logo

logo uswps nazwa 3

„Zostań antyszczepionkowcem. Zarabiaj na ludzkim strachu. Sprzedawaj zestaw kroplówkowy z lewoskrętną witaminą C” – brzmi opis gry karcianej Antyszczepionkowcy.biz. Gra ma edukować i jednocześnie demaskować hochsztaplerów, którzy podważają teorie naukowe dla chęci łatwego zysku. Skąd pomysł na grę i jak może ona zwiększyć świadomość znaczenia szczepień? – wyjaśnia Katarzyna Gęborek, graphic designer, odpowiedzialna za oprawę graficzną projektu.

Na przekór hochsztaplerom

„Chcesz zarobić łatwe pieniądze? Zdobyć sławę? Zostać guru? Nie dostałeś się na studia medyczne? Nie masz za grosz moralności? Dobrze się składa! Antyszczepionkowcy.biz w prosty i przyjemny sposób nauczą cię, jak zrealizować swoje cele, jednocześnie rozwiązując problem przeludnienia!” – przewrotnie i ironicznie zachęcają twórcy gry Antyszczepionkowcy.biz: Aleksandra Stefaniak, doktorantka na Uniwersytecie Medycznym im. Piastów Śląskich we Wrocławiu, Jakub Stefaniak, programista, oraz Katarzyna Gęborek, graphic designer, absolwentka studiów podyplomowych UX Design na Uniwersytecie SWPS, odpowiedzialna za oprawę graficzną: projekt logo, księgi znaku, kart, instrukcji, landing page'a, materiały promocyjne na Facebooka oraz YouTube'a.

kolaz 1

Gra jest przeznaczona dla 2-6 osób powyżej 16 roku życia. Rozgrywka zajmuje od 20 do 60 minut. Gracze mają jeden cel – zdobyć wpływy za wszelką cenę. Jak? Gracz może próbować sprzedać zestaw kroplówkowy z lewoskrętną witaminą C, która tak dobrze sprzyja powstawaniu kamieni nerkowych. Albo zebrać podpisy i przeforsować ustawę znoszącą obowiązek szczepień. Zdecydowani na wszystko mogą wywołać epidemię odry, likwidując przy okazji przykry problem przeludnienia. „Press your luck: zarządzaj ryzykiem, odsłaniaj karty i sam zdecyduj, czy warto się zaszczepić. Mechaniczna mieszanka Port Royale, Splendor i Wybuchających Kotów, w której możesz zorganizować własne Ospa-Party!” – tak pomysłodawcy zagrzewają do gry. Im częściej wybuchają epidemie chorób zakaźnych, tym lepiej. Im większe żniwo one zbierają, tym większe są wpływy guru. Jednak w obliczu epidemii każdy może się przestraszyć, także antyszczepionkowcy, dlatego mogą oni chybcikiem skorzystać ze szczepień.

Projekt gry był weryfikowany i konsultowany ze specjalistami zajmującymi się tematyką szczepień, m.in. dr. Markiem Posobkiewiczem, Głównym Inspektorem Sanitarnym w latach 2012-2018, pediatrami: lek. Łukaszem Durajskim, przewodniczącym komisji ds. szczepień Okręgowej Izby Lekarskiej w Warszawie, lek. Dagmarą Chmurzyńską-Rutkowską, internautom znana jako Mama Pediatra.

kolaz 2

Siła pozytywnych mitów

Skąd pomysł na grę? – Inspirowały nas prace naukowe dr. hab. Marcina Napiórkowskiego, semiotyka kultury, zajmującego się mitologią współczesną. Gdy w przestrzeni publicznej zaczęło się pojawiać coraz więcej mitów wokół szczepień, napisał on, że skuteczna walka z nimi nie powinna polegać na ich korygowaniu czy odpieraniu kolejnych zarzutów, lecz budowaniu pozytywnych mitów. Atrakcyjnych, wielkich, ważnych opowieści opartych na prawdziwych danych. Postanowiliśmy stworzyć taki mit, który z jednej strony dawałby pretekst do spędzenia czasu z przyjaciółmi, z drugiej umożliwił nam dotarcie do szerokiego grona odbiorców z prawdziwymi informacjami na temat szczepień. Chcemy uświadamiać ludzi, w jaki sposób szczepienia chronią nas przed epidemiami oraz czym jest i jak działa odporność zbiorowa. Poprzez grę zwracamy też uwagę, że hochsztaplerzy podważają teorie naukowe tylko po to, by oferować swoje suplementy diety i „magiczne” urządzenia jako lek na wszystko – wyjaśnia Katarzyna Gęborek.

– To świetny pomysł! Dużo mówi się dziś o negatywnym trendzie polegającym na spadku prestiżu nauki, upadku znaczenia ekspertów. Ale strona akademicka nie jest w tym całkiem bez winy. Zamykając się w specjalistycznych niszach, zbyt rzadko dbamy o to, żeby wiedza naukowa była zrozumiała dla szerszych kręgów społeczeństwa. Szerokie dystrybuowanie informacji, komentowanie aktualnych zjawisk, czy włączanie ludzi w projekty wykorzystujące mechanizmy nauki obywatelskiej z tej perspektywy mogą być nie mniej istotne, niż dokonywanie ważnych odkryć. Przecież bez akceptacji społecznej część tej wiedzy może okazać się niemożliwa do wykorzystania – komentuje dr hab. Mirosław Filiciak, prof. Uniwersytetu SWPS.

Rozrywka i edukacja

Gra jest adresowana do wszystkich, którzy lubią dobrą karciankę. Ale nie chodzi tu tylko o rozrywkę. – Zależy nam na tym, aby gra trafiła do osób, które wątpią w wartość szczepień albo uważają, że prawda może być gdzieś pośrodku. Przy okazji zabawy chcemy rozpocząć dyskusję nad celowością szczepień. Takie działanie ma naukowo udowodniony potencjał osłabiania wiary w teorie spiskowe. Nie zakładamy, że nasza gra trafi do fanatycznych przeciwników szczepień, zresztą takich osób jest garstka. Wielu rodziców boi się o swoje dzieci, a strach ten wzmaga dyskusja medialna, w której ciężko odróżnić naukowe fakty od dezinformacji, manipulacji danymi i gry na emocjach. To im nasza gra powinna pomóc utwierdzić się w przekonaniu, że warto szczepić swoje dzieci – mówi Katarzyna Gęborek.

Czy rzeczywiście gra może mieć charakter edukacyjny? – Gry to nie tylko atrakcyjne i przystępne medium, lecz także format o sporych możliwościach perswazyjnych – tłumaczy dr hab. Filiciak. – W badaniach gier mówimy m.in. o retoryce proceduralnej – przekazywaniu wiedzy poprzez odpowiednią budowę systemu reguł i interakcję z nimi. W odróżnieniu więc np. od filmu, nie jest to zamknięta opowieść, oparta na słowie czy obrazach, ale symulacja i powiązana z nią możliwość przetestowania jakiejś wizji rzeczywistości. Pozwala to wejść w pewnym stopniu w alternatywny scenariusz „co by było, gdyby” albo przyjrzeć się sytuacji z innej od własnej perspektywy.

Gry to nie tylko atrakcyjne i przystępne medium, lecz także format o sporych możliwościach perswazyjnych

Temat szczepień od miesięcy budzi wiele kontrowersji w Polsce. Jak zaznacza Katarzyna Gęborek, spór wokół szczepień wymusił na zespole dodatkową ostrożność w doborze formy gry. – Zależy nam na podkreśleniu, że nasz projekt opowiada o oszustach, którzy zarabiają na manipulowaniu innymi, a nie na ludziach, którzy im uwierzyli.

16 marca br. rusza zbiórka na portalu PolakPotrafi.pl w celu zebrania funduszy na wydanie gry. Już teraz jej prototyp można ściągnąć po zapisaniu się do newslettera na stronie internetowej Antyszczepionkowcy.biz.

Tekst: Ewa Pluta

Jak często dzielimy ludzi na swoich i obcych lub myślimy w kategoriach my i oni? Właściwie bez przerwy, przy każdym kontakcie z innymi. Nie znaczy to jednak, że jesteśmy nietolerancyjni, ksenofobiczni czy też zamknięci na innych. Raczej posługujemy się mechanizmami, w które wyposażyła nas natura. O pojęciu „swój” i „obcy”, stereotypach oraz kulturowej potrzebie przynależności do określonej grupy opowie psycholog dr Małgorzata Wójcik z Uniwersytetu SWPS.

Natura tak to urządziła

Aby funkcjonować w świecie pełnym informacji, niepewności i chaosu, musimy poukładać bodźce w odpowiednich „pudełkach” w naszym mózgu, a mechanizm za to odpowiedzialny to kategoryzacja społeczna. Jeżeli bodźcami są ludzie, następuje ich podział na określone grupy: etniczne, narodowe, religijne, zawodowe i inne. Zjawisko to sięga ewolucyjnej przeszłości. Dla naszych przodków spójna i współpracująca grupa własna oraz wiedza kto „swój”, a kto „obcy” była kluczem do przetrwania. Musieli konkurować o ograniczone zasoby, co wzmagało zarówno solidarność grupową i przywiązanie do grupy własnej, jak i powodowało narastanie silnej niechęci wobec grup obcych.

Dobry swój i zły obcy

Podobnie jak nasi przodkowie, my także dzielimy innych na dobrych „swoich” i „złych” obcych. Pomaga nam to zorientować się w świecie, zwłaszcza gdy znajdujemy się w nowej czy też niepewnej sytuacji. Dzięki temu wiemy, z kim mamy do czynienia, jak powinniśmy w stosunku do tej osoby postępować – zostać i zaproponować kawę czy może szybko się oddalić. Patrzymy na kolor skóry, strój, atrybuty związane z religią, sposób mówienia i zachowania. Proces ten jest płynny i dynamiczny, możemy postrzegać ludzi w różny sposób, w zależności od własnej pozycji, sytuacji czy kontekstu społecznego. W wielu przypadkach pomaga to stworzyć odpowiedni i selektywny obraz, a w innych kładzie się u podstaw negatywnego lub nieodpowiedniego stereotypu.

Komentując niejako zjawisko kategoryzacji społecznej, Einstein powiedział: „Jeżeli moja teoria względności okaże się trafna, Niemcy będą twierdzić, iż jestem Niemcem, a Francuzi ogłoszą mnie obywatelem świata. Gdyby jednak moja teoria okazała się nieprawdziwa, Francuzi powiedzą, że jestem Niemcem, a Niemcy, że Żydem.” Decyzja czy konkretna osoba należy do grupy własnej czy obcej zależy więc od wielu czynników i przyjętego sposobu kategoryzacji. A jest to decyzja bardzo ważna – zależy od niej to, w jaki sposób będziemy postrzegać i traktować innych. Mamy tendencję do ulegania zjawisku jednorodności grupy obcej, czyli myśleniu „oni wszyscy są tacy sami”. Chętnie, łatwo i szybko przypisujemy jednostce cechy stereotypu grupowego – wszyscy kibice są agresywni, Żydzi skąpi, a Cyganie kradną. I sprawa jest jasna, nie musimy się już więcej zastanawiać.

W takim myśleniu utwierdza nas także efekt wewnątrzgrupowy i międzygrupowy – różnice pomiędzy grupami stają się dla nas ważniejsze niż różnice dzielące jednostki w obrębie każdej z grup. Kontrast pomiędzy „nami” i „nimi” nabiera znaczenia, a to prowadzi do faworyzowania grupy własnej czyli uznania, że „my” jesteśmy lepsi, bardziej pracowici, mądrzejsi i zachowujemy się lepiej niż „oni”. Członkowie grupy własnej postrzegani są jako godni zaufania, przyjacielscy i prawdomówni. Natomiast członków grupy obcej częściej uważa się za nieuczciwych i nastawionych na rywalizację. Dlatego mówiąc o „naszych”, dobieramy pozytywne określenia, a negatywne, by opisać cechy odnoszące się do „obcych”. Popełniamy też krańcowy błąd atrybucji – negatywne działania członków grupy obcej przypisywane są ich wewnętrznym cechom – spóźnił się do pracy, bo jest leniwy i niesumienny (członek mojej własnej grupy spóźnił się bo były korki). Przyczyn działań pozytywnych upatruje się z kolei w czynnikach zewnętrznych (wysiłek, sytuacja, szczęście) – świetnie wywiązał się z zadania, bo miał dzisiaj wyjątkowe szczęście, udało mu się. Wszystkie te mechanizmy przyczyniają się do powstawania i samoistnego utrwalania negatywnych opinii i stereotypów na temat osób, które uznamy za członków grupy obcej.

Lubimy być lepsi

W 1968 r., dzień po zamachu na Martina Luthera Kinga Jr., Jane Elliott, nauczycielka w amerykańskiej podstawówce, postanowiła pokazać swojej klasie (składającej się wyłącznie z białych uczniów), jak odczuwa się dyskryminację na własnej skórze. Podzieliła klasę na „lepszych-niebieskookich” oraz „gorszych-ciemnookich” i udowodniła, że wystarczył jeden dzień, aby niebieskoocy zaczęli gorzej traktować ciemnookich kolegów: unikać ich, wyśmiewać i dokuczać. Co więcej, „gorsze” dzieci uzyskiwały w tym dniu znacznie niższe wyniki niż normalnie, były niepewne, smutne i drażliwe. Kolejnego dnia grupy zamieniły się, aby każdy mógł doświadczyć tego samego. Psycholog społeczny, Muzafer Sherif, w znanym eksperymencie przeprowadzonym podczas letniego obozu dla młodzieży „Robbers Cave” pokazał, że podział na grupy i prosta rywalizacja doprowadziły do wrogich zachowań – wyzwisk, bójek i kradzieży pomiędzy chłopcami z grup Grzechotników i Orłów. Chłopcy wypracowali silną tożsamość grupową – każda grupa miała nazwę, szefa, herb, flagę, ustalone normy i reguły zachowania. Poczucie tożsamości i przynależności do grupy własnej jest dla nas bardzo ważne, ale też silnie obciążone emocjonalnie i wartościujące. Chcemy być odrębni, ale też lepsi niż „oni”, faworyzujemy więc grupę własną i dewaluujemy członków innych grup. Stereotypy są szczególnie uciążliwe z punktu widzenia stereotypizowanych jednostek zwłaszcza gdy są szeroko podzielane społecznie – ograniczają dostęp do zasobów, odcinają od rynku pracy, dobrej edukacji, kontaktów międzygrupowych.

Jasna mapa świata społecznego

Mimo, iż zdajemy sobie sprawę ze społecznych kosztów rozpowszechniających się stereotypów, bardzo trudno się ich pozbyć. Zbyt wiele nam dają: uproszczoną, ale jasną mapą świata społecznego, ekonomizację procesów poznawczych, selekcję i redukcję nadmiaru informacji. Spotykając nowych, nieznanych nam ludzi, posiadamy jedynie informacje o kategoriach społecznych, do których należą, a uzupełniwszy je o stereotyp możemy wnioskować o cechach napotkanej osoby. To z kolei redukuje niepewność, dostarcza poczucia kontroli nad rzeczywistością społeczną i względnego bezpieczeństwa.

Stereotyp pozwala nam czuć się dobrze, nawet jeśli postępujemy niemoralnie albo nieuczciwie. Dostarcza nam gotowych usprawiedliwień i uzasadnień dla zdarzeń i warunków społecznych, naszych własnych zachowań agresywnych i dyskryminacyjnych lub zaniedbań w stosunku do stereotypizowanej grupy. Uznając ludzi bezrobotnych lub biednych za leniwych, możemy usprawiedliwić nierówność społeczną. W wieloklasowym społeczeństwie grupa uprzywilejowana deprecjonuje inne grupy, usprawiedliwiając tym samym swoją pozycję. Niektórzy historycy uważają, iż biali Europejczycy wymyślili koncepcję rasowej niższości czarnych Afrykańczyków, aby usprawiedliwić niewolnictwo i grabieże Afryki. Możemy zastanowić się, czy w taki sam sposób postępujemy w stosunku do mniejszości Romskiej. Lub też, czy nie używamy tego mechanizmu, by wytłumaczyć sobie powód niechęci do przyjmowania emigrantów.

Stereotyp grupy obcej, zwłaszcza negatywny, pozwala uzyskać i utrzymać dobrą opinię na temat grupy własnej. Jedną z metod jest poszukiwanie kozła ofiarnego – tę rolę odgrywają zwykle łatwo rozpoznawalne grupy, które są obiektem społecznie akceptowanych stereotypów i uprzedzeń. Obwiniając je za nasze niepowodzenia i frustracje, potrafimy lepiej radzić sobie ze zwątpieniem i oceniamy siebie korzystniej. Historia pokazuje, że ta chęć posiadania pozytywnego wizerunku grupy własnej i potrzeba obarczenia innej grupy za własne niepowodzenia bądź trudności ekonomiczne kraju, może doprowadzić do wypędzenia lub zagłady całych narodów (np. hitlerowcy i Żydzi).

Swoi na czas dobrobytu, obcy na czas niepokoju

Dlaczego nie wyciągamy wniosków z historii? Dlaczego we współczesnej, zjednoczonej multikulturowej Europie uprzedzenia nie zanikają? A wręcz przeciwnie – globalny negatywny stereotyp obcego – muzułmanina rośnie w siłę? Przecież zdajemy sobie sprawę, że z multikulturowości czerpiemy ogromne zyski, wzbogacając własną kulturę, ucząc się i inspirując. Kontaktujemy się z przedstawicielami innych kultur, znamy ich osobiście, podziwiamy arabską sztukę, lubimy kuchnię, razem pracujemy i studiujemy. Co zatem nie działa? Albo raczej – co działa, doprowadzając do coraz większych niepokojów etnicznych, wzrostu nacjonalizmu i niechęci do obcych? Co spowodowało rozprzestrzenienie się społecznie podzielanego globalnego stereotypu imigranta-muzułmanina, którego należy się obawiać i najlepiej wyrzucić z własnego kraju lub go nie wpuścić?

To trudna sytuacja – z jednej strony wiemy, że spora liczba emigrantów to ludzie tacy jak my, z drugiej jednak widzimy jednostki niebezpieczne. Nie wiemy kto „swój”, a kto „obcy”. Najprościej więc jest postrzegać emigrantów jako spójną grupę dzielącą wspólne cechy. Zapewni to pewien poziom bezpieczeństwa i kontroli.Nawet jeśli osobiście znamy porządnego, pracowitego i uczciwego muzułmanina, nie będziemy czuć dysonansu. Przyjdzie nam z pomocą kolejny mechanizm tworzenia podtypu stereotypowej grupy – oni wszyscy są tacy sami, ale mój przyjaciel jest inny, jest wyjątkiem potwierdzającym regułę. Można zatem przypuszczać, że tylko w czasach spokoju i dobrobytu możemy pozwolić sobie na rezygnację ze stanowczego podziału na „my” i „oni” oraz stereotypowego postrzegania obcych. W czasach niepewności, niepokoju lub kryzysu ekonomicznego nie jest to chyba możliwe.

Artykuł był publikowany w lipcowym wydaniu "Newsweek Psychologia Extra 4/17”. Czasopismo dostępne na stronie »

 

258 malgorarzata wojcik

O autorce

dr Małgorzata Wójcik – adiunkt Uniwersytetu SWPS, dr nauk społecznych w zakresie psychologii, zajmuje się badaniem powodów i przejawów przemocy szkolnej oraz dynamiki grup rówieśniczych. Wraz z zespołem opracowuje i wdraża innowacyjne programy edukacyjne zapobiegające przemocy, stygmatyzacji i dyskryminacji w grupach rówieśniczych.

Każdy bunt jest ważny – zarówno w życiu osobistym danej osoby, jak i w odniesieniu do społeczeństwa. Gdyby nie bunt – i jako ludzie i jako społeczeństwa stalibyśmy w miejscu. Dzięki temu, że istnieje bunt możemy zmieniać świat, możemy walczyć o swoje prawa i własną autonomię. Podobnie ważną kwestią jest wolność, która splata się silnie z kulturą i kształtowana jest w dużym stopniu przez otoczenie. Wolność z kolei daje nam szansę na zbudowanie w sobie poczucia niezależności. O wolności, buncie i niezależności w edukacji i rozwoju człowieka opowie pedagog i animator rozwoju dr dr Marta Majorczyk.

Identyfikacja kategorii wolności, buntu i niezależności w edukacji i rozwoju człowieka z pozoru wydaje się łatwa. Pierwsza trudność pojawia się, gdy pada pytanie: jak kształtować/rozwijać w człowieku postawę niezależności, jego wewnętrzną suwerenność, nie ograniczając praw i wolności innych ludzi? Czym jest bunt, wolność i niezależność człowieka we współczesnym społeczeństwie „będącym w permanentnej zmianie”? Ile wolności i niezależności rodzice powinni uwzględniać w rozwoju i wychowaniu dziecka? Kiedy bunt jest przejawem zachodzących i ważnych dla rozwoju zmian, a kiedy traktowany jest negatywnie i wymaga interwencji specjalisty od rozwoju i edukacji? Co to znaczy edukacja/wychowanie ku wolności i w wolności? Poszukując odpowiedzi na te pytania, próbując rozstrzygać dylematy edukacyjne, prelegentka sięgnęła po wiedzę z różnych dziedzin zajmujących się człowiekiem i jego kulturą.

 

258 marta majorczyk

O autorce

dr Marta Majorczyk – badacz i nauczyciel akademicki, praktyk, edukator, animator rozwoju, pedagog, doradca rodzinny, trener, szkoleniowiec. Adiunkt w Katedrze Edukacji i Nowych Mediów w Collegium Da Vinci w Poznaniu, pracownik niepublicznej poradni psychologiczno-pedagogicznej przy Uniwersytecie SWPS. Autorka ponad czterdziestu prac naukowych, w tym trzech monografii i blisko kilkudziesięciu tekstów popularno-naukowych, analiz i opracowań. Uczestniczka kilkudziesięciu konferencji. Stały współpracownik pism takich jak „OMatko! Magazyn świadomych rodziców”, „Wczesna Edukacja”, „Dyrektor Szkoły”, „Sygnały. Miesięcznik Wychowawcy”, „Bliżej Przedszkola” i wielu innych. Komentator przemian w edukacji, wychowaniu i rodziny w dziennikach („Gazeta Wyborcza”, „Polityka”, „Newsweek”, „Wprost”, „Gazeta Prawna”) i czasopismach (np. „Ja My Oni”) i in. Ekspert medialny występujący często w radiu, telewizji oraz internetowych portalach informacyjnych.

Zbliżające się wybory samorządowe, zaplanowane na 21 października i (ewentualnie) na 4 listopada będą pierwszymi w długim, prawie dwuletnim maratonie wyborczym. Wiosną nadchodzącego roku wybierzemy posłów do Parlamentu Europejskiego, jesienią posłów na Sejm i senatorów, a wiosną roku 2020 Prezydenta Rzeczypospolitej. Będzie więc (powinien być) nadchodzący okres czasem wzmożonej obywatelskiej aktywności. W tym kontekście zasadne staje się pytanie o to, czemu w Polsce jedni ludzie chodzą na wybory, a drudzy nie. O tym, dlaczego tak się dzieje opowie socjolog i politolog dr hab. Mikołaj Cześnik, prof. Uniwersytetu SWPS.

Funkcje wyborów

Nad tematem zastanawiają się uczeni, piszą o tym i dyskutują dziennikarze. Jest sporo wiedzy zgromadzonej na ten temat; także badacze z Uniwersytetu SWPS mają na ten temat sporo do powiedzenia.

Prowadzone w Centrum Studiów nad Demokracją Uniwersytetu SWPS badania, przede wszystkim Polskie Generalne Studium Wyborcze (PGSW), rzucają sporo światła na tę kwestię. PGSW to projekt szukający odpowiedzi na główne pytania dotyczące zachowań politycznych Polaków. Wybory stanowią w naszym kraju główny akt suwerena, kształtujący polską rzeczywistość społeczną i polityczną, a także funkcjonowanie instytucji życia społecznego, gospodarczego i politycznego. Pełnią wiele funkcji, ale cztery z nich wydają się mieć kluczowe znaczenie.

Po pierwsze, wybory są procedurą selekcji, procedurą wyłaniania rządzących. Obywatele bądź bezpośrednio wskazują sprawujące władzę jednostki (lub grupy), bądź też wybierają swoich przedstawicieli, którzy następnie decydują o składzie egzekutywy. Nie inaczej będzie w nadchodzących wyborach samorządowych – zdecydujemy w nich o składach rad gmin, rad powiatów, sejmików województw, a także o tym, kto konkretnie przez najbliższe cztery lata będzie rządzić naszą miejscowością jako wójt, burmistrz lub prezydent miasta. Po drugie, wybory są procedurą rozliczania. Wystawiamy w nich rachunek osobom sprawującym do tej pory władzę, zwycięzcom poprzednich wyborów (na poziomie lokalnym, regionalnym bądź krajowym). Oceniamy zaangażowanie, działania, ich skuteczność. Rozliczamy ze złożonych obietnic i ich realizacji. Rozliczani są też ze swojej postawy i działalności w ławach opozycji przegrani poprzednich wyborów. Wybory są też, po trzecie, procedurą uprawomocnienia – poprzez uczestnictwo w głosowaniach obywatele legitymizują system. Wybory są w końcu, po czwarte, procedurą agregacji interesów. W procesie wyborczym rozpoznawane i artykułowane są preferencje polityczne obywateli, ich postawy, przekonania.

Nierówności między grupami społecznymi i politycznymi

Uczestnictwo w wyborach zależy, co do zasady, zarówno od czynników systemowych, jak i indywidualnych. Te pierwsze, wpływające bezpośrednio lub pośrednio na zachowania obywateli (obowiązek głosowania, głosowanie pocztowe, głosowanie przez pełnomocnika, częstotliwość głosowań, ich proporcjonalność itd.), nie wyjaśnią jednak zróżnicowania wewnątrzkrajowego, mogą natomiast wyjaśniać różnice między krajami. Te drugie dzielimy na społeczne i polityczne: za jedno z ważniejszych „odkryć” studiów nad polityką należy uznać obserwację, że uczestnictwo wyborcze jest nierówno rozłożone między grupami społecznymi i politycznymi.

Cóż zatem wiemy na podstawie wspomnianych badań o aktywności (i bierności) wyborczej Polaków? Po pierwsze, uczestnictwo wyborcze ma w Polsce związek ze strukturą społeczną. Okazuje się najmocniej związane z płcią (kobiety głosują mniej chętnie), wiekiem (najczęściej głosują osoby w średnim wieku, młodzi i starsi rzadziej), wykształceniem (im wyższe, tym częstsze uczestnictwo), zamożnością (biedni są bardziej bierni) i częstotliwością praktyk religijnych (regularnie praktykujący chętniej głosują).

Te nierówności mają we współczesnych, dużych demokracjach (a więc i w Polsce) fundamentalne znaczenie dla realizacji jednej z podstawowych wartości demokracji – równości. Jedynie równe, „nieskrzywione” pod względem społecznym uczestnictwo wyborcze jest w stanie zaowocować równą reprezentacją, która z kolei jest warunkiem koniecznym zapewnienia równego politycznego wpływu wszystkich grup, warstw i klas społecznych. Ponadto, umiejscowienie w strukturze społecznej jest źródłem zasobów, niezbędnych do uczestnictwa politycznego, w tym wyborczego.

Cechy statusowe nie są jednak jedynymi, które różnicują aktywnych i biernych wyborczo Polaków. W niemniej istotny sposób różnią się oni psychologicznymi profilami, przekonaniami i postawami, powiązanymi zresztą często ze zmiennymi strukturalnymi (przede wszystkim wykształceniem). Uczestnictwo w wyborach jest silnie skorelowane z zainteresowaniem polityką; udział w głosowaniu jest jedynie „behawioralnym zwieńczeniem” skomplikowanego i wieloaspektowego procesu społecznego, o złożonych przyczynach. Inną charakterystyką jednostkową silnie powiązaną z uczestnictwem wyborczym jest przekonanie o „obywatelskim obowiązku” głosowania. Liczne analizy empiryczne dowodzą, że jest to jedna ze zmiennych najlepiej tłumaczących wyborczą aktywność. Równie ważne jest przekonanie o politycznym sprawstwie, silna identyfikacja partyjna, przekonanie o znaczeniu i wadze własnego głosu (i jego wpływie na wynik wyborów).

Wyniki powyższe są istotnym argumentem w dyskusji o kondycji polskiej demokracji. Pokazują mianowicie, dlaczego mamy się wysokim poziomem absencji wyborczej w Polsce martwić. Nierówności w uczestnictwie wyborczym, nieprzypadkowe i stałe, mają dla ustroju demokratycznego fundamentalne znaczenie. Z przedstawionych analiz jasno wynika, że w Polsce, w grupie obywateli podejmujących najważniejsze dla demokratycznej wspólnoty decyzje (a głosowanie jest procedurą zbiorowego podejmowania takich decyzji) systematycznie niedoreprezentowane są duże grupy społeczne: kobiety, ludzie młodsi (a także najstarsi), mniej zamożni, gorzej wykształceni, mniej aktywni religijnie. Ich pozostawanie poza procesem zbiorowego podejmowania decyzji ma prawdopodobnie wpływ na wyniki wyborów i realizowane w ich następstwie polityki. Doświadczany przez nich brak reprezentacji i brak politycznego wpływu nie mogą pozostawać bez wpływu na ich ocenę systemu demokratycznego. A spadek zadowolenia z demokracji, będący zagrożeniem dla jej prawomocności, może mieć dla systemu groźne, a niekiedy wręcz złowrogie konsekwencje.

258 mikolaj czesnik

O autorze

dr hab. Mikołaj Cześnik, prof. Uniwersytetu SWPS – socjolog i politolog. Zajmuje się badaniami opinii społecznej i wyborów politycznych. Specjalizuje się w analizie systemów politycznych, w szczególności demokracji. Występuje w mediach jako stały komentator życia politycznego. Jest członkiem Polskiego Generalnego Studium Wyborczego, pionierskiej w Polsce inicjatywy, która ma na celu systematyczną i rzetelną rejestrację i analizę najważniejszych wydarzeń politycznych w kraju – wyborów parlamentarnych. Współautor książki pt. „Demokracja - gospodarka - polityka. Perspektywa polskiego wyborcy" (2015) oraz autor wielu publikacji naukowych. Kierownik projektu „Wiedza polityczna w Polsce”. Na Uniwersytecie SWPS prowadzi zajęcia z zakresu badań nad polityką i demokracją.

Europejczycy każdego roku wyrzucają aż 100 milionów ton żywności, wynika z danych Organizacji Narodów Zjednoczonych. Najwięcej jedzenia marnuje się w domach. Wyrzucamy, bo kupujemy za dużo i zapominamy o dacie przydatności do spożycia, albo nie wiemy, jak w pełni wykorzystać określone produkty. Są sposoby, by ograniczyć marnotrawstwo żywności - wyjaśnia dr Aleksandra Drzał-Sierocka, kulturoznawca ze School of Ideas Uniwersytetu SWPS.

Brytyjczyk Tristram Stuart w głośnej książce „Waste: Uncovering Global Food Scandal” („Marnowanie: Odkrywanie światowego skandalu żywieniowego”) przedstawił badania, z których wynika, że w Wielkiej Brytanii rocznie wyrzuca się około 2,6 miliardów kromek chleba, 775 milionów bułek, czy około miliarda pomidorów. Naukowiec wyjaśnia dodatkowo, że zmarnowana przez jego rodaków żywność wystarczyłaby, by każdego roku wspomóc około 30 milionów głodujących.

W Polsce każdego roku marnujemy około 9 milionów ton żywności. Pytani o przyczyny, wskazujemy najczęściej przegapienie terminu przydatności do spożycia oraz zbyt duże zakupy.

 

Problem marnowania żywności na świecie

Stuart przeprowadził też badania efektywności wykorzystania żywności w poszczególnych krajach. Badacz założył, że idea zero waste w praktyce nie jest możliwa do zrealizowania i uwzględnił poziom nieuniknionych strat. Jego zdaniem, optymalna jest sytuacja, gdy produkcja żywności wynosi 130 proc. krajowego zapotrzebowania. Tymczasem większość krajów zdecydowanie ten poziom przekracza. Państwa Europy i Ameryki Północnej lokują się na poziomie 150-200 proc. Przy tym w skali światowej nadprodukcja żywności dotyczy nie tylko krajów kojarzących się z dobrobytem. Rekordzistą wśród marnotrawców są wprawdzie Stany Zjednoczone (produkcja przekracza tam zapotrzebowanie o blisko 100 proc.), ale w czołówce jest też Grecja (produkcja na poziomie 190 proc. względem zapotrzebowania), Egipt (180 proc.), czy Brazylia (170 proc.). Nawet zmagająca się z problemem głodu Nigeria znacznie przekracza poziom optymalny, produkcja jest tam większa od zapotrzebowania o połowę.

W Polsce każdego roku marnujemy około 9 milionów ton żywności. Z badań przeprowadzonych przez Millward Brown na zlecenie Federacji Polskich Banków Żywności wynika, że Polacy najczęściej wyrzucają pieczywo (przyznało się do tego 51 proc. badanych), wędlinę (49 proc.) oraz warzywa (33 proc.) i owoce (32 proc.). Pytani o przyczyny, wskazujemy najczęściej przegapienie terminu przydatności do spożycia oraz zbyt duże zakupy. Kuszeni promocjami sieci handlowych, kupujemy więcej, niż jesteśmy w stanie zjeść.

Czy marnowanie pożywienia można ograniczyć do zera?

Próby przeciwdziałania marnowaniu żywności obejmują zarówno rozwiązania systemowe, jak i oddolne działania, w które może się włączyć każdy z nas. Przykładem jest idea tzw. foodsharingu. W Polsce funkcjonuje pod nazwą jadłodzielnia i najczęściej realizowana jest w formie prowadzonych przez wolontariuszy punktów, do których wszyscy chętni mogą przynosić jedzenie, którego mają w nadmiarze. Również każdy może się tą żywnością poczęstować. Kluczowe wydaje się tu przy tym słowo każdy, w foodsharingu nie chodzi o jałmużnę, tylko o budowanie wspólnoty. Nieistotna jest kwestia społecznego i ekonomicznego statusu.

Bea Johnson, to pionierka tzw. zero waste, której poradnik „Zero waste Home, czyli jak pozbyć się śmieci, a w zamian zyskać szczęście, pieniądze i czas” zyskał niezwykłą popularność. Autorce udała się rzecz niezwykła, ponieważ jej czteroosobowa rodzina produkuje obecnie zaledwie jeden litrowy słoik śmieci rocznie. Johnson do perfekcji opanowała nie tylko umiejętność ograniczania wytwarzania odpadów, ale też ich przetwarzania, ponownego wykorzystywania i kompostowania. Zdaniem Amerykanki, wszystko sprowadza się do zasady „Pięciu R”: refuse – rezygnuj z tego, co jest ci niepotrzebne; reduce - ograniczaj ilość posiadanych rzeczy; reuse – staraj się wykorzystywać ponownie, zamiast od razu wyrzucać; recycle – próbuj przetwarzać; rot – kompostuj i staraj się kupować przede wszystkim te produkty, które da się kompostować.

Nawet jeśli uznamy, że z pewnością nie damy rady być, jak Bea Johnson, warto zastanowić się nad tym, co jesteśmy w stanie zrobić, by ograniczyć marnowanie. Rozsądne zakupy z przygotowaną wcześniej listą, czy kreatywne gotowanie, polegające na wykorzystywaniu całych produktów, nie wymagają wielkiego poświęcenia. Warunek podstawowy to zmiana naszego sposobu myślenia, przekonanie samego siebie, że marnowanie to wstyd.

 

Znalezione obrazy dla zapytania aleksandra drzał-sierocka

O autorce

dr Aleksandra Drzał-Sierocka – wykładowczyni School of Ideas Uniwersytetu SWPS, nowoczesnego kierunku poświęconego projektowaniu innowacji. Naukowo zajmuje się przede wszystkim społeczno-kulturowymi kontekstami jedzenia ze szczególnym uwzględnieniem zagadnienia food film, historią filmu (zarówno fabularnego, jak i dokumentalnego, od zarania kina) oraz kulturowymi obrazami śmierci i umierania (w tym tematyką HIV/AIDS). Kulturoznawczyni, filmoznawczyni, adiunkt w Instytucie Kulturoznawstwa. Prywatnie i zawodowo - kinomanka oraz miłośniczka kulinariów (w teorii i praktyce). Autorka monografii "Luc Besson. Uśmiechnięta twarz filmowego postmodernizmu", współredaktorka tematycznych tomów zbiorowych (m.in. "W garnku kultury. Rozważania nad jedzeniem w przestrzeni społeczno-kulturowej", "Zło w kinie. Bohaterowie, gatunki, twórcy") oraz licznych tekstów naukowych. Współkierowniczka studiów podyplomowych Food Studies na Uniwersytecie SWPS. Prezeska Fundacji Inicjatyw Filmowych TU SIĘ MOVIE. Autorka i realizatorka projektów z zakresu edukacji filmowej, współorganizatorka licznych wydarzeń filmowych.

kanały

zobacz też