oraz wymiany czułych spojrzeń pomiędzy nią, a jej dawnym kochankiem Paco (Javier Bardem) kończą się w momencie, gdy córka Laury zostaje porwana. Rozpoczyna się dramat jednostki oraz pranie brudów z przeszłości. Fabuła, w której znalazło się miejsce na porwanie dla okupu, starcie panów z chłopami oraz miłość przypieczętowaną na szczycie dzwonnicy, trąci, kiczem, a i tak chcemy zobaczyć jak zakończy się ta historia.Bezapelacyjne najważniejszą premierą marca był belgijski dramat „Girl” w reżyserii Lukasa Dhonta. Wszyscy chcemy gdzieś pasować. Być akceptowani. Należeć do stada. Według amerykańskiego psychologa Abrahama Maslowa, właśnie w ten sposób realizujemy podstawową potrzebę przynależności. „Co okazuje się największą przeszkodą w życiu Lary? Jej chłopięce ciało. A dokładnie penis, którego chciałaby się pozbyć. Codziennie rano podwiązuje swoje krocze, co sprawia jej olbrzymi ból. Ma nadzieję, że nikt nie zauważy. Lara to piętnastoletnia transgenderowa dziewczyna, której recepta na szczęście „chcę być sobą” wydaje jej się prosta. Hormony i mniej więcej siedem godzin operacji. Nie może uwierzyć, że już jest tą dziewczyną, którą tak bardzo chce być. A właściwie dopiero się nią staje”.2

Jak wyglądało rodzime podwórko? W marcu mieliśmy cztery premiery filmowe. Nadworny reżyser kina akcji Władysław Pasikowski stworzył „Kuriera”, opowieść o Janie Nowaku-Jezioranskim. Nie zabrakło hollywoodzkich scen rodem z Jamesa Bonda, intryg i fragmentów trzymających w napięciu. Opowieść o Janie Nowaku-Jezioranskim. Film Władysława Pasikowskiego opowiadający o powrocie bohatera z Londynu do okupowanej Polski. Nie zabrakło hollywoodzkich scen rodem z Jamesa Bonda, intryg i fragmentów trzymających w napięciu. To letnie kino historyczne, w którym bohaterów z krwi i kości zastępują figury z patriotycznej czytanki, niezłe role giną pod nawałem scenariopisarskich banałów, a umiejętnie budowane napięcie rozładowane jest w fatalnych scenach akcji.

Wzbraniam się przed filmami o sportowcach, jak tylko mogę. Z prostego powodu: więcej razy mnie zawiodły, niż przyniosły audiowizualne doznania. Ile można oglądać, że ktoś się stara, poddaje, trener pokazuje lepsze życie i w końcu osiąga sukces? „Córka trenera” to zupełnie inne kino. Sport jest tylko tłem do pokazania relacji. Relacji, które od samego początku skazane są na niepowodzenie. Od wielu lat są tylko we dwoje, zawsze razem. Ona jest jego oczkiem w głowie, córeczką tatusia i jego wielką chlubą. On jest dla niej całym światem. Pewnego dnia obydwoje kogoś poznają. Maciej, będąc przez tyle lat samotnym, w końcu otworzy się na nową znajomość? Film drogi, ale jakże istotny kawałek do przejścia… Moja pełna recenzja oraz wywiad z twórcami tutaj.

Powraca Borys Lankosz. Po świetnym „Ziarnie prawdy”, kazał na siebie czekać aż cztery lata. Niestety rozczarowuje kryminałem „Ciemno, prawie noc” z Magdaleną Cielecką i Marcinem Dorocińskim w rolach głównych.

Powolne wycofywanie się matki, brak męskiego wzorca, pierwsza miłość, utrata przyjaciela czy brak siły, aby stawić czoła kolejnym kochankom w rodzinie. To lato nie oszczędza Piotrka, a kamera umiejętnie stara się uchwycić te ważne momenty. Zapraszamy do refleksji, bowiem wrażliwość nie jest związana z metryką, a bardziej z doświadczeniem. Sądzę, że każdy odnajdzie siebie w filmie „Wspomnienie lata”. Adam Guziński zabiera nas do emocjonalnych stanów bohaterów. Właściwie nic nie zostaje tu wypowiedziane na głos: romans matki, świadomość, że jej syn o wszystkim wie, uczucie chłopaka do przyjezdnej dziewczyny, przemoc seksualna. Wszystko, co najważniejsze wybrzmiewa między słowami: w najdrobniejszych gestach, nieoczywistych zbitkach montażowych, rekwizytach i piosenkach. Miałam przyjemność rozmawiać z twórcami filmu. Wywiad oraz recenzja tutaj.

Seriale

W marcu odbyło się aż sześć serialowych premier. „The Order” - horror amerykański, produkcji Netflixa z pewnością trafi do nastolatków. Głównym bohaterem jest Jack Morton, młodzieniec wychowywany przez dziadka. Świeżo upieczony student dowiaduje się, że na swoim uniwersytecie od zarania dziejów działa tajemne stowarzyszenie – Bractwo błękitnej róży. Postanawia, że za wszelką cenę stanie się członkiem bractwa. Skąd tak silna obsesja Jacka na punkcie tajemniczego stowarzyszenia?

„Formuła 1: Jazda o życie” „Jeśli wydawało się komuś, że dokumenty o konkretnej dziedzinie sportu są dedykowane tylko jej fanom, to był w błędzie. Idealnym zaprzeczeniem tej teorii jest serial Netflixa "Formula 1: Jazda o życie". To dokument dla każdego laika. Jego widz nie musi znać się na budowie bolidu, żeby znaleźć w nim coś ciekawego dla siebie. A lista tych "cosiów" wyglada całkiem imponująco”.3

„Miłość, śmierć i roboty”, to krótkie, niepowiązane ze sobą osiemnaście animacji, z których każda opowiada inną historię i zrealizowana jest w inny sposób. Mają jednak jeden element wspólny – kręcą się wokół fantasy, science-fiction, cyberpunku i horroru, czasem sięgając po jakieś komediowe akcenty.

Netflix stworzył również serial o muzykach i tylko dla muzyków...? „Turn Up Charlie” okaże się sukcesem? Tytułowy Charlie (w tej roli Idris Elba, co zabawne prywatnie również działający jako DJ) zabłysnął hitem jednego sezonu, jednak życie szybko zweryfikowało jego plany. Po latach, na fali tęsknoty za latami 90., pojawia się pomysł powrotu na scenę z remiksem jego dawnego przeboju.

Na koniec dwa mini seriale, oparte na faktach: „Zaginięcie Madeleine McCann” składa się z ośmiu odcinków. Skupia się przede wszystkim na relacjach świadków oraz śledczych, którzy brali udział w próbach rozwiązania zagadki zaginięcia trzyletniej Madeleine McCann. Wydarzenia z 2007 roku, które wstrząsnęło światem.

Z kolei „The Act” opowiada historię, którą odkryto w 2015 roku. Psychicznie pokiereszowane bohaterki, toksyczne i dramatycznie pogmatwane relacje między matką i córką. I czy, mimo ewidentnego i okrutnego morderstwa, współczucie widza skierowane będzie ku matkobójczyni? HBO GO przygotował siedmioodcinkowy serial o Claudine „Dee Dee” Blanchard i jej córce Gypsy Rose.

 

setoci2

Więcej tekstów autorki na blogu
setoci.com

258 sPatrycja Paczyńska Jasińska blog

O autorce

Patrycja Paczyńska-Jasińska – absolwentka socjologii (specjalność: komunikacja społeczna) na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach oraz kulturoznawstwa (specjalność: filmoznawstwo) na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Jest doktorantką na Wydziale Nauk Społecznych Uniwersytetu Śląskiego, na kierunku socjologia. Obecnie pracuje na Uniwersytecie SWPS w Katowicach, gdzie jest koordynatorką ds. marketingu oraz pełni funkcję opiekuna naukowego Koła Naukowego Psychointerpretacje. Działa również społecznie na rzecz rozwoju dzieci i młodzieży w ramach projektów: Strefa Młodzieży i Strefa Psyche. Współpracuje również z "Warsztaty Realizatora Filmowego i TV" w Bielsku-Białej gdzie edukuje społeczność lokalną z zakresu historii i analizy filmu. Jest organizatorką Ogólnopolskiej Konferencji Filmowej pt. "Filmowe Psycho-Tropy" oraz inicjatorką projekt filmowego o tym samym tytule, który od lat z sukcesem prowadzi w katowickim KINIE KOSMOS – Centrum Sztuki Filmowej. Autorka bloga filmowego Se Točí. Współautorka książek Film w edukacji i profilaktyce. Na tropach psychologii w filmie. Część 1 oraz Film w terapii i rozwoju. Na tropach psychologii w filmie. Część 2.

Przypisy

1 https://www.filmweb.pl/review/Supermenka-22296
2 http://filmoterapia.pl/jak-byc-soba/
3 https://natemat.pl/266725,formula-1-jazda-o-zycie-ten-serial-netflixa-jest-nie-tylko-dla-fanow-f1

W roku 1901. w sztokholmskim wydawnictwie Wahlström&Widstrand ukazała się książka obrazkowa pod tytułem Puttes äventyr i blåbärsskogen (Przygody Puttego w jagodowym lesie). Jej autorka, Elsa Beskow, zadebiutowała kilka lat wcześniej, najpierw jako ilustratorka, potem również pisarka. Opowiedziana wierszem i opatrzona całostronicowymi ilustracjami historia o chłopcu, który chcąc zrobić mamie imieninową niespodziankę, wyrusza do lasu na jagody, przyniosła autorce ogromny rozgłos. Finlandia ma „Muminki”, Anglia Beatrix Potter, Szwecja zaś Elsę Beskow. O początkach transferu szwedzkiej literatury dziecięcej na polski opowie tłumaczka i skandynawistka Agnieszka Stóżyk.

Na jagodach w szwedzkim lesie.

Uważa się, że tak dziś popularna i ceniona przez krytyków szwedzka książka dla dzieci po raz pierwszy zyskała zainteresowanie zagranicy właśnie dzięki utworom Beskow. Książki obrazkowe tej autorki należą do klasyki. Napisała i zilustrowała aż czterdzieści tytułów, z których najpopularniejsze do dziś są regularnie wznawiane. Motywy zaczerpnięte z powstałych przed ponad stu laty ilustracji znaleźć można na kartkach pocztowych, w kalendarzach, na kubkach, sztućcach, tkaninach, serwetkach… wszędzie. 

urodzin Elsy BeskowGoogle. 11 lut 2013, 139 rocznica urodzin Elsy Beskow

Pierwszym słowom rymowanej historii o tytułowym Puttem „I skogen gick Putte med korgar två…” (Przez las szedł Putte z dwoma koszykami…) towarzyszy taka oto ilustracja:
 chłopiec na jagodach

Chłopiec, który wyrusza do lasu na jagody… Czy to nie brzmi znajomo? Dla podpowiedzi cytat: „Kapelusik wziął czerwony, / Żeby się go bały wrony, / A choć serce mu kołata,/ Nic nie pyta! kawał chwata!/ – Na bok tarnie i wikliny!/ Dziś są mamy imieniny (…)”.

Dwa lata po ukazaniu się szwedzkiego oryginału (1903) niewielka warszawska oficyna Justyny Lisowskiej wydała książkę dla dzieci zatytułowaną „Na jagody! Książeczka leśna” z tekstem Marii Konopnickiej. To właśnie „Na jagody!” Okładka polskiego wydania jest identyczna z niemiecką, z tego samego roku, i przedstawia nieco zmodyfikowaną (wystarczy spojrzeć na las) pierwszą ilustrację szwedzkiego oryginału – tę samą, której przyglądaliśmy się przed chwilą, a tak naprawdę jej lustrzane odbicie. W niedługim czasie tytuł dwukrotnie wznowiono kolejno u Gebethnera i Wolffa (1909) i M. Arcta (1913). Warto też dodać, że wszystkie następne polskie wydania tekstu Konopnickiej, aż do roku 1948, ukazywały się właśnie z ilustracjami Elsy Beskow.

chłopiec na jagodach2

chłopiec na jakogdach1

chłopiec na jagodach3

Poza zmianą okładki w polskim wydaniu wykorzystano wszystkie oryginalne ilustracje i to w tej samej, co w oryginale kolejności. Nigdzie jednak nie znajdziemy tropów zdradzających szwedzkie pochodzenie utworu. Tekst wyszedł spod pióra Konopnickiej, autorstwo ilustracji pozostaje zagadką (ilustracje pozbawione są inicjałów). Ponieważ jednak Konopnicka się „rozpisała” – jej wiersz jest dwa i pół raza dłuższy – wydawca zmuszony został dołożyć jedną kartę i zadrukować lewe stronice wszystkich rozkładówek. O tym, że Konopnicka pisząc „Na jagody!” miała w rękach pierwsze szwedzkie wydanie tytułu i że podstawę transferu stanowiły ilustracje, świadczyć mogą tropy ukryte w rozbudowanym wstępie wiersza polskiej pisarki, ujawniające silne związki z ilustracją na okładce szwedzkiego oryginału.

Okładka pierwszego szwedzkiego wydaniaOkładka pierwszego szwedzkiego wydania „Puttes äventyr i blåbärsskogen” (1901)

U Konopnickiej czytamy: Żeby tylko, chowaj Boże,/ Nie napotkać gdzie ślimaka…(…)/ A nad nimi lecą osy,/ Grają, trąbią wniebogłosy, (…)/ A tam siedzi we fortecy/ Pająk co ma krzyż przez plecy. (…)/ Gąsienice w poprzek drogi; (…)/ Adiutanty złotem świecą,/ Na motylich szkrzydłach lecą.

Konopnicka przenosi jagodowy las nad wody Bugu i wplata do tekstu wiele elementów, które mocno osadzają go w rodzimej kulturze. Nie może jednak zupełnie uciec od ilustracji… Te z czasem, choć jak wspomniałam, dość późno, znikają z polskich wydań. Kolejne edycje ukazują się z ilustracjami m.in. Zofii Fijałkowskiej i Anny Stylo-Ginter, co prowadzi do zatarcia się szwedzkiego pochodzenia baśni o Janku i Jagodowym królu. Do czasu.

W 1972 roku w Przeglądzie Humanistycznym opublikowano tekst Ch. Haugaarda pod nośnym tytułem „Czy Maria Konopnicka popełniła plagiat utowru szwedzkiej pisarki Elsy Beskow”1, według którego oryginalne wydanie książki Beskow miało trafić do rąk Konopnickiej za pośdrednictewm Gudrun, szwagierki Przybyszewskiego. Rozpętała się długolenia dyskusja, której echa i dziś zdarza się jeszcze słyszeć. Nie ma jednak wątpliwości, że „Na jagody!” to przykład typowej dla swoich czasów adaptacji.

Druga połowa XIX w., okres, w którym ponad pięćdziesięcioletnia już i sławna Konopnicka debiutuje jako pisarka dla dzieci cechuje ogromna liczba publikacji tworzonych do obcych ilustracji. Praktyka pisania pod obrazki, głównie niemieckie chromolitografie, i drukowania książek w wyspecjalozowanych niemieckich zakładach była powszechna, z czasem zaczęto ją nawet nazywać plagą. Przyczyny tego zjawiska są różne. Ich opis wymagałby osobnego tekstu. Podobno zdarzało się, że niemal jednocześnie w tym samym języku ukazywały się różne teksty do identycznych ilustracji. W „Książeczkach dla grzecznych i niegrzecznych dzieci” J. Dunina czytamy: „Czasem kupowano same ilustracje, które wklejano do krajowych książek, innym razem nabywano ryciny w arkuszach i wdrukowywano w puste miejsca polskie teksty lub powierzano wykonanie całości obcym firmom. Obrazki obcego pochodzenia najczęściej nie były sygnowane, zdradzały je realia – bohaterowie noszący w tekście polskie imiona mieli na sobie np. tyrolskie stroje.”2

Pierwsze utwory Konopnickiej dla dzieci powstają według takiej właśnie metody.

wesołe chwile1

wesołe chwile2Wesołe chwile (All round the Clock) 1891r. Tekst Konopnickiej do ilustracji angielskiej akwarelistki Harriett M. Bennett.3

O tym, jak swobodny bywał związek oryginalego i dopisanego tekstu, świadczyć może następujący przykład:

sierotki

U Konopnickiej ta ilustracja została oparzona nagłówkiem „Sierotki”, a w miejscu angielskiego „Pretty little mother”, czytamy: Mamo droga! Mamo miła! Nie zapomnim nigdy Ciebie. W sercu naszym będziesz żyła. Tak, jak żyjesz teraz w niebie.4 Autorka rymów do niemieckiego wydania opisuje zaś scenę, w której jedna z dziewczynek, wyjaśnia drugiej, że laleczka z obrazka, to Elschen, gdy była małym dzieckiem. Obrazek ten sam. Interpretacje różne.5

W tym, że Konopnicka pisząc „Na jagody!” posłużyła się obcą ilustracją nie było nic nadzwyczajnego. To, że litografie przygotowujące książki do druku „gubiły” inicjały twórców, też nie należało do rzadkości. Ani to, że utwory w różnych językach dodrukowywano na wychodzących z jednej, często niemieckiej drukarnii arkuszach względnie dostarczano zamawiającemu arkusze z ilustracjami, pozostawiając na nich puste pola na tekst. „Na jagody!” jest jednak książką wyjątkową. Wiercińska wymienia ją jako pierwszą polską książkę Nowej fali6, stylistyki wywodzącej się w prostej linii od angielskich prerafaelitów oraz postulującego zespolenie sztuk ruchu Arts and Crafts, który zaowocował m.in. powstaniem nowoczesnej i szeroko dostępnej książki obrazkowej. Naturalizm sentymentalny chromolitografii drugiej połowy XIX w. musiał z czasem ustąpić pola nowej estetyce, giętkiemu secesyjnemu konturowi i nasyconej płaskiej plamie. „Na jagody!” z ilustracjami Beskow utorowało drogę tym wpływom. Takich szwedzkich forpoczt było zresztą więcej.
(cdn.)

Wydania „Na jagody! książeczka leśna” z lat 1924, 1925, 1946 z ilustracjami Elsy Beskow dostępne na:
https://polona.pl/search/?query=Na_jagody&filters=public:1
[dostęp 13.02.2018]

 

someone

O autorce

Agnieszka Stróżyk – tłumaczka szwedzkiego, skandynawistka z Uniwersytetu SWPS.

Przypisy

1 [za] E.Teodorowicz-Hellman, Svensk-polska litterära möten. Tema: Barnlitteratur, Svenska Institutet, Edsbruk, 1999, str. 37.
2 J. Dunin, Książeczki dla grzecznych i niegrzecznych dzieci, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław, 1991, str. 82.
3 Ilustracja z reprintu wyd. Graf_ika, 2011. http://zeta-ars.pl/wesole-chwile-maria-konopnicka.html [dostęp 13.2.2018].
4 J. Dunin, op. cit., str. 86.
5 Ibidem, str. 88.
6 J. Wiercińska, Sztuka i książka, Państwowe wydawnictwo naukowe, Warszawa, 1986, str. 93.

Ostatni zwrot w stronę prostego życia, propagowany przez orędowników the tiny house movement, jest prawdopodobnie w dużym stopniu wynikiem amerykańskiego kryzysu gospodarczego z 2008 roku. Jednak już sto pięćdziesiąt lat wcześniej Henry David Thoreau przeprowadził się do własnoręcznie zbudowanej chaty nieopodal Concord w stanie Massachusetts i napisał: „Zamieszkałem w lesie, albowiem chciałem żyć świadomie”. „Walden” to tytuł zbioru jego esejów, nazwa stawu, nieopodal którego stanął dom Thoreau i gra komputerowa stworzona w 2017 roku przez Game Innovation Lab. O metaforze małego domku, pod którą kryje się ograniczenie wokół siebie przedmiotów i grze komputerowej, która powstała na podstawie idei „życia świadomego”, opowie amerykanistka i tłumaczka dr Anna Warso z Uniwersytetu SWPS.

Większość potrzeb została nam wmówiona

Właściciele małych domków podkreślają niskie koszty życia w niewielkim, przyjaznym naturze budynku, ale przede wszystkim idącą za tym wyborem wolność: od hipoteki i nadmiaru przedmiotów. Tiny houses bywają w dodatku na tyle małe, że dają się przewozić na platformach z miejsca na miejsce. Jednak kiedy Thoreau pisze, że „łatwiej się nam to wszystko nabywa, anieżeli można się tego pozbyć”, ma na myśli nie tylko faktycznie otaczające nas rzeczy, ale przede wszystkim przyzwyczajenie do nich i pragnienie posiadania.

Mówiąc lapidarnie, Thoreau uważa, że daliśmy się nabrać: większość potrzeb została nam wmówiona. Próbując je zaspokoić prowadzimy „życie, które nim nie jest”, „życie w cichej rozpaczy”, a co gorsza, wtłaczamy w ten schemat kolejne pokolenia. W pierwszym rozdziale „Waldena” pisze o absurdalnej sytuacji, w której nawet ubogich studentów naucza się ekonomii politycznej zamiast „ekonomiki życia jednoznaczej z filozofią”, w wyniku czego student czyta Adama Smitha, a jego ojciec pogrąża się w długach, żeby za to zapłacić. Stają się w ten sposób, w efekcie własnej decyzji, ofiarami tyranii ekonomicznej. „Nie urodziłem się po to, aby ktoś mnie zniewalał”, oświadcza Thoreau w słynnym eseju o nieposłuszeństwie obywatelskim.

Dla jasności: autor „Waldena” wcale nie był takim pustelnikiem i ascetą, za jakiego może uchodzić wśród miłośników inspiracyjnych cytatów. Przeprowadzka do lasu była rodzajem trwającego dwa lata eksperymentu, w tym czasie filozof odwiedzał zarówno mieszkających niedaleko przyjaciół, jak i bar w pobliskim miasteczku. Liczbę otaczających go przedmiotów ograniczył jednak do kilku podstawowych sprzętów i narzędzi („ludziom zajętym nauką potrzebna jest lampa, materiały piśmienne i dostęp do kilku książek”), a większość czasu mijała mu na kontemplowaniu natury, czytaniu i robieniu zapisków do „Waldena”. Uprawiał też ogród, z którego pochodziła część jego pożywienia, a czasem najmował się do różnych zajęć, żeby zarobić pieniądze na kupno tego, czego sam nie potrafił wyhodować lub zbudować.

Mówiąc lapidarnie, Thoreau uważa, że daliśmy się nabrać: większość potrzeb została nam wmówiona. Próbując je zaspokoić prowadzimy „życie, które nim nie jest”, „życie w cichej rozpaczy”, a co gorsza, wtłaczamy w ten schemat kolejne pokolenia.

Gra komputerowa „Walden”

Do tego, z grubsza, sprowadza się granie w „Walden, a game”, reklamowanej hasłem play deliberately, w której podążając śladami Thoreau zamieszkujemy na rok w wirtualnym lesie, aby jak on „żyć świadomie”. Każdy dzień to 15-minutowy odcinek, a zadaniem gracza jest eksplorowanie lasu wokół chaty, odkrywanie nowych ścieżek, badanie roślin i zwierząt, przetrwanie zimy w Nowej Anglii oraz różnego rodzaju próby uwagi.

Thoreau twierdzi – i taka deklaracja może się dzisiaj wydawać zupełnie nieprawdopodobna – że pracując około sześciu tygodni w roku był w stanie sprostać wszystkim swoim koniecznym wydatkom: „Całe zimy, jak również większość miesięcy letnich miałem wolne na lekturę”. Chodzi tu jednak nie tyle o sposób na życie dla kogoś, kto naprawdę bardzo lubi czytać, ile o świadomą decyzję związaną z tym, co jest w danym momencie ważne, jakim kosztem jest się to gotowym osiągnąć i co w imię tego poświęcić – „ekonomika życia, która jest jednoznaczna z filozofią” jest więc nauką ważenia potrzeb. Wymaga odwagi, ale to dzięki odwadze można „dokonać innego wyboru niż zdobywanie nadmiaru.”

Jakkolwiek idealistyczna taka perspektywa może się wydawać, ostatnia fala popularności książek o leczniczej mocy sprzątania i fetyszyzacji przedmiotów użytkowych pokazują, że na przekór relatywnemu dostatkowi, na jakimś poziomie nadal nie umiemy sobie poradzić z potrzebami, przedmiotami i desperacko szukamy podpowiedzi, jak prowadzić dobre życie. Pewnym paradoksem jest, że rozwiązania próbuje nam dostarczać to samo źródło, które przyczynia się do powstawania problemu – kiedy Thoreau powtarza „prostota, prostota i jeszcze raz prostota” nie chodzi mu o zakup duńskiego kubka czy minimalistycznej kanapy. W eseju „Sztuka chodzenia”, który po angielsku zatytułowany jest po prostu „Walking”, zwykła przechadzka wśród drzew staje się praktyką filozoficzną, formą namysłu umożliwiającego autorefleksję, a zatem również próbę odpowiedzi na pytanie, co to znaczy być szczęśliwym. Warunkiem koniecznym dla tego namysłu jest wolność – Thoreau zamieszkał w lesie 4 lipca 1845 roku, w dniu, w którym Amerykanie obchodzą Dzień Niepodległości, i ta data ma oczywiście znaczenie symboliczne.

Chociaż Thoreau pozostaje jednym z ważniejszych amerykańskich myślicieli, nie brakuje krytyków zarzucających mu przesadny optymizm, pewną niedojrzałość, a nawet hipokryzję. Chatę wybudował w końcu nie w dzikiej głuszy, ale na ziemi należącej do przyjaciela, Ralpha Waldo Emersona, i nawet jeśli sam był potomkiem skromnych imigrantów, jako biały mężczyzna i absolwent Harvardu dysponował niejako na wejściu wolnością niedostępną całej rzeszy innych Amerykanów. Dzisiejsi właściciele małych domków to również osoby obdarzone zwykle kapitałem kulturowym niedostępnym dla wszystkich, a pozwalającym świadomie podejmować pewne decyzje i planować działania. W tym kontekście trudno pominąć na przykład klasowy kontekst amerykańskich trailer parks, których mieszkańcy często żyją w „małych domkach” na kółkach zupełnie nie z wyboru.

„Walden” jest jednak bardziej drogowskazem niż podręcznikiem, podobnie jak oparta na tej książce gra nie stanowi ekwiwalentu, a jakiegoś rodzaju medytację nad prostym życiem albo wręcz marzeniem o prostym życiu. Thoreau uważa zresztą, że starzy niewiele potrafią młodych nauczyć i podkreśla znaczenie samodzielnie zdobywanych doświadczeń: „W dzisiejszych czasach istnieją profesorowie filozofii, a nie filozofowie (...) wykłady godne są podziwu, jeśli kiedyś godne podziwu było życie. Być filozofem to nie tyle oddawać się wyrafinowanym rozmyślaniom ani nawet stworzyć nowy system, ile tak kochać mądrość, aby zgodnie z jej nakazaniami prowadzić życie proste, niezależne, wielkoduszne i ufne.”

„Walden, a game” kosztuje na serwisie itch.com około 18 dolarów, ale „Walden, czyli życie w lesie” stoi na półce w co drugiej bibliotece miejskiej.

 

258 anna warso

O autorce

dr Anna Warso – amerykanistka i tłumaczka, wykłada w Katedrze Anglistyki Uniwersytetu SWPS. Zajmuje się literaturą amerykańską, kulturą popularną i science fiction. Pisze przede wszystkim o dwudziestowiecznej prozie i poezji (John Berryman, Elizabeth Bishop, John Ashbery, Chuck Palahniuk, Cormac McCarthy, Toni Morrison). W 2018 roku ukażą się dwa współredagowane przez nią zbiory esejów: „Culture(s) and Authenticity: The Politics of Translation and the Poetics of Imitation” oraz „Interpreting Authenticity: Translation and Its Others”. W tym roku prowadzi zajęcia o potworach, poezji i przekładzie.

„Mindhunter”, „Z archiwum X”, „CSI” czy „The Killing” serwują garść informacji na temat pracy w laboratorium kryminalistycznym, ale nie do końca wiernych faktom. Oczywiście, celem seriali kryminalnych jest dostarczenie świetnej rozrywki, a fałszywe wyobrażenia na temat pracy w laboratorium kryminalistycznym to efekt uboczny, ale pod ich wpływem od organów ścigania oczekuje się zebrania materiału dowodowego w błyskawicznym tempie i wyników badań najlepiej w 45 minut. O tym, jak rzeczywiście wygląda praca w laboratorium kryminalistycznym, piszą mgr Beata Wójcikdr Joanna Kabzińska, wykładowczynie na kierunku psychokryminalistyka Uniwersytetu SWPS w Katowicach.

Praca w laboratorium kryminalistycznym – co jest prawdą, a co fałszem

Co prawda Sherlock Holmes ze swoją inteligencją i umiejętnością dedukcji do dzisiaj budzi respekt i uznanie czytelników powieści Arthura Conana Doyle’a, ale to śledczy spod znaku CSI są bohaterami naszych czasów. Komputery o niespotykanej prędkości, wirtualne ekrany czy też hologramy w służbie nauki i wymiaru sprawiedliwości to mariaż, który budzi zaciekawienie widzów na całym świecie.

Podglądanie pracy laboratorium kryminalistycznego przez szklany ekran z jednej strony wyzwala emocje, bo utwierdza nas, odbiorców w przekonaniu, że nie ma zbrodni doskonałej (najdrobniejszy pyłek, zapach czy mikroskopijna kropla krwi zawsze zdradzają prawdziwego złoczyńcę). Z drugiej jednak strony zniekształca to, co stanowi prozę życia służb śledczych.

Podglądanie pracy laboratorium kryminalistycznego przez szklany ekran z jednej strony wyzwala emocje, bo utwierdza nas, odbiorców w przekonaniu, że nie ma zbrodni doskonałej (najdrobniejszy pyłek, zapach czy mikroskopijna kropla krwi zawsze zdradzają prawdziwego złoczyńcę). Z drugiej jednak strony zniekształca to, co stanowi prozę życia służb śledczych.

 

W rzeczywistości, w prawdziwych laboratoriach kryminalistycznych, sprzęt, jakkolwiek skomplikowany i niejednokrotnie równie skuteczny, nie jest aż tak spektakularny, laboratoria nie są tak obszerne, a ekipy kryminalistyków nie wdają się w przesłuchania podejrzanych. To, co niewątpliwie łączy laboratoria, te rzeczywiste i te serialowe, to ludzie – z ich inteligencją, spostrzegawczością i determinacją w analizowaniu każdego śladu.

Co wiemy o laboratoriach kryminalistycznych? Wydaje się, że wszystko. Obecnie laboratoria kryminalistyczne zdają się nie mieć dla postronnych żadnych tajemnic. A przynajmniej tak nam się wydaje. Dlaczego? Otóż media serwują nam coraz to więcej seriali, które szeroko przedstawiają pracę „kryminalistyków”. Serial „CSI: Kryminalne zagadki…” czy rodzime „W11” i „Detektywi” „wprowadzają” nas w arkana techniki kryminalistycznej. Kształtują one nasze wyobrażenie o możliwościach technicznych, wiedzy ekspertów czy też warunkach pracy. Wyobrażenia te odbiegają niejednokrotnie od rzeczywistości, tworząc pewne mity na temat kryminalistyki i pracy laboratoriów.

MIT I – materiał dowodowy można zebrać w błyskawicznym tempie

Jeszcze kilkanaście lat temu daktyloskopia i genetyka dostarczały kluczowego materiału dowodowego w toczących się postępowaniach karnych. Aby jednak ślady linii papilarnych lub materiał genetyczny mogły posłużyć jako dowód w procesie, konieczne jest wytypowanie osoby podejrzanej, z której odciskami palców lub materiałem genetycznym można było porównać ślady zabezpieczone na miejscu zdarzenia. Wytypowanie osoby podejrzanej wymagało jednak od policjantów podejmowania bardzo wielu, wymagających nakładu czasu i siły działań wykrywczych (np. rozpytań, przesłuchań, obserwacji itd.). 

Obecnie nieoceniony – dzięki bazom danych  AFIS i GENOM – jest udział tych dziedzin kryminalistyki również w fazie wykrywczej. Nauka, technika i wiedza kryminalistyków w znacznym  stopniu przyczyniają się do wzrostu wykrywalności sprawców przestępstw. Współcześnie policja nie zawsze musi prowadzić żmudne działania wykrywcze, aby wytypować osobę podejrzaną. Wystarczy ślady daktyloskopijne lub biologiczne zabezpieczone na miejscu zdarzenia wprowadzić do bazy śladów linii papilarnych lub bazy profili genetycznych, aby sprawdzić, czy sprawca nie znalazł się już wcześniej w kręgu zainteresowań policji lub nie popełnił uprzednio innego przestępstwa. Zabieg ten nie jest jednak tak spektakularny jak w serialach.

W CSI porównanie materiału dowodowego z bazą danych trwa kilkanaście sekund i zawsze bezbłędnie prowadzi śledczych do podejrzanego i jego obszernej kartoteki. W praktyce baza śladów linii papilarnych AFIS dostarcza operatorowi listę kilkunastu potencjalnych „trafień” i dopiero biegły z zakresu daktyloskopii dokonuje całościowej analizy śladów i ocenia, czy są one tożsame.

MIT II – wyniki badań dostępne w 45 minut 

Śledząc ulubione seriale kryminalne, można odnieść wrażenie, że praca eksperta z zakresu kryminalistyki jest szybka, łatwa i przyjemna. Nic w tym dziwnego, skoro w ciągu 45 minut dochodzi do popełnienia przestępstwa, przeprowadzone zostają ekspresowe oględziny miejsca zdarzenia, wiele innych czynności w toku śledztwa, badania laboratoryjne, a w finale sprawca zostaje ujęty. Różnice? Bez wątpienia występują. I wbrew pozorom nie polegają one jedynie na stronie wizualnej. 

Oględziny miejsca zdarzenia nawet niewielkiego pomieszczenia trwają od kilku do kilkunastu godzin. Są czynnością niepowtarzalną – ślady, których nie uda się ujawnić i zabezpieczyć w ich trakcie, z dużym prawdopodobieństwem przepadną, a od skrupulatności techników kryminalistycznych pracujących na miejscu zdarzenia zależy, czy sprawca przestępstwa stanie przed sądem, ale także to, czy nie trafi tam osoba niewinna.

Badania laboratoryjne też wymagają czasu. Ułudą jest przekonanie, że zespół laboratorium wyczekuje kolejnych zleceń. W praktyce, każde policyjne laboratorium kryminalistyczne w Polsce zajmuje się ogromną liczbą spraw i badań, co wydłuża czas prowadzonych analiz. Badania laboratoryjne muszą być wykonywane zgodnie z obowiązującymi przepisami i zachowaniem procedur, których przestrzeganie wydłuża ich czas. 

MIT III – technik kryminalistyk 

W serialach spod znaku CSI pracownicy laboratorium kryminalistycznego odgrywają wiele różnych ról: prowadzą oględziny na miejscu zdarzenia, pobierają materiał porównawczy od osób podejrzanych, przesłuchują świadków, zatrzymują podejrzanych, realizują rozmaite czynności procesowe (np. okazania, przeszukania) i operacyjno-rozpoznawcze (np. prowadzą obserwację).

W praktyce udział i zaangażowanie w sprawę zarówno biegłego, jak i technika  kryminalistyki są zdeterminowane  przepisami prawa. Żaden z nich nie może wykraczać poza swoje kompetencje określone wyraźnie w Kodeksie postępowania karnego i innych aktach prawnych. Tak jak policjanci dochodzeniowo-śledczy nie badają śladów traseologicznych w laboratorium, tak biegli i technicy kryminalistyczni – choć z reguły są policjantami – nie przesłuchują podejrzanych i z bronią w ręku nie dokonują ich zatrzymań.

MIT IV – praca laboratorium kryminalistycznego przebiega szybko, sprawnie i bez biurokracji 

Praca w kryminalistyce to ciągła analiza wspomagana sprzętem badawczym oraz systemami komputerowymi. Można odnieść wrażenie – śledząc seriale kryminalne – że zmora współczesności, jaką jest narastająca biurokracja, biegłych w laboratorium kryminalistycznym nie dotyka. Rzeczywistość jednak jest inna – praca policji, w tym także ta w laboratorium, to setki dokumentów, podpisów, potwierdzeń, pieczątek.

Rozbudowana dokumentacja wszystkich czynności jest z jednej strony zdeterminowana obowiązującymi przepisami prawa, z drugiej zaś konieczna ze względu na wagę podejmowanych działań – podejmowane w laboratorium analizy dotyczą materiałów, które mogą stanowić dowód winy lub niewinności człowieka. Pocieszające jest jednak to, że i w tym obszarze obserwujemy pewne zmiany.

Dla przykładu, w Laboratorium Kryminalistycznym Komendy Wojewódzkiej Policji w Katowicach został wdrożony system informatyczny do zarządzania laboratorium, który nie tylko znacznie ograniczył biurokrację, lecz także wspomaga na bieżąco pracę biegłych i techników laboratoryjnych.Polskie laboratoria kryminalistyczne są jednostkami, które na bieżąco wykorzystują najnowocześniejszy sprzęt badawczy, niejednokrotnie taki sam, jakim dysponują  eksperci kryminalistyki w innych krajach.

Niewątpliwe przyczyniła się do tego współpraca w ramach Unii Europejskiej. Wymiana danych oraz wspólne działania krajów Unii nie tylko poszerzają możliwości badawcze, lecz także mają istotny wpływ na wykorzystanie w kryminalistyce najnowocześniejszego sprzętu badawczego, w takich wysoko wyspecjalizowanych dziedzinach jak chemia czy genetyka. 

Jedno jest pewne – w ciągu ostatnich 30 lat laboratoria kryminalistyczne stały się, w znakomitej większości, instytucjami, posiadającymi najnowocześniejszy sprzęt badawczy. Ich personel dysponuje wiedzą, która umożliwia w pełni wykorzystanie posiadanych zasobów oraz wdrażanie wciąż nowych metod badawczych. Za spektakularnymi sukcesami działających w policji zespołów zwanych Archiwum X stoją nie tylko umiejętność analizy i kojarzenia faktów przez policjantów, lecz także rozwijające się możliwości kryminalistyki.

 

someone

O autorce

mgr Beata Wójcik – biegła z zakresu badań daktyloskopijnych, wizualizacji śladów, badań struktury materiałów i rękawiczek. Operator i koordynator systemów AFIS. Absolwentka Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. Podinspektor Policji w st. sp. Przez 14 lat była zastępcą naczelnika Laboratorium Kryminalistycznego Komendy Wojewódzkiej Policji w Katowicach i jednoczenie kierownikiem jakości zgodnie z normą 17025.

258 joanna kabzinska 1

O autorce

dr Joanna Kabzińska – doktor nauk prawnych o specjalności kryminalistyka i magister psychologii. Na Wydziale Zamiejscowym w Katowicach Uniwersytetu SWPS pełni funkcję kierownika kierunku psychokryminalistyka oraz jest członkiem uniwersyteckiej komisji dyscyplinarnej do spraw studentów Uniwersytetu SWPS na lata 2017-2020. Jej zainteresowania naukowe koncentrują się wokół problematyki na styku psychologii i prawa, w tym w szczególności psychologii zeznań świadków, psychologii podejmowania decyzji w postępowaniu sądowym, opiniowania sądowo-psychologicznego w sprawach rodzinnych i opiekuńczych, pomyłek sądowych, psychologii policyjnej. Interesuje się również problematyką strachu przed przestępczością, jego przyczyn i konsekwencji. Na Uniwersytecie SWPS prowadzi zajęcia z psychologii zeznań świadków i wyjaśnień podejrzanych, prawa rodzinnego i opiekuńczego oraz kryminalistyki.

Coś różowo-szarego, miękkiego, pofałdowanego. Mieszka w nim czas i przestrzeń, myśl i pamięć, świadome „Ja” i nieuświadomione pragnienia. Mózg. Maszyna doskonała w formie, chociaż niedoskonała w treści. Byt powstały na drodze ewolucji, który posiada swoje osobnicze zdolności kreacyjne. Gdy myślimy o nim, to wiemy, że myślimy dzięki niemu. Gdy idziemy, biegniemy, oddychamy, to to też jest jego zasługą. A gdy tworzymy – to używamy swojego języka oraz kodu kulturowego, który jest zrozumiały w określonych środowiskach i nurtach. Na czym polega ta współczesna koniunkcja umysłu i mózgu? Dlaczego dawniej w przekazach kulturowych tak rzadko mówiono o mózgu w ogóle? Komentarza udzieli dr Joanna Jeśman, kulturoznawczyni ze School of Ideas Uniwersytetu SWPS.

Monstrum Frankensteina i nomenklatura

Nawet, jeśli nie czytaliśmy (a warto), to większość z nas doskonale kojarzy historię naukowca-filozofa Wiktora Frankensteina, który – doświadczywszy wielu rodzinnych tragedii – próbuje rozwiązać zagadkę śmierci i ożywić nieżywą już materię. Przepis na sukces wydaje się banalny: pozbierać trochę kości, narządów, dodać tzw. pierwiastek życia i tadam!1 Ostatecznie jednak demiurg nie jest zadowolony ze swojego dzieła stworzenia – okazuje się monstrualne, koślawe, pełne defektów. W dodatku to niemota: „Otworzył usta i wymruczał kilka nieartykułowanych dźwięków…”. W toku lektury poznajemy wersję samego monstrum, które – dzięki oddziedziczonemu mózgowi, zawierającemu pamięć z poprzedniego życia – powoli na nowo przyswaja sobie umiejętności mówienia, przeżywania rozmaitych emocji, wyrażania potrzeb.

W powieści Mary Shelley, której dokładny tytuł brzmi: „Frankenstein, czyli współczesny Prometeusz”, słowo mózg pada raz, umysł – ponad 50. To ciekawa statystyka, zważywszy na zainteresowania doktora Frankensteina, który w swojej konfesji zwierzał się, że „Jednym ze zjawisk, które wyjątkowo mocno pochłaniały mą uwagę, była budowa cielesnej powłoki człowieka, a także każdego stworzenia obdarzonego życiem”. Monstrum posiadające mózg ze wszelkimi przymiotami, które się z tym wiążą, a zatem zdolnością komunikowania się oraz współodczuwania, nie doczekało się imienia od swojego stwórcy. Dopiero kultura pop zrobiła psikusa: dzięki wielokrotnym ekranizacjom powieści utożsamiła Wiktora Frankensteina z samym monstrum. Mózg i umysł przez wiele wieków funkcjonowały w relacji sobowtórowej, dokładnie takiej jak monstrum i Wiktor Frankenstein.

Umyślne metafory

Jeśli nawet przez stulecia temat mózgu jako narządu tak istotnego dla człowieka był rzadziej poruszany, to nie zapominano o umyśle, który bez wątpienia, według różnych wyobrażeń, umieszczano w głowie. Słynna XVII-wieczna metafora umysłu2 pokazuje, że w głowie znajduje się wszystko, co charakteryzuje istotę ludzką: zmysły, wyobraźnia, racja i ‘mens’, czyli z łaciny: umysł, myśl, duch… Nad mensem są już tylko istoty pozaziemskie, takie jak aniołowie i Bóg. Umysł zatem funkcjonował synonimicznie względem duszy, przynajmniej w paradygmacie religii chrześcijańskiej, która dominuje w naszym kręgu kulturowym.

Głowę postrzegano jako fizyczną, materialną ochronę dla ‘mens’ i dzięki swojej kulistości nadawano jej dużo większe znaczenie niż nieszczególnie wyględnemu narządowi, jakim był mózg. Głowa jako figura przestrzenna jest zbliżona kształtem do kuli, posługując się jednak figurą geometryczną przypomina koło, czyli kształt już przez starożytnych uznany za doskonały. To z głowy Zeusa wyskakuje Atena, jego nieślubna córka, córka doskonała, bogini mądrości. A największą karą i jednocześnie publicznym poniżeniem wiele stuleci później jest dekapitacja.

Kultura pełna dualizmów

Przed erą nowożytną ciało traktowano jako siedlisko grzechu, nietrwałe i psujące się naczynie dla duszy, która ulatuje do światów symbolicznych. To właśnie niecielesnym formom nadawano ogromną rangę, a jeśli już poruszano kwestię organów wewnętrznych, to raczej odwoływano się do serca, wątroby, nerek czy śledziony. Przez wieki wykształciło się wiele zabawnych poglądów na temat roli mózgu w ciele człowieka. Arystoteles uważał na przykład, że jedyną funkcją mózgu jest ochładzanie krwi. Kartezjusz zaś w mózgu dostrzegał maszynę, która pośredniczy w procesach umysłowych. Może, gdyby wiedział, jak jest naprawdę, toby ostatecznie stwierdził: „Mam mózg, więc jestem”. Dopiero w drugiej połowie XX wieku ten najważniejszy organ w człowieku okrzyknięto wartym poznania. Już nie tylko umysł, a właśnie mózg stał się interesujący dla większości dyscyplin, w tym również tych o profilu humanistycznym. Wszak nic co ludzkie, nie jest nam obce.

Statek, kapitan i ster

Współcześnie mózg traktowany jest jako centrum dowodzenia. To od jego sprawności zależy sprawność tak ciała, jak i umysłu. Gdybyśmy mieli powrócić do figury koła, moglibyśmy wyobrazić sobie mózg jako ogromne koło zębate, które steruje to większymi, to mniejszymi procesami zachodzącymi w ludzkim organizmie. Tak oto kultura dokonała ogromnej volty: od kulistości ziemi, przeszła przez człowieka witruwiańskiego, opisanego w kole, aż do głowy-synonimu kuli i mózgu, który dziś budzi powszechną fascynację. Krąg zainteresowań wciąż się zawęża. Dziś prężnie rozwijająca się neurokognitywistyka wyjaśnia, w jaki sposób aktywność mózgu w reakcji na ciało i otoczenie fizyczno-społeczne wpływa na umysł. Wszystko to nie pozostaje bez wpływu na kulturę, która ocenia kondycję ludzką w szerszym kontekście.

Komentarz dr Joanny Jeśman

Nie możemy zapomnieć, że we współczesnej medycynie mózg jest absolutnie kluczowym organem. To na podstawie jego aktywności lub jej braku podejmuje się decyzję o życiu lub śmierci pacjenta. Do XVIII wieku rolę tę odgrywały serce (krążenie) i oddech. Dopiero w XX wieku, ze względu na rozwój wiedzy i technologii, trzeba było stworzyć kryteria pozwalające lekarzom na podjęcie decyzji. „Nieodwracalne, trwałe ustanie czynności mózgu” to jedna ze współczesnych definicji tak zwanej „śmierci mózgu”, która pozwala na odłączenie pacjenta od aparatury podtrzymującej życie, na pobranie organów do przeszczepów. Skoro jednak patrzymy na mózg z perspektywy historycznej to być może warto wybiec nieco w przyszłość i zastanowić się, jak będzie wyglądał mózg. Zdaniem Raya Kurzweila, autora słynnej już książki „Nadchodzi osobliwość, kiedy człowiek przekroczy granice biologii”, osobliwość (ang. singularity) to możliwość cyfrowego zapisu całej zawartości ludzkiego mózgu. Czy czeka nas zatem przyszłość podobna do tej przedstawionej w serialu Netflixa „Altered Carbon”? Czy będziemy wymieniać jedynie biologiczne powłoki i żyć wiecznie? Jak dokładnie będziemy definiować człowieczeństwo, jeśli postawimy znak równości między mózgiem a człowiekiem?

258 joanna jesman

O autorce

dr Joanna Jeśman – kulturoznawczyni, wykłada na School of Ideas Uniwersytetu SWPS – nowoczesnym kierunku poświęconym projektowaniu innowacji. Prowadzi badania na pograniczu humanistyki i nauk o życiu w perspektywie posthumanistyki, studiów nad nauką i humanistyki medycznej. Zajmuje się też działaniami upowszechniającymi i popularyzującymi naukę oraz komunikacją naukową.

Przypisy

1 „Zbierałem kości po kostnicach, ręką profana gwałciłem straszliwe tajnie człowieczego ciała”, M. Shelley, Frankenstein, czyli współczesny Prometeusz
https://pl.wikipedia.org/wiki/Umys%C5%82#/media/File:RobertFuddBewusstsein17Jh.png:RobertFuddBewusstsein17Jh.png

Tekst: Marta Nizio z Redakcji Uniwersytetu SWPS

Dzisiejsze działy marketingu aż trzęsą się w posadach, gdy zabierają się do pracy nad najbardziej wyjątkową kampanią w dziejach reklamy. W oszklonym pomieszczeniu, w którym mucha nie siada, powietrze oczyszczane jest ozonem, a najnowszej generacji robot Rosie przynosi w ekokubkach kawę bez cukru, za to z ksylitolem, spotyka się zespół super wykwalifikowanych specjalistów w dziedzinie budowania więzi z marką. Dzięki tym burzom mózgów powstają wspaniałe reklamy, które opowiadają wzruszające historie o miłości, pomaganiu, tęsknocie. Aby zrozumieć znaczenie języka w naszym życiu, zacznijmy od końca: od popularnego dziś zjawiska, jakim jest storytelling. Komentarza do artykułu udzieli dr Karina Stasiuk-Krajewska, wykładowczyni Uniwersytetu SWPS.

Siła narracji

Na co dzień rzadko kiedy zdajemy sobie sprawę z wielkiej roli opowieści. Nie ma w tym niczego dziwnego, to typowa reakcja na to, co jest w naszych egzystencjach stałe i niezmienne. Do tej kategorii wrzucamy powietrze, którym oddychamy, przemianę nocy w dzień, czy fakt, że po prostu jesteśmy tu i teraz. Ano właśnie. Opowieści są dla nas czymś constans, jeśli sami ich nie snujemy, to snują je ludzie z naszego bliższego lub dalszego kręgu, a to na ulicy, a to w środkach komunikacji miejskiej. Wszędzie jest jakaś historia do opowiedzenia i ludzie chętni do ich mnożenia, zawsze znajdą się też ci, którzy lubią ich słuchać.

Świat reklamy od kilku lat podchwyca tę powszechną ludzką skłonność i kreuje kampanie, które budują napięcie, budzą zainteresowanie, bazują na emocjach. Wystarczą trzy słowa: dziadek, wnuczka i Allegro i mamy przed oczami tę piękną historię, dzięki której niejednemu z nas serce stopniało, a oczy zawilgotniały. Storytelling to dziś najbardziej pożądana forma budowania więzi z marką. Nie dziwne – narracja w ostatnich latach jest przedmiotem badań humanistyki. W obszarze humanistyki znajduje się także psychologia, a ta obecna jest wszędzie. Pokochał ją świat reklamy, a reklamy działają na ludzi. Rachunek jest prosty, skoro już mowa o ekonomii…

Small talk i teoria komunikatu

Żyjemy w ogromnym komforcie mówienia o sobie w dowolny sposób i na dowolny temat. Jest to oczywiście pokłosie XX-wiecznego rozluźnienia obyczajowości, przewartościowania wartości, odejścia od pewnych reguł społecznych, które konstytuowane były przez wyznawane dawniej konwenanse. Gdyby jednak tę lupę badawczą jeszcze bardziej przybliżyć do zjawiska, poza kwestiami społeczno-historycznymi warunkującymi podniesienie rangi „ja” vs. reszta świata, zauważylibyśmy, że wraz z nimi zmieniało się też podejście do komunikatu, a więc m.in. rozmowy, która nawet, gdy jest o niczym (small talk), jest o czymś.

Wiek XX, skoro o nim mowa, okazał się dla języka niezwykle hojny, bo to właśnie w tym stuleciu rozwinęły się badania nad nim na szerszą skalę. Pamiętamy zapewne ze szkoły słynną teorię komunikatu, wyrysowaną na, zdawałoby się, dziecinnie prostym schemacie komunikacyjnym. Twórca teorii, Roman Jakobson, przedstawił model komunikacji językowej, dokonując przy tym typologii funkcji języka. Można ją przedstawić następująco: przychodzi Kasia do Zosi i opowiada jej w emocjonujący i pełen zaangażowania sposób o bójce w szkole, której Zosia już nie widziała, bo mama odebrała ją wcześniej ze szkoły. Kasia posługuje się sformułowaniem „solówa w budzie”, a Zosia wie, co jej koleżanka ma na myśli. Do tego wszystkiego Kasia trzyma Zosię za dłonie, a Zosia kiwa głową na znak, że wszystko rozumie.

Legenda: Kasia (nadawca) – szkoła (kontekst) – wszystko, co Kasia przekazała Zosi (komunikat) – trzymanie za dłonie i kiwanie głową (kontakt) – właściwy dziewczynkom język, np. solówa, buda (kod) i oczywiście Zosia (odbiorca), która Kasię zrozumiała.

John Austin i John Searle kontynuowali w podobnym duchu teorię dość zbliżoną do stworzonej przez Jakobsona. Skupili się jednak na aktach mowy, włączając w to intencjonalność czy emocjonalne reakcje. Nagle okazało się, że prosta czynność, jaką jest mowa, i język, którym się posługujemy, mogą znacząco wpłynąć na ludzkie życie. Dosłownie! Przykład: „Nie zabijaj” mówi o tym, żeby nie zabijać. „Nie, zabijaj” (przy odpowiedniej intonacji, a w piśmie z przecinkiem) mówi o tym, by zabić. Jest różnica? Jest!

Się kompetencje ma, się mówi

Kompetencja językowa to pojęcie zaczerpnięte z gramatyki generatywnej, w której oczywiście palce maczał Noam Chomsky. Wszyscy posiadamy kompetencję językową, bo znamy swój język, poznajemy go od niemowlęctwa. Jest to jednak znajomość nieuświadomiona. To właśnie dzięki niej budujemy zdania, parafrazujemy, i co ciekawe – oceniamy cudze wypowiedzi. Nauką, która od lat 70. XX wieku doskonale łączy komunikację, umysł, poznanie, język są kognitywistyka i neurokogniwistyka, które badają percepcję świadomość, pamięć, rozumienie, wnioskowanie, zdolności językowe itp. Wszystko jest produktem naszych mózgów, umysłów, a jeśli o tym już mowa, to idźmy dalej.

Powrót do źródeł, czyli podstawy logopedii

Na nic ta cała wiedza dotycząca komunikatu i języka by się nie zdała, gdyby nie ośrodek Broki, który mieści się w mózgu i odpowiedzialny jest m.in. za generowanie mowy, rozumienie jej, interpretację gestu (stąd wielka popularność w ostatnich latach terapii ręki w logopedii). Paul Broca, XIX-wieczny chirurg i do tego antropolog, w 1861 roku odkrył w mózgu ośrodek mowy artykułowanej po tym, jak zgłosiło się do niego dwóch pacjentów (całkiem niedawno zidentyfikowani jako Leborgne, cierpiący na padaczkę i Lelong, którego afazja była wynikiem udaru), którzy utracili zdolność komunikowania się werbalnego w wyniku urazu tylnej części zakrętu czołowego dolnego. Poza ośrodkiem Broki istnieje szereg innych ważnych miejsc w mózgu odpowiedzialnych za mowę, a ich dysfunkcje mogą powodować zaburzenia mowy lub nawet całkowicie pozbawić daną osobę posługiwania się nią.

Gdy czytamy lub słyszymy więc zdania o tym, że to tylko człowiek posiada zdolność mówienia, od strony ewolucyjnej są one jak najbardziej zasadne i żaden 24 grudnia naszym kochanym kotom i psom w uzyskaniu tej umiejętności nie pomoże.

Mowa. Srebrna asystentka, chociaż złota tak naprawdę

„Na początku było słowo”, głosi Ewangelia wg św. Jana, i tak oto od słowa zaczyna się początek świata. Słynna zaś opowieść o wieży Babel z Księgi Rodzaju, przy budowie której Bóg, aby nie stracić wiernych, pomieszał ludziom języki, jest metaforą świetnie obrazującą rozmaitość narodów i systemów znaków zrozumiałych przez konkretne nacje.

Przez wiele wieków koncepcja logosu natchnionego przez Boga, w wyniku którego powstaje życie na Ziemi, towarzyszyła człowiekowi, a Biblia stanowiła nie tylko źródło wiary, lecz także źródło wiedzy. Dziś o języku i mowie wiemy o wiele więcej. Mariaż mowy i języka trwa od dziesiątek tysięcy lat. Opowieści biblijne dawniej, współcześnie zaś storytelling, a wniosek z tego płynie taki: jesteśmy uzależnieni od komunikacji, jaka by ona nie była.

Komentarz dr Kariny Stasiuk-Krajewskiej

Warto pamiętać o jeszcze jednym istotnym nurcie w badaniu języka i komunikacji, mianowicie o semiotyce i semiologii. Tutaj komunikacja nie jest relacją nadawca – odbiorca (to popularne i pozornie oczywiste, choć dzisiaj już teoretycznie nie najsilniejsze ujęcie), ale negocjowaniem znaczeń, budowaniem wspólnej interpretacji rzeczywistości. To bardzo ważne stwierdzenie. Trzeba bowiem pamiętać, że język nie opisuje po prostu świata, ale go konstruuje, tworzy to, jak ten świat rozumiem, narzuca mi pewną jego wizję. Ostatecznie, jak pisał Roland Barthes, systemy znakowe przechodzą w mity lub też, jak ujmuje to inna, bardzo ważna, tradycja w badaniach komunikacji – dyskursy, a więc sposoby mówienie/myślenia o zjawiskach społecznych. Dyskursy konstruują naszą interpretacje tego, czym jest męskość, a czym kobiecość, na czym polega dzieciństwo, czym różni się człowiek szczęśliwy od nieszczęśliwego. Przyjmujemy te narracje za oczywiste, bezpośrednio odnoszące się do świata, w rzeczywistości jednak – jak podkreślał Michel Foucault – są one tylko historycznie ukształtowanymi sposobami myślenia, za którymi – pierwotnie – stoi komunikacja. Ucząc się więc danego języka, przyswajamy jednocześnie pewną interpretację rzeczywistości, jest to interpretacja, którą przyjmujemy za oczywistą i prawdziwą, jednak w rzeczywistości wykreowana jest przez system semantyczny. W interpretacji tej przyswajamy także pewne uprzedzenia, stereotypy i dyskryminacje, czego doskonałym przykładem jest słowo niepełnosprawny, które konotuje niepełność, brak czegoś.

258 stasiuk krajewska

O komentatorce

dr Karina Stasiuk-Krajewska – zajmuje się etyką w dziennikarstwie, public relations i reklamie, a także budowaniem wizerunku, teorią komunikacji i mediów oraz kulturą popularną. Interesuje się rolą odbiorców i interpretacją przez nich tekstów kultury popularnej. Na wrocławskim wydziale Uniwersytetu SWPS prowadzi zajęcia z zakresu nauki o komunikowaniu, kultury popularnej, public relations, etyki reklamy i PR.Tekst: Marta Nizio z Redakcji Uniwersytetu SWPS

Tekst: Marta Nizio, Redakcja Uniwersytetu SWPS

Dzisiaj każdy może wyrazić swoje zdanie i każdy jest narażony na komentarze. Wokół dawnych autorytetów i nowych bohaterów pojawiają się opinie podważające ich status. Sami więc działamy na rzecz tego, żeby autorytet w takim kształcie, w jakim do niego tęsknimy, nie miał szans nawet się wykluć, bo od razu jest ściągany z ewentualnego piedestału. Prawdopodobnie będziemy używali tego pojęcia już tylko w czasie przeszłym – mówi prof. dr hab. Wojciech Burszta antropolog i kulturoznawca z Uniwersytetu SWPS.

Wywiad przeprowadziła Iwona Zabielska-Stadnik, redaktor naczelna „Newsweeka Psychologii”.

Czy potrzebujemy autorytetów?

Wojciech Burszta: Będziemy znowu narzekać, że nie ma dzisiaj autorytetów?

Newsweek Psychologia: A są? Czy my ich w ogóle potrzebujemy?

Zależy, z której strony spojrzeć. Ale trudno sobie wyobrazić właściwie funkcjonowanie jakiegokolwiek społeczeństwa, czy to będą badane przez antropologów wspólnoty zbieracko-łowieckie, tradycyjne, czy społeczeństwa nowoczesne, które by nie znały tak czy inaczej rozumianego autorytetu. Czyli takich osób bądź instytucji, którym się w jakiś sposób zawierza, które stanowią rękojmię prawomocności, i których autorytet wynika z tego, że reprezentują pewien zestaw wartości niepodważalnych, wzorcotwórczych.

Czyli autorytet to ktoś niekwestionowany bez względu na to, jakie są nasze indywidualne poglądy, i jak układają się stosunki społeczne?

To jest sprawa bardziej skomplikowana. Mianowicie każde społeczeństwo ma tendencje do traktowania siebie jako głównego punktu odniesienia, więc jeśli ten autorytet ma charakter lokalny, to zakładamy, że wartości, które reprezentuje nasza kultura, nasze społeczeństwo są najważniejsze.

Oczywiście kultura polska wpisuje się w kulturę europejską, ta - powiedzmy - w euroatlantycką, więc mamy pewne wzory uniwersalne, wypracowane od czasów renesansu.

W nowoczesnym społeczeństwie, autorytety mogą być świeckie, albo religijne. Można mówić, że istnieją autorytety uniwersalne ale niekoniecznie ktoś, kogo generalnie uznaje się za autorytet, będzie nim dla konkretnej osoby.

Autorytet uniwersalny?

Tak jak w przypadku papieży? Każdy Polak powie, że Jan Paweł II jest autorytetem, ale niekoniecznie dla niego?

Tak. Możemy nie zgadzać się z jego stanowiskiem w tej czy innej sprawie, natomiast nie podważamy niewątpliwych jego walorów, prawości, tego, że był postacią w pełni etyczną. I – co też ważne – jego osoba przynosi sławę polskiemu społeczeństwu. Każdy autorytet jest odczytywany zawsze w kategoriach kultury narodowej.

A kiedy staje się ikoną uniwersalną?

To zależy, na ile ta lokalność ma jednak cechy uniwersalności. Możemy nie poważać autorytetów, które są ważne dla nacjonalistów, ale jednak dla pewnej grupy społeczeństwa są one niewątpliwe, np. Dmowski. Mimo to trudno byłoby mu nadać cechy autorytetu uniwersalnego. Jak wszystkim zresztą postaciom, które wiążą się z tak mocno określonymi ideologiami.

Ale my dzisiaj nie myślimy już takimi kategoriami. Słowo ‘autorytet’ znika z języka codziennego, chyba że pojawia się w kontekście tęsknoty za poprzednim stanem kultury, kiedy autorytety były właśnie nieodwoływalne. To się wiąże z kryzysem tradycyjnej koncepcji społeczeństwa, które zawierza takim instytucjom jak rodzina, kościół, państwo, nauka. One wszystkie - mówiąc brzydko -  produkowały pewne typy autorytetów. Były wzorcotwórcze. Dzisiaj nie są już w stanie zyskać takiego statusu.

Autorytet, z istoty swojej, nie może być odwoływalny. To wzorzec, postać niedostępna, bohaterska, uważana za kogoś nie z tej ziemi. Nie może mieć statusu eksperta, którym dzisiaj się go próbuje zastąpić, bo eksperci są wymienialni.

Nowe technologie a podważanie autorytetu

Czyli jednak będziemy narzekać na brak autorytetów…

Mówienie o braku autorytetów stało się już codziennym szlagwortem. A jednocześnie na co dzień postępujemy w sposób, który doskonale pokazuje, że wypracowanie jakiejkolwiek koncepcji autorytetu, takiego, który byłby niepodważalny, jest właściwie niemożliwe.

Dlatego, że świat współczesny, dostęp do wiedzy o nim, wymiana informacji, mobilność powodują, że pojęcie autorytetu musiało stać się „elastyczne”?

Oczywiście, tak. Pojęcie autorytetu zawsze zasadzało się na pewnej niedostępności postaci czy instytucji. Nie mieliśmy do nich bezpośredniego dostępu, informacji o nim, a przede wszystkim nie mogliśmy ich na bieżąco komentować, więc w jakiś sposób sobie je mitologizowaliśmy. Niektórzy twierdzą, że poprzez rozwój elektronicznych środków komunikacji, zrealizowała się w pełni koncepcja demokracji ludowej. Każdy może wyrazić swoje zdanie. Jedną z konsekwencji jest to, że również każdy jest narażony na nieustające, rozmaite komentarze. A więc i te postaci, które wydawały się nie do ruszenia przez dziesiątki lat. Dzisiaj wokół dawnych autorytetów albo osób, które kreuje się na autorytet teraz, natychmiast wyrastają komentarze podważające ten ich status. A więc sami działamy na rzecz tego, żeby autorytet w takim kształcie, w jakim do autorytetów tęsknimy, nie miał szans nawet w zalążkowej formie się wykluć, bo jest ściągany z ewentualnego piedestału.

Ekspert a autorytet

A jednak, skoro wszyscy narzekamy na brak autorytetów, to prawdopodobnie potrzeba posiadania ich, tęsknota za tym, żeby mieć się do czego odwoływać jest chyba wciąż bardzo silna?

Zastanowiłbym się nad tym, czy nie jest to już jednak kwestia pokoleniowa. Czy te młodsze pokolenia w ogóle w takich kategoriach rozumują. Tym wątkiem zajmował się m.in. prof. Bauman. Twierdził, że pojęcie autorytetu w znaczeniu czegoś nieodwoływalnego jest dzisiaj niemożliwe ponieważ wszystko w naszym życiu jest tak naprawdę do odwołania. A autorytet, z istoty swojej, nie może być odwoływalny. Nie może mieć statusu eksperta. A dzisiaj autorytety zastępują eksperci. Mówiła pani o elastyczności. To eksperci są elastyczni. Dziś są nimi od tego, jutro od czegoś innego. Dzisiaj korzystamy z tych, jutro z innych.

Bo ekspert to kompetencje.

No więc właśnie. To konkretne kompetencje. Ale można je podważyć. Można pójść do innego eksperta, który ma kompetencje zbliżone albo konkurencyjne. Natomiast autorytet tak nie funkcjonował. To była postać niedostępna, mityczna, bohaterska, w pewnym sensie uważana za kogoś nie z tej ziemi. Wzorzec.

A drugi nurt ewolucji, a właściwie destrukcji tego tradycyjnego pojęcia autorytetu, mówi o idolach. Prof. Bauman sporo uwagi poświęcił tym osobom, którym przypisujemy ważne cechy, do których chcemy aspirować. Ale oczywiście idole, podobnie jak eksperci, są wymienialni i - właśnie pokoleniowi.

Młode pokolenie i ich rozumienie autorytetu

Czy to znaczy, że jeszcze się nie dokonała, i może nigdy się nie dokona, redefinicja tego pojęcia?

Nie dokonała się i myślę, że będziemy używali tego pojęcia już tylko w czasie przeszłym. Tak jak ono się zresztą z przeszłości wywodzi. W starożytnym Rzymie występowali mędrcy reprezentujący albo wymiar sprawiedliwości, czyli sędziowie, albo posłowie, senatorowie. Reprezentowali instytucję szanującą prawo i byli wzorcotwórczy. Potem rozpisało się to w kulturze nowoczesnej na różne dziedziny, ale ta wzorcotwórczość, nieodwoływalność tkwiła w naszej mentalności. Skoro ta instytucja albo ta osoba tak mówi, to przyjmijmy, że tak jest. Dzisiaj nic nie jest przyjmowane i jest to cecha współczesnego świata, który prof. Bauman nazywał światem płynnym, bo „żywi się” zmiennymi wartościami, konkurencyjnymi i rywalizującymi ze sobą.

Starsze pokolenie wytyka młodym, że nie mają autorytetów, nie uznają ich, nie szanują. Nie mają bo ich nie potrzebują, czy potrzebują, ale wzorców brakuje, ponieważ wszystko stało się tak relatywne i względne, że nie ma się o co oprzeć?

A ja bym powiedział jeszcze inaczej. Młodzi ludzie mają swoje autorytety, tylko nie wolno używać przy nich słowa ‘autorytet’. Nie używają tego języka, bo wyraża on podległość, podporządkowanie się pewnej osobie, sposobowi myślenia. A młodość chce być wolna i niezależna.

To jak o nich mówią?

Oni bardziej pokazują swoimi działaniami, poglądami, gdzie te źródła autorytetu tkwią, bo każdy z nas oczywiście takie źródła ma. Możemy to sobie uświadamiać w mniejszym lub w większym stopniu, bezpośrednio do tego się odwoływać, albo wynika to bezpośrednio z tego, do jakich wartości się tak naprawdę odwołujemy. Nawet jeśli wszystko jest dzisiaj płynne, to sfera wartości czy pewnych wskazówek jest uregulowana kulturowo.

Na razie wciąż jeszcze raczej się ukłonimy drugiej osobie na ulicy, niż napadniemy na nią, bo przestrzegamy pewnych norm zachowania, i dzięki temu społeczeństwo jako całość funkcjonuje. Nie musimy sobie na co dzień tych norm uświadamiać, ale wiemy, jak należy postępować. Uczą nas tego rodzina, szkoła, grupy rówieśnicze, itd. Mówiąc krótko - te normy są pewną umową. Umawiamy się, że ona ma charakter gry w szachy. Jak ktoś zaczyna grać w warcaby, to mówimy: O nie, to nie jest ta gra! I po to są, były autorytety, które – właściwie to pleonazm - siłą swojego autorytetu zaświadczały, że tak właśnie jest.

Pustka po autorytetach

Ostatnie dwa, trzy lata to czas znaczących pożegnań. Odchodzą po kolei osoby niezwykle ważne dla naszego życia społecznego, politycznego, dla kultury. Nie przesadzę chyba mówiąc, że dla naszego narodu. Ludzie-Wzorce. Latarnicy. I muszę przyznać, że jestem na nich trochę zła.

Dlaczego??

Bo nie zostawili po sobie następców, uczniów. Nie przekazali pałeczki. Latarnie gasną i zaczynamy tonąć w mroku.

Ale tak było zawsze. Na tym polega bycie autorytetem. To nie jest coaching. Autorytety to w pewnym sensie osobne, jednostkowe byty, które przydarzają się tylko raz. To prawda, jesteśmy teraz w bardzo ważnym momencie - odchodzi pokolenie ludzi, którzy spełniali wszystkie cechy definicyjne tradycyjnie znanych autorytetów. To pokolenie pamiętające Drugą Wojnę Światową. Było świadkiem epoki, przeżyło traumę. Stąd u nich właśnie taka głębia myślenia, unikanie pochopnych sądów i taka koncyliacyjna postawa. Ale to ich doświadczenie staje się dla dzisiejszych pokoleń zupełnie niezrozumiałe, ponieważ wojna to abstrakcja albo gra. Tym samym, ci ludzie nie mogą być postrzegani tak, jak jeszcze 20 lat temu.

Polityka historyczna i podejście do autorytetów

Może dlatego, że zanika społeczna świadomość tych traumatycznych doświadczeń i straszliwego uwikłania człowieka w historię, tak rośnie dzisiaj kult wzorców historycznych i bohaterów z tragicznej przeszłości. To chyba nie jest normalne, że nasz naród wciąż tak lubi kąpać się we własnej krwi.

Polacy nie wyzbędą się na dobre tego romantycznego rysu. Chociaż w wojnie nie ma nic romantycznego. Kultywujemy mit bohaterstwa, poświęcenia. Ale dzisiaj w całej Europie popularnością cieszy się polityka historyczna, co przekłada się na zmiany w nauczaniu historii narodowej. Tutaj w Polsce widzimy to przecież bardzo wyraźnie. Jest to wynik tęsknoty za autorytetami politycznie stanowionymi i szuka się tych autorytetów właśnie w historii. Mamy pamiętać Curie-Skłodowską, papieża ...

Ale nie Wałęsę.

Ale Wałęsę już nie. To jest bardzo narodowe, a jednocześnie ahistoryczne podejście do autorytetów. Paradoksalnie, ta możliwość nieustannego weryfikowania statusu poszczególnych osób, które chciano by niekiedy uczynić autorytetami, jest akurat mechanizmem bardzo demokratycznym. Tylko, że w Polsce przez ostatnie 10 lat doprowadził on do tych podziałów, które dzisiaj tak wyraźnie widzimy, i o których wszyscy teraz rozmawiamy.

Skoro łączy nas ta sama kultura, ta sama historia, którą pisali dla nas wszystkich ci sami ludzie, to dlaczego, pana zdaniem, nie potrafimy porozumieć się w sprawie autorytetów?

Ponieważ modernizacja społeczna niestety nie dokonała się w Polsce w pełni. Część społeczeństwa myśli i żyje w stylu zachodnim. Ludzie z tej grupy biorą życie w swoje ręce, sami decydują. Chcą tak postępować, by odnieść sukces. Dla nich ten tradycyjnie rozumiany autorytet stał się zbyt wielkim kwantyfikatorem, dlatego słuchają ekspertów. Natomiast ta druga część społeczeństwa, nie poddana modernizacji, ten mityczny suweren, o którym dzisiaj tyle się mówi, jest najbardziej podatna na tradycyjne autorytety instytucji kościoła i jego „funkcjonariuszy”. Ma do autorytetu stosunkowo mało krytyczne podejście, które świetnie znają etnografowie: „Mój ojciec tak robił, mój dziad tak robił i tak ma być”. To bezwiedne, ale i bezrefleksyjne poddawanie się autorytetowi. A nasze społeczeństwo koroduje już w takim stopniu, że nie można się w żadnej sprawie porozumieć. A tym bardziej w sprawie autorytetu.

Autorytet a autorytaryzm

Co może stać się ze społeczeństwem, państwem, w którym autorytety upadają, znikają albo zaczynają być traktowane instrumentalnie?

Taki stan społecznej anarchii trudno sobie wyobrazić, bo historia pokazuje, że zawsze znajdują się tacy, którzy robią porządek. Bywało tak w historii, że podważanie np. autorytetu demokratycznego prowadziło do totalitaryzmów. Do faszyzmu czy do hitleryzmu.

Ale jednocześnie Hitler też stał się autorytetem.

No tak, bo jest jeszcze jeden wątek, o którym trzeba powiedzieć. Autorytet ma bardzo dużo wspólnego z autorytaryzmem. W dziedzinie polityki istnieje delikatna linia pomiędzy byciem autorytetem, a czynieniem zaczątków rządów autorytarnych opartych właśnie na tymże autorytecie i budowaniem całego areopagu politycznie potrzebnych świętych.

Taka droga jest oczywiście możliwa, ale w dzisiejszych czasach wydaje się ona o wiele trudniejsza niż w czasach Hitlera, choćby dlatego, że zbudowanie wokół autorytaryzmu większości społecznej jest niemożliwe. Można połowę społeczeństwa przyciągnąć. Ale na dłuższą metę nie jest w stanie się udać. To samo możemy jednak powiedzieć o demokracji liberalnej - jest w kryzysie dlatego, że ma tak wielu konkurentów. A i w jednej i w drugiej formacji nie mamy autorytetów.

A my, zwykli ludzie, też tak dobrze obchodzimy się bez autorytetów?

Nauczyliśmy się z tym żyć. Albo, tak jak młodzież, nie mówimy o tym, nie używamy słowa autorytet, ale wiemy, które postaci są dla nas ważne, które uważamy za prawe, którym wierzymy, których słuchamy, na których zawołanie jesteśmy skłonni zareagować. Na przykład niebywały dzisiaj rozwój ruchów regionalnych powoduje, że pojawiają się autorytety lokalne, chociaż nikt ich tak nie nazywa.

To, że nie ma szans powrotu do tradycyjnie rozumianych autorytetów, nie oznacza, że zjawisko autorytetu, potrzeba wzorcotwórczości nie są cały czas obecne w naszym życiu. Po prostu znajdujemy je w innych obszarach niż kiedyś.

Artykuł był publikowany w listopadowym wydaniu "Newsweek Psychologia Extra 4/17”.
Czasopismo dostępne na stronie »

Znalezione obrazy dla zapytania wojciech burszta swps

O autorze

prof. dr hab. Wojciech Józef Burszta – antropolog i kulturoznawca, eseista i krytyk kultury, wykładowca w Katedrze Kulturoznawstwa Uniwersytetu SWPS, profesor Instytutu Slawistyki PAN. Interesuje się teorią i praktyką współczesnej kultury, w tym popkultury i popnacjonalizmu. Zajmuje się badaniami z kręgu antropologii współczesności i kulturoznawstwa, ze szczególnym uwzględnieniem problematyki mitu i symbolu, a także zjawiskami kontestacji i anarchii w społeczeństwach liberalnych.

 

kanały

zobacz też

strefa psyche strefa designu strefa zarzadzania strefa prawa logo