logo

logo uswps nazwa 3

Kto w kapitalizmie zyskał, a kto stracił i gdzie w tej kalkulacji sytuuje się klasa średnia? Czy w czasach wolnorynkowej konkurencji i dyktatu pieniądza dostrzegamy jeszcze człowieka? I przede wszystkim: jeśli nie kapitalizm, to co? Czy mamy pomysł na alternatywę?

Na te pytania odpowiedzieliśmy z Kają Puto (publicystką i redaktorką zajmującą się tematyką Europy Wschodniej oraz migracji, związaną z Krytyką Polityczną), Jackiem Giedrojciem (założycielem firmy inwestycyjnej Warsaw Equity Group, autorem książek „Pułapka. Dlaczego ekonomiczne myślenie blokuje innowacje i postęp” oraz „Competition, coordination, social order”) oraz Markiem Tatałą (ekonomistą, wiceprezesem zarządu Forum Obywatelskiego Rozwoju).

Polecamy debatę „Jeśli nie kapitalizm, to co?” zorganizowaną przez „Pismo. Magazyn Opinii”, a odbywającą się pod patronatem Strefy Kultur Uniwersytetu SWPS.

 

Cykl tematyczny: Kwiecień 2020
Hasło miesiąca: Koronawirus

Jaką prawdę o naszym systemie opieki zdrowotnej obnażyła pandemia koronawirusa? Czego obecna sytuacja uczy nas o przygotowaniu i wydolności polskich szpitali? Jak w tym systemie czujemy się my, pacjenci, a jak personel medyczny? Dlaczego tak ważne jest, abyśmy rozmawiali o opiece zdrowotnej nie tylko w momentach jej głębokiego kryzysu?

W debacie udział wzięły Agata Polińska (wiceprezeska Alivii – Fundacji Onkologicznej, jednej z najprężniej działających organizacji pacjenckich i rzeczniczych w Polsce), Aleksandra Kurowska (redaktorka naczelna portalu Co w Zdrowiu, współpracowniczka wielu wydawnictw, która o zdrowiu pisze od blisko 20 lat, pracowała m.in. w „Dzienniku Gazecie Prawnej” czy „Rzeczpospolitej”) oraz Kaja Filaczyńska (lekarka w trakcie specjalizacji z endokrynologii, współtwórczyni programu polityki zdrowotnej partii Razem, uczestniczka protestu lekarzy rezydentów). Dyskusję poprowadziła dziennikarka związana z Radiem ZET, Justyna Dżbik-Kluge.

na

Polecamy debatę „Dlaczego do chorowania potrzebne jest zdrowie?” zorganizowaną przez „Pismo. Magazyn Opinii”, a odbywającą się pod patronatem Strefy Kultur Uniwersytetu SWPS.

 

Jakie systemy edukacyjne są najlepsze i najbardziej skuteczne? W jakim stopniu odpowiedzialność za edukację i wychowanie spoczywa na rodzicach, a w jakim na nauczycielach? Jak przygotować dziecko do wejścia w dorosłość?

Na te i inne pytania odpowiedzi poszukują: Karolina Elbanowska – szefowa Stowarzyszenia Rzecznik Praw Rodziców, inicjatorka ruchu Ratuj Maluchy przeciwko obniżeniu wieku szkolnego, Natalia Tur – socjolożka, na blogu i YouTubie jako Nishka opowiada o życiu w rodzinie i społeczeństwie, Rafał Flis – współzałożyciel i wiceprezes platformy Zwolnieni z Teorii oraz Jakub Brdulak – profesor Uniwersytetu SWPS specjalizujący się w zarządzaniu wiedzą i informacją oraz zarządzaniu jakością w szkolnictwie wyższym. Debatę prowadzi dziennikarka Justyna Dżbik-Kluge.

Zapraszamy do wysłuchania debaty „Co nasze dzieci wiedzieć powinny? O edukacji w XXI wieku” zorganizowanej przez „Pismo. Magazyn Opinii”, pod naszym patronatem.

 

Po co nam empatia? Na ile we współczesnych czasach potrzeba współodczuwania jest istotna? W jakim stopniu ją stosować? Czy empatia ma minusy?

Odpowiedzi na te pytania poszukują: Ewa Wołkanowska-Kołodziej – reportażystka, autorka głośnego tekstu pt. „Więźniowie czwartego piętra”, opublikowanego w pierwszym numerze „Pisma”, Maciej Dąbrowski – youtuber, autor popularnego kanału „ZDupy”, Ewa Jarczewska-Gerc – psycholożka z Uniwersytetu SWPS specjalizująca się m.in. w psychologii motywacji, efektywności i wytrwałości w działaniu. Debatę prowadzi dziennikarka Justyna Dżbik-Kluge.

Zapraszamy do wysłuchania debaty „Po co nam empatia?”, zorganizowanej przez „Pismo. Magazyn Opinii”, pod patronatem Strefy Kultur Uniwersytetu SWPS.

 

Czasami zmiany są widoczne od razu, czasami postępują. Zmiana klimatu to jeszcze trzecia kategoria – postępuje bardzo szybko, chociaż bez większej refleksji umyka naszym oczom. Wydaje się więc zasadne pytanie nie tylko o przyszłość cywilizacji, lecz także o przyszłość gatunku ludzkiego. Kogo jednak tak naprawdę obchodzi globalne ocieplenie?

Z tym tematem próbują zmierzyć się przedstawiciele różnych pokoleń, a więc różnych punktów widzenia: Ewa Rewers, działaczka Młodzieżowego Strajku Klimatycznego, Tomasz Chruszczow, ekspert w dziedzinie klimatu, pracownik Ministerstwa Środowiska oraz Szymon Malinowski, fizyk atmosfery z Uniwersytetu Warszawskiego, współtwórca bloga „Nauka o klimacie od lat”. Debatę prowadzi dziennikarka Karolina Głowacka.

Zapraszamy do wysłuchania debaty „Kogo obchodzi globalne ocieplenie?”, zorganizowanej przez „Pismo. Magazyn Opinii”, pod patronatem Strefy Kultur Uniwersytetu SWPS.

 

Księdza Adama Bonieckiego, mimo nieobecności w mediach, nie trzeba nikomu przedstawiać. To znawca Kościoła i czuły badacz polskiego społeczeństwa. Kościół zmieniał się przez lata. Z kameralnej grupy wyznawców stał się wielomilionową instytucją. Jak to się stało? Co takiego jest w religii chrześcijańskiej, że pociągnęła za sobą Europę, a potem inne kontynenty. Czy Kościół kiedyś się skończy?

Mówiliśmy o tym, jak w praktyce wygląda miłość, nie tylko ta w związkach, ale także ta, jak mówią chrześcijanie, między bliźnimi. Jak kochać w świecie, który coraz bardziej się polaryzuje, jak kochać obcych, innych, nie tylko tych, którzy uciekają przed wojną i głodem do Europy, ale także kolegów i koleżanki ze studiów czy z pracy, którzy mają inne poglądy polityczne niż my. Ksiądz Adam Boniecki, jak zawsze chętnie, odpowiadał na pytania gości. Spotkanie poprowadziła p. Karolina Koziolek.

  • https://podcasts.apple.com/pl/podcast/ko%C5%9Bci%C3%B3%C5%82-cz%C5%82owiek-mi%C5%82o%C5%9B%C4%87-ks-adam-boniecki/id1486199502?i=1000469963666
  • https://open.spotify.com/episode/5ABoLde2rWanuUgYYTTffz
  • https://lectonapp.com/pl/audiobook/4b9df61a-59b3-45c1-b910-afaa91e06238?_lst

 

Adam Boniecki

Ks. Adam Fredro-Boniecki
gość

Urodził się 25 lipca 1934 w Warszawie. Gdy miał osiemnaście lat, wstąpił do zakonu Marianów. Po kilku latach otrzymał święcenia kapłańskie. Studiował filozofię na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Pracował z młodzieżą, był katechetą młodzieży licealnej w Grudziądzu, współpracował z duszpasterstwem akademickim KUL, prowadził duszpasterstwo akademickie w kościele św. Anny w Krakowie. W 1964 r. na zaproszenie biskupa Karola Wojtyły podjął pracę w Krakowie jako redaktor „Tygodnika Powszechnego”. Na dwa lata wyjechał do Francji, gdzie studiował w Instytucie Katolickim w Paryżu i poznawał małe wspólnoty. Z Francji pisał do „Tygodnika Powszechnego” felietony o nowym obliczu Kościoła. Po powrocie nadal pracował jako redaktor „Tygodnika Powszechnego” i duszpasterz akademicki. W roku 1979 r. na życzenie Jana Pawła II wyjechał do Rzymu – przygotowywał polskie wydanie dziennika „L’Osservatore Romano”; później został jego redaktorem naczelnym. Nie przerwał współpracy z „TP” – był jego rzymskim korespondentem.

Kiedy w 1991 r., po upadku komunizmu, „L’Osservatore Romano” przestało odgrywać swoją rolę, ks. Boniecki wrócił do redakcji „Tygodnika Powszechnego”. W 1993 r. został wybrany na generała Zgromadzenia Księży Marianów. Od 1999 r. do 2011 r. ksiądz Adam Boniecki pełnił funkcję redaktora naczelnego „Tygodnika Powszechnego”. Obecnie jako redaktor senior publikuje na jego łamach.

Od listopada 2011, kiedy to prowincjał Zgromadzenia Marianów nałożył na ks. Adama Bonieckiego nakaz milczenia, jest to jedyne medium, dla którego może się on wypowiadać.

258 karolina koziolek

Karolina Koziolek
prowadząca

Absolwentka kulturoznawstwa na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Pracowała jako sekretarz literacki w Teatrze Nowym im. Tadeusza Łomnickiego w Poznaniu, a potem jako dziennikarka w „Głosie Wielkopolskim”, gdzie przeprowadziła wywiady z dziesiątkami osób mniej i bardziej znanych. Obecnie prezes Fundacji Vox Artis.

Czy w Kościele katolickim jest miejsce na bunt? Czy z kryzysu wiary cieszą się ateiści? A może doczekamy się narodzin nowej, masowej religii? Na te pytania próbowali odpowiedzieć Jolanta Szymańska, prawniczka z wykształcenia, autorka wielu wywiadów o tematyce chrześcijańskiej, prowadząca kanał „Jola Szymańska” na YouTube, Renata Dancewicz, aktorka i feministka oraz prof. Wojciech Burszta, antropolog i kulturoznawca z Uniwersytetu SWPS. Debatę poprowadził Jerzy Sosnowski.

Zapraszamy do wysłuchania debaty „Trudno nie wierzyć w nic. Gdzie szukamy oparcia we współczesnym świecie?” Skonfrontujemy różne poglądy na temat kondycji Kościoła Katolickiego w Polsce, zwłaszcza w kontekście ogólnospołecznej dyskusji, która właśnie teraz ma miejsca. Posłuchamy o myśleniu magicznym, mitycznym i religijnym, o nauce, o przeszłości i przyszłości kościoła w kontekście współczesności. 

 

„Zostań antyszczepionkowcem. Zarabiaj na ludzkim strachu. Sprzedawaj zestaw kroplówkowy z lewoskrętną witaminą C” – brzmi opis gry karcianej Antyszczepionkowcy.biz. Gra ma edukować i jednocześnie demaskować hochsztaplerów, którzy podważają teorie naukowe dla chęci łatwego zysku. Skąd pomysł na grę i jak może ona zwiększyć świadomość znaczenia szczepień? – wyjaśnia Katarzyna Gęborek, graphic designer, odpowiedzialna za oprawę graficzną projektu.

Na przekór hochsztaplerom

„Chcesz zarobić łatwe pieniądze? Zdobyć sławę? Zostać guru? Nie dostałeś się na studia medyczne? Nie masz za grosz moralności? Dobrze się składa! Antyszczepionkowcy.biz w prosty i przyjemny sposób nauczą cię, jak zrealizować swoje cele, jednocześnie rozwiązując problem przeludnienia!” – przewrotnie i ironicznie zachęcają twórcy gry Antyszczepionkowcy.biz: Aleksandra Stefaniak, doktorantka na Uniwersytecie Medycznym im. Piastów Śląskich we Wrocławiu, Jakub Stefaniak, programista, oraz Katarzyna Gęborek, graphic designer, absolwentka studiów podyplomowych UX Design na Uniwersytecie SWPS, odpowiedzialna za oprawę graficzną: projekt logo, księgi znaku, kart, instrukcji, landing page'a, materiały promocyjne na Facebooka oraz YouTube'a.

kolaz 1

Gra jest przeznaczona dla 2-6 osób powyżej 16 roku życia. Rozgrywka zajmuje od 20 do 60 minut. Gracze mają jeden cel – zdobyć wpływy za wszelką cenę. Jak? Gracz może próbować sprzedać zestaw kroplówkowy z lewoskrętną witaminą C, która tak dobrze sprzyja powstawaniu kamieni nerkowych. Albo zebrać podpisy i przeforsować ustawę znoszącą obowiązek szczepień. Zdecydowani na wszystko mogą wywołać epidemię odry, likwidując przy okazji przykry problem przeludnienia. „Press your luck: zarządzaj ryzykiem, odsłaniaj karty i sam zdecyduj, czy warto się zaszczepić. Mechaniczna mieszanka Port Royale, Splendor i Wybuchających Kotów, w której możesz zorganizować własne Ospa-Party!” – tak pomysłodawcy zagrzewają do gry. Im częściej wybuchają epidemie chorób zakaźnych, tym lepiej. Im większe żniwo one zbierają, tym większe są wpływy guru. Jednak w obliczu epidemii każdy może się przestraszyć, także antyszczepionkowcy, dlatego mogą oni chybcikiem skorzystać ze szczepień.

Projekt gry był weryfikowany i konsultowany ze specjalistami zajmującymi się tematyką szczepień, m.in. dr. Markiem Posobkiewiczem, Głównym Inspektorem Sanitarnym w latach 2012-2018, pediatrami: lek. Łukaszem Durajskim, przewodniczącym komisji ds. szczepień Okręgowej Izby Lekarskiej w Warszawie, lek. Dagmarą Chmurzyńską-Rutkowską, internautom znana jako Mama Pediatra.

kolaz 2

Siła pozytywnych mitów

Skąd pomysł na grę? – Inspirowały nas prace naukowe dr. hab. Marcina Napiórkowskiego, semiotyka kultury, zajmującego się mitologią współczesną. Gdy w przestrzeni publicznej zaczęło się pojawiać coraz więcej mitów wokół szczepień, napisał on, że skuteczna walka z nimi nie powinna polegać na ich korygowaniu czy odpieraniu kolejnych zarzutów, lecz budowaniu pozytywnych mitów. Atrakcyjnych, wielkich, ważnych opowieści opartych na prawdziwych danych. Postanowiliśmy stworzyć taki mit, który z jednej strony dawałby pretekst do spędzenia czasu z przyjaciółmi, z drugiej umożliwił nam dotarcie do szerokiego grona odbiorców z prawdziwymi informacjami na temat szczepień. Chcemy uświadamiać ludzi, w jaki sposób szczepienia chronią nas przed epidemiami oraz czym jest i jak działa odporność zbiorowa. Poprzez grę zwracamy też uwagę, że hochsztaplerzy podważają teorie naukowe tylko po to, by oferować swoje suplementy diety i „magiczne” urządzenia jako lek na wszystko – wyjaśnia Katarzyna Gęborek.

– To świetny pomysł! Dużo mówi się dziś o negatywnym trendzie polegającym na spadku prestiżu nauki, upadku znaczenia ekspertów. Ale strona akademicka nie jest w tym całkiem bez winy. Zamykając się w specjalistycznych niszach, zbyt rzadko dbamy o to, żeby wiedza naukowa była zrozumiała dla szerszych kręgów społeczeństwa. Szerokie dystrybuowanie informacji, komentowanie aktualnych zjawisk, czy włączanie ludzi w projekty wykorzystujące mechanizmy nauki obywatelskiej z tej perspektywy mogą być nie mniej istotne, niż dokonywanie ważnych odkryć. Przecież bez akceptacji społecznej część tej wiedzy może okazać się niemożliwa do wykorzystania – komentuje dr hab. Mirosław Filiciak, prof. Uniwersytetu SWPS.

Rozrywka i edukacja

Gra jest adresowana do wszystkich, którzy lubią dobrą karciankę. Ale nie chodzi tu tylko o rozrywkę. – Zależy nam na tym, aby gra trafiła do osób, które wątpią w wartość szczepień albo uważają, że prawda może być gdzieś pośrodku. Przy okazji zabawy chcemy rozpocząć dyskusję nad celowością szczepień. Takie działanie ma naukowo udowodniony potencjał osłabiania wiary w teorie spiskowe. Nie zakładamy, że nasza gra trafi do fanatycznych przeciwników szczepień, zresztą takich osób jest garstka. Wielu rodziców boi się o swoje dzieci, a strach ten wzmaga dyskusja medialna, w której ciężko odróżnić naukowe fakty od dezinformacji, manipulacji danymi i gry na emocjach. To im nasza gra powinna pomóc utwierdzić się w przekonaniu, że warto szczepić swoje dzieci – mówi Katarzyna Gęborek.

Czy rzeczywiście gra może mieć charakter edukacyjny? – Gry to nie tylko atrakcyjne i przystępne medium, lecz także format o sporych możliwościach perswazyjnych – tłumaczy dr hab. Filiciak. – W badaniach gier mówimy m.in. o retoryce proceduralnej – przekazywaniu wiedzy poprzez odpowiednią budowę systemu reguł i interakcję z nimi. W odróżnieniu więc np. od filmu, nie jest to zamknięta opowieść, oparta na słowie czy obrazach, ale symulacja i powiązana z nią możliwość przetestowania jakiejś wizji rzeczywistości. Pozwala to wejść w pewnym stopniu w alternatywny scenariusz „co by było, gdyby” albo przyjrzeć się sytuacji z innej od własnej perspektywy.

Gry to nie tylko atrakcyjne i przystępne medium, lecz także format o sporych możliwościach perswazyjnych

Temat szczepień od miesięcy budzi wiele kontrowersji w Polsce. Jak zaznacza Katarzyna Gęborek, spór wokół szczepień wymusił na zespole dodatkową ostrożność w doborze formy gry. – Zależy nam na podkreśleniu, że nasz projekt opowiada o oszustach, którzy zarabiają na manipulowaniu innymi, a nie na ludziach, którzy im uwierzyli.

16 marca br. rusza zbiórka na portalu PolakPotrafi.pl w celu zebrania funduszy na wydanie gry. Już teraz jej prototyp można ściągnąć po zapisaniu się do newslettera na stronie internetowej Antyszczepionkowcy.biz.

Tekst: Ewa Pluta

Jak często dzielimy ludzi na swoich i obcych lub myślimy w kategoriach my i oni? Właściwie bez przerwy, przy każdym kontakcie z innymi. Nie znaczy to jednak, że jesteśmy nietolerancyjni, ksenofobiczni czy też zamknięci na innych. Raczej posługujemy się mechanizmami, w które wyposażyła nas natura. O pojęciu „swój” i „obcy”, stereotypach oraz kulturowej potrzebie przynależności do określonej grupy opowie psycholog dr Małgorzata Wójcik z Uniwersytetu SWPS.

Natura tak to urządziła

Aby funkcjonować w świecie pełnym informacji, niepewności i chaosu, musimy poukładać bodźce w odpowiednich „pudełkach” w naszym mózgu, a mechanizm za to odpowiedzialny to kategoryzacja społeczna. Jeżeli bodźcami są ludzie, następuje ich podział na określone grupy: etniczne, narodowe, religijne, zawodowe i inne. Zjawisko to sięga ewolucyjnej przeszłości. Dla naszych przodków spójna i współpracująca grupa własna oraz wiedza kto „swój”, a kto „obcy” była kluczem do przetrwania. Musieli konkurować o ograniczone zasoby, co wzmagało zarówno solidarność grupową i przywiązanie do grupy własnej, jak i powodowało narastanie silnej niechęci wobec grup obcych.

Dobry swój i zły obcy

Podobnie jak nasi przodkowie, my także dzielimy innych na dobrych „swoich” i „złych” obcych. Pomaga nam to zorientować się w świecie, zwłaszcza gdy znajdujemy się w nowej czy też niepewnej sytuacji. Dzięki temu wiemy, z kim mamy do czynienia, jak powinniśmy w stosunku do tej osoby postępować – zostać i zaproponować kawę czy może szybko się oddalić. Patrzymy na kolor skóry, strój, atrybuty związane z religią, sposób mówienia i zachowania. Proces ten jest płynny i dynamiczny, możemy postrzegać ludzi w różny sposób, w zależności od własnej pozycji, sytuacji czy kontekstu społecznego. W wielu przypadkach pomaga to stworzyć odpowiedni i selektywny obraz, a w innych kładzie się u podstaw negatywnego lub nieodpowiedniego stereotypu.

Komentując niejako zjawisko kategoryzacji społecznej, Einstein powiedział: „Jeżeli moja teoria względności okaże się trafna, Niemcy będą twierdzić, iż jestem Niemcem, a Francuzi ogłoszą mnie obywatelem świata. Gdyby jednak moja teoria okazała się nieprawdziwa, Francuzi powiedzą, że jestem Niemcem, a Niemcy, że Żydem.” Decyzja czy konkretna osoba należy do grupy własnej czy obcej zależy więc od wielu czynników i przyjętego sposobu kategoryzacji. A jest to decyzja bardzo ważna – zależy od niej to, w jaki sposób będziemy postrzegać i traktować innych. Mamy tendencję do ulegania zjawisku jednorodności grupy obcej, czyli myśleniu „oni wszyscy są tacy sami”. Chętnie, łatwo i szybko przypisujemy jednostce cechy stereotypu grupowego – wszyscy kibice są agresywni, Żydzi skąpi, a Cyganie kradną. I sprawa jest jasna, nie musimy się już więcej zastanawiać.

W takim myśleniu utwierdza nas także efekt wewnątrzgrupowy i międzygrupowy – różnice pomiędzy grupami stają się dla nas ważniejsze niż różnice dzielące jednostki w obrębie każdej z grup. Kontrast pomiędzy „nami” i „nimi” nabiera znaczenia, a to prowadzi do faworyzowania grupy własnej czyli uznania, że „my” jesteśmy lepsi, bardziej pracowici, mądrzejsi i zachowujemy się lepiej niż „oni”. Członkowie grupy własnej postrzegani są jako godni zaufania, przyjacielscy i prawdomówni. Natomiast członków grupy obcej częściej uważa się za nieuczciwych i nastawionych na rywalizację. Dlatego mówiąc o „naszych”, dobieramy pozytywne określenia, a negatywne, by opisać cechy odnoszące się do „obcych”. Popełniamy też krańcowy błąd atrybucji – negatywne działania członków grupy obcej przypisywane są ich wewnętrznym cechom – spóźnił się do pracy, bo jest leniwy i niesumienny (członek mojej własnej grupy spóźnił się bo były korki). Przyczyn działań pozytywnych upatruje się z kolei w czynnikach zewnętrznych (wysiłek, sytuacja, szczęście) – świetnie wywiązał się z zadania, bo miał dzisiaj wyjątkowe szczęście, udało mu się. Wszystkie te mechanizmy przyczyniają się do powstawania i samoistnego utrwalania negatywnych opinii i stereotypów na temat osób, które uznamy za członków grupy obcej.

Lubimy być lepsi

W 1968 r., dzień po zamachu na Martina Luthera Kinga Jr., Jane Elliott, nauczycielka w amerykańskiej podstawówce, postanowiła pokazać swojej klasie (składającej się wyłącznie z białych uczniów), jak odczuwa się dyskryminację na własnej skórze. Podzieliła klasę na „lepszych-niebieskookich” oraz „gorszych-ciemnookich” i udowodniła, że wystarczył jeden dzień, aby niebieskoocy zaczęli gorzej traktować ciemnookich kolegów: unikać ich, wyśmiewać i dokuczać. Co więcej, „gorsze” dzieci uzyskiwały w tym dniu znacznie niższe wyniki niż normalnie, były niepewne, smutne i drażliwe. Kolejnego dnia grupy zamieniły się, aby każdy mógł doświadczyć tego samego. Psycholog społeczny, Muzafer Sherif, w znanym eksperymencie przeprowadzonym podczas letniego obozu dla młodzieży „Robbers Cave” pokazał, że podział na grupy i prosta rywalizacja doprowadziły do wrogich zachowań – wyzwisk, bójek i kradzieży pomiędzy chłopcami z grup Grzechotników i Orłów. Chłopcy wypracowali silną tożsamość grupową – każda grupa miała nazwę, szefa, herb, flagę, ustalone normy i reguły zachowania. Poczucie tożsamości i przynależności do grupy własnej jest dla nas bardzo ważne, ale też silnie obciążone emocjonalnie i wartościujące. Chcemy być odrębni, ale też lepsi niż „oni”, faworyzujemy więc grupę własną i dewaluujemy członków innych grup. Stereotypy są szczególnie uciążliwe z punktu widzenia stereotypizowanych jednostek zwłaszcza gdy są szeroko podzielane społecznie – ograniczają dostęp do zasobów, odcinają od rynku pracy, dobrej edukacji, kontaktów międzygrupowych.

Jasna mapa świata społecznego

Mimo, iż zdajemy sobie sprawę ze społecznych kosztów rozpowszechniających się stereotypów, bardzo trudno się ich pozbyć. Zbyt wiele nam dają: uproszczoną, ale jasną mapą świata społecznego, ekonomizację procesów poznawczych, selekcję i redukcję nadmiaru informacji. Spotykając nowych, nieznanych nam ludzi, posiadamy jedynie informacje o kategoriach społecznych, do których należą, a uzupełniwszy je o stereotyp możemy wnioskować o cechach napotkanej osoby. To z kolei redukuje niepewność, dostarcza poczucia kontroli nad rzeczywistością społeczną i względnego bezpieczeństwa.

Stereotyp pozwala nam czuć się dobrze, nawet jeśli postępujemy niemoralnie albo nieuczciwie. Dostarcza nam gotowych usprawiedliwień i uzasadnień dla zdarzeń i warunków społecznych, naszych własnych zachowań agresywnych i dyskryminacyjnych lub zaniedbań w stosunku do stereotypizowanej grupy. Uznając ludzi bezrobotnych lub biednych za leniwych, możemy usprawiedliwić nierówność społeczną. W wieloklasowym społeczeństwie grupa uprzywilejowana deprecjonuje inne grupy, usprawiedliwiając tym samym swoją pozycję. Niektórzy historycy uważają, iż biali Europejczycy wymyślili koncepcję rasowej niższości czarnych Afrykańczyków, aby usprawiedliwić niewolnictwo i grabieże Afryki. Możemy zastanowić się, czy w taki sam sposób postępujemy w stosunku do mniejszości Romskiej. Lub też, czy nie używamy tego mechanizmu, by wytłumaczyć sobie powód niechęci do przyjmowania emigrantów.

Stereotyp grupy obcej, zwłaszcza negatywny, pozwala uzyskać i utrzymać dobrą opinię na temat grupy własnej. Jedną z metod jest poszukiwanie kozła ofiarnego – tę rolę odgrywają zwykle łatwo rozpoznawalne grupy, które są obiektem społecznie akceptowanych stereotypów i uprzedzeń. Obwiniając je za nasze niepowodzenia i frustracje, potrafimy lepiej radzić sobie ze zwątpieniem i oceniamy siebie korzystniej. Historia pokazuje, że ta chęć posiadania pozytywnego wizerunku grupy własnej i potrzeba obarczenia innej grupy za własne niepowodzenia bądź trudności ekonomiczne kraju, może doprowadzić do wypędzenia lub zagłady całych narodów (np. hitlerowcy i Żydzi).

Swoi na czas dobrobytu, obcy na czas niepokoju

Dlaczego nie wyciągamy wniosków z historii? Dlaczego we współczesnej, zjednoczonej multikulturowej Europie uprzedzenia nie zanikają? A wręcz przeciwnie – globalny negatywny stereotyp obcego – muzułmanina rośnie w siłę? Przecież zdajemy sobie sprawę, że z multikulturowości czerpiemy ogromne zyski, wzbogacając własną kulturę, ucząc się i inspirując. Kontaktujemy się z przedstawicielami innych kultur, znamy ich osobiście, podziwiamy arabską sztukę, lubimy kuchnię, razem pracujemy i studiujemy. Co zatem nie działa? Albo raczej – co działa, doprowadzając do coraz większych niepokojów etnicznych, wzrostu nacjonalizmu i niechęci do obcych? Co spowodowało rozprzestrzenienie się społecznie podzielanego globalnego stereotypu imigranta-muzułmanina, którego należy się obawiać i najlepiej wyrzucić z własnego kraju lub go nie wpuścić?

To trudna sytuacja – z jednej strony wiemy, że spora liczba emigrantów to ludzie tacy jak my, z drugiej jednak widzimy jednostki niebezpieczne. Nie wiemy kto „swój”, a kto „obcy”. Najprościej więc jest postrzegać emigrantów jako spójną grupę dzielącą wspólne cechy. Zapewni to pewien poziom bezpieczeństwa i kontroli.Nawet jeśli osobiście znamy porządnego, pracowitego i uczciwego muzułmanina, nie będziemy czuć dysonansu. Przyjdzie nam z pomocą kolejny mechanizm tworzenia podtypu stereotypowej grupy – oni wszyscy są tacy sami, ale mój przyjaciel jest inny, jest wyjątkiem potwierdzającym regułę. Można zatem przypuszczać, że tylko w czasach spokoju i dobrobytu możemy pozwolić sobie na rezygnację ze stanowczego podziału na „my” i „oni” oraz stereotypowego postrzegania obcych. W czasach niepewności, niepokoju lub kryzysu ekonomicznego nie jest to chyba możliwe.

Artykuł był publikowany w lipcowym wydaniu "Newsweek Psychologia Extra 4/17”. Czasopismo dostępne na stronie »

 

258 malgorarzata wojcik

O autorce

dr Małgorzata Wójcik – adiunkt Uniwersytetu SWPS, dr nauk społecznych w zakresie psychologii, zajmuje się badaniem powodów i przejawów przemocy szkolnej oraz dynamiki grup rówieśniczych. Wraz z zespołem opracowuje i wdraża innowacyjne programy edukacyjne zapobiegające przemocy, stygmatyzacji i dyskryminacji w grupach rówieśniczych.

Zbliżające się wybory samorządowe, zaplanowane na 21 października i (ewentualnie) na 4 listopada będą pierwszymi w długim, prawie dwuletnim maratonie wyborczym. Wiosną nadchodzącego roku wybierzemy posłów do Parlamentu Europejskiego, jesienią posłów na Sejm i senatorów, a wiosną roku 2020 Prezydenta Rzeczypospolitej. Będzie więc (powinien być) nadchodzący okres czasem wzmożonej obywatelskiej aktywności. W tym kontekście zasadne staje się pytanie o to, czemu w Polsce jedni ludzie chodzą na wybory, a drudzy nie. O tym, dlaczego tak się dzieje opowie socjolog i politolog dr hab. Mikołaj Cześnik, prof. Uniwersytetu SWPS.

Funkcje wyborów

Nad tematem zastanawiają się uczeni, piszą o tym i dyskutują dziennikarze. Jest sporo wiedzy zgromadzonej na ten temat; także badacze z Uniwersytetu SWPS mają na ten temat sporo do powiedzenia.

Prowadzone w Centrum Studiów nad Demokracją Uniwersytetu SWPS badania, przede wszystkim Polskie Generalne Studium Wyborcze (PGSW), rzucają sporo światła na tę kwestię. PGSW to projekt szukający odpowiedzi na główne pytania dotyczące zachowań politycznych Polaków. Wybory stanowią w naszym kraju główny akt suwerena, kształtujący polską rzeczywistość społeczną i polityczną, a także funkcjonowanie instytucji życia społecznego, gospodarczego i politycznego. Pełnią wiele funkcji, ale cztery z nich wydają się mieć kluczowe znaczenie.

Po pierwsze, wybory są procedurą selekcji, procedurą wyłaniania rządzących. Obywatele bądź bezpośrednio wskazują sprawujące władzę jednostki (lub grupy), bądź też wybierają swoich przedstawicieli, którzy następnie decydują o składzie egzekutywy. Nie inaczej będzie w nadchodzących wyborach samorządowych – zdecydujemy w nich o składach rad gmin, rad powiatów, sejmików województw, a także o tym, kto konkretnie przez najbliższe cztery lata będzie rządzić naszą miejscowością jako wójt, burmistrz lub prezydent miasta. Po drugie, wybory są procedurą rozliczania. Wystawiamy w nich rachunek osobom sprawującym do tej pory władzę, zwycięzcom poprzednich wyborów (na poziomie lokalnym, regionalnym bądź krajowym). Oceniamy zaangażowanie, działania, ich skuteczność. Rozliczamy ze złożonych obietnic i ich realizacji. Rozliczani są też ze swojej postawy i działalności w ławach opozycji przegrani poprzednich wyborów. Wybory są też, po trzecie, procedurą uprawomocnienia – poprzez uczestnictwo w głosowaniach obywatele legitymizują system. Wybory są w końcu, po czwarte, procedurą agregacji interesów. W procesie wyborczym rozpoznawane i artykułowane są preferencje polityczne obywateli, ich postawy, przekonania.

Nierówności między grupami społecznymi i politycznymi

Uczestnictwo w wyborach zależy, co do zasady, zarówno od czynników systemowych, jak i indywidualnych. Te pierwsze, wpływające bezpośrednio lub pośrednio na zachowania obywateli (obowiązek głosowania, głosowanie pocztowe, głosowanie przez pełnomocnika, częstotliwość głosowań, ich proporcjonalność itd.), nie wyjaśnią jednak zróżnicowania wewnątrzkrajowego, mogą natomiast wyjaśniać różnice między krajami. Te drugie dzielimy na społeczne i polityczne: za jedno z ważniejszych „odkryć” studiów nad polityką należy uznać obserwację, że uczestnictwo wyborcze jest nierówno rozłożone między grupami społecznymi i politycznymi.

Cóż zatem wiemy na podstawie wspomnianych badań o aktywności (i bierności) wyborczej Polaków? Po pierwsze, uczestnictwo wyborcze ma w Polsce związek ze strukturą społeczną. Okazuje się najmocniej związane z płcią (kobiety głosują mniej chętnie), wiekiem (najczęściej głosują osoby w średnim wieku, młodzi i starsi rzadziej), wykształceniem (im wyższe, tym częstsze uczestnictwo), zamożnością (biedni są bardziej bierni) i częstotliwością praktyk religijnych (regularnie praktykujący chętniej głosują).

Te nierówności mają we współczesnych, dużych demokracjach (a więc i w Polsce) fundamentalne znaczenie dla realizacji jednej z podstawowych wartości demokracji – równości. Jedynie równe, „nieskrzywione” pod względem społecznym uczestnictwo wyborcze jest w stanie zaowocować równą reprezentacją, która z kolei jest warunkiem koniecznym zapewnienia równego politycznego wpływu wszystkich grup, warstw i klas społecznych. Ponadto, umiejscowienie w strukturze społecznej jest źródłem zasobów, niezbędnych do uczestnictwa politycznego, w tym wyborczego.

Cechy statusowe nie są jednak jedynymi, które różnicują aktywnych i biernych wyborczo Polaków. W niemniej istotny sposób różnią się oni psychologicznymi profilami, przekonaniami i postawami, powiązanymi zresztą często ze zmiennymi strukturalnymi (przede wszystkim wykształceniem). Uczestnictwo w wyborach jest silnie skorelowane z zainteresowaniem polityką; udział w głosowaniu jest jedynie „behawioralnym zwieńczeniem” skomplikowanego i wieloaspektowego procesu społecznego, o złożonych przyczynach. Inną charakterystyką jednostkową silnie powiązaną z uczestnictwem wyborczym jest przekonanie o „obywatelskim obowiązku” głosowania. Liczne analizy empiryczne dowodzą, że jest to jedna ze zmiennych najlepiej tłumaczących wyborczą aktywność. Równie ważne jest przekonanie o politycznym sprawstwie, silna identyfikacja partyjna, przekonanie o znaczeniu i wadze własnego głosu (i jego wpływie na wynik wyborów).

Wyniki powyższe są istotnym argumentem w dyskusji o kondycji polskiej demokracji. Pokazują mianowicie, dlaczego mamy się wysokim poziomem absencji wyborczej w Polsce martwić. Nierówności w uczestnictwie wyborczym, nieprzypadkowe i stałe, mają dla ustroju demokratycznego fundamentalne znaczenie. Z przedstawionych analiz jasno wynika, że w Polsce, w grupie obywateli podejmujących najważniejsze dla demokratycznej wspólnoty decyzje (a głosowanie jest procedurą zbiorowego podejmowania takich decyzji) systematycznie niedoreprezentowane są duże grupy społeczne: kobiety, ludzie młodsi (a także najstarsi), mniej zamożni, gorzej wykształceni, mniej aktywni religijnie. Ich pozostawanie poza procesem zbiorowego podejmowania decyzji ma prawdopodobnie wpływ na wyniki wyborów i realizowane w ich następstwie polityki. Doświadczany przez nich brak reprezentacji i brak politycznego wpływu nie mogą pozostawać bez wpływu na ich ocenę systemu demokratycznego. A spadek zadowolenia z demokracji, będący zagrożeniem dla jej prawomocności, może mieć dla systemu groźne, a niekiedy wręcz złowrogie konsekwencje.

258 mikolaj czesnik

O autorze

dr hab. Mikołaj Cześnik, prof. Uniwersytetu SWPS – socjolog i politolog. Zajmuje się badaniami opinii społecznej i wyborów politycznych. Specjalizuje się w analizie systemów politycznych, w szczególności demokracji. Występuje w mediach jako stały komentator życia politycznego. Jest członkiem Polskiego Generalnego Studium Wyborczego, pionierskiej w Polsce inicjatywy, która ma na celu systematyczną i rzetelną rejestrację i analizę najważniejszych wydarzeń politycznych w kraju – wyborów parlamentarnych. Współautor książki pt. „Demokracja - gospodarka - polityka. Perspektywa polskiego wyborcy" (2015) oraz autor wielu publikacji naukowych. Kierownik projektu „Wiedza polityczna w Polsce”. Na Uniwersytecie SWPS prowadzi zajęcia z zakresu badań nad polityką i demokracją.

Każdy bunt jest ważny – zarówno w życiu osobistym danej osoby, jak i w odniesieniu do społeczeństwa. Gdyby nie bunt – i jako ludzie i jako społeczeństwa stalibyśmy w miejscu. Dzięki temu, że istnieje bunt możemy zmieniać świat, możemy walczyć o swoje prawa i własną autonomię. Podobnie ważną kwestią jest wolność, która splata się silnie z kulturą i kształtowana jest w dużym stopniu przez otoczenie. Wolność z kolei daje nam szansę na zbudowanie w sobie poczucia niezależności. O wolności, buncie i niezależności w edukacji i rozwoju człowieka opowie pedagog i animator rozwoju dr dr Marta Majorczyk.

Identyfikacja kategorii wolności, buntu i niezależności w edukacji i rozwoju człowieka z pozoru wydaje się łatwa. Pierwsza trudność pojawia się, gdy pada pytanie: jak kształtować/rozwijać w człowieku postawę niezależności, jego wewnętrzną suwerenność, nie ograniczając praw i wolności innych ludzi? Czym jest bunt, wolność i niezależność człowieka we współczesnym społeczeństwie „będącym w permanentnej zmianie”? Ile wolności i niezależności rodzice powinni uwzględniać w rozwoju i wychowaniu dziecka? Kiedy bunt jest przejawem zachodzących i ważnych dla rozwoju zmian, a kiedy traktowany jest negatywnie i wymaga interwencji specjalisty od rozwoju i edukacji? Co to znaczy edukacja/wychowanie ku wolności i w wolności? Poszukując odpowiedzi na te pytania, próbując rozstrzygać dylematy edukacyjne, prelegentka sięgnęła po wiedzę z różnych dziedzin zajmujących się człowiekiem i jego kulturą.

 

258 marta majorczyk

O autorce

dr Marta Majorczyk – badacz i nauczyciel akademicki, praktyk, edukator, animator rozwoju, pedagog, doradca rodzinny, trener, szkoleniowiec. Adiunkt w Katedrze Edukacji i Nowych Mediów w Collegium Da Vinci w Poznaniu, pracownik niepublicznej poradni psychologiczno-pedagogicznej przy Uniwersytecie SWPS. Autorka ponad czterdziestu prac naukowych, w tym trzech monografii i blisko kilkudziesięciu tekstów popularno-naukowych, analiz i opracowań. Uczestniczka kilkudziesięciu konferencji. Stały współpracownik pism takich jak „OMatko! Magazyn świadomych rodziców”, „Wczesna Edukacja”, „Dyrektor Szkoły”, „Sygnały. Miesięcznik Wychowawcy”, „Bliżej Przedszkola” i wielu innych. Komentator przemian w edukacji, wychowaniu i rodziny w dziennikach („Gazeta Wyborcza”, „Polityka”, „Newsweek”, „Wprost”, „Gazeta Prawna”) i czasopismach (np. „Ja My Oni”) i in. Ekspert medialny występujący często w radiu, telewizji oraz internetowych portalach informacyjnych.

Ktoś nie przychodzi na przesłuchanie w prokuraturze. Ktoś inny nie pojawia się przed komisją badającą decyzje reprywatyzacyjne. A ktoś jeszcze inny próbuje zablokować manifestację organizowaną na ulicach Warszawy. Co łączy te przypadki? Wszystkie tłumaczone są w podobny sposób. To „obywatelskie nieposłuszeństwo” – mówią autorzy poszczególnych decyzji. Co kryje się za tym hasłem? Jak można je rozumieć? I jakie są jego początki? O nieposłuszeństwie obywatelskim opowie politolog i dziennikarz dr Marcin Zaborski z Uniwersytetu SWPS.

Samo nieposłuszeństwo wobec władzy i niepodporządkowywanie się jej decyzjom jest oczywiście zjawiskiem znanym odkąd władza istnieje. Przykłady takich zachowań przynoszą zarówno przekazy historyczne, jak i literackie. Przez wieki toczyły się na ich temat dyskusje filozofów i teologów. Wielcy myśliciele rozprawiali o tym, czy zawsze należy słuchać władców i czy bezwzględnie trzeba respektować ich decyzje – nawet jeśli wydają się być niesprawiedliwe.

Osobą, do której odwołujemy się dzisiaj, mówiąc o obywatelskim nieposłuszeństwie, jest amerykański myśliciel – Henry David Thoreau. Żył w XIX wieku i uważał, że polityka prowadzona wówczas przez rząd Stanów Zjednoczonych jest niesprawiedliwa. Miał na myśli niewolnictwo i prowadzoną wtedy wojnę z Meksykiem. Nie tylko je krytykował, ale też w pewnym momencie odmówił płacenia podatków. Nie przekonała go do tego nawet wizyta poborcy podatkowego; trafił więc do więzienia. Nie był w nim długo, bo został „wykupiony”, ale noc spędzona w celi skłoniła go do napisania tekstu, w którym tłumaczył swój opór wobec rządu. Esej ten zyskał później tytuł „Obywatelskie nieposłuszeństwo” (Civil Disobedience).

Thoreau [...] pisał, że najpierw należy być człowiekiem, a dopiero potem obywatelem. Przekonywał, że dobry obywatel musi kierować się własnym sumieniem i nie może z niego nigdy rezygnować. A już na pewno nie może oddawać władzy nad swoim sumieniem przedstawicielom władzy, bo jeśli to zrobi, pozbawi się swojego człowieczeństwa i stanie się bezwolną maszyną.

Thoreau tłumaczył w nim, dlaczego wolał trafić do więziennej celi niż uregulować zaległości podatkowe. Pisał, że najpierw należy być człowiekiem, a dopiero potem obywatelem. Przekonywał, że dobry obywatel musi kierować się własnym sumieniem i nie może z niego nigdy rezygnować. A już na pewno nie może oddawać władzy nad swoim sumieniem przedstawicielom władzy, bo jeśli to zrobi, pozbawi się swojego człowieczeństwa i stanie się bezwolną maszyną. Amerykański myśliciel, postawiony przed wyborem: sprawiedliwość czy posłuszeństwo wobec prawa? – stawiał na tę pierwszą wartość. Podkreślał przy tym, że taki akt nieposłuszeństwa nie ma być związany z przemocą. Do takiego rozumienia sprzeciwu wobec władzy odwoływali się później na przykład Mahatma Gandhi czy Martin Luther King Jr., upominający się o prawa obywatelskie i nawołujący do pokojowej walki z rasizmem i uprzedzeniami.

Czym więc jest obywatelskie nieposłuszeństwo? Dochodzi do niego, gdy ktoś w jawny sposób łamie obowiązujące przepisy albo nie podporządkowuje się decyzjom władzy i robi to, żeby pokojowo zaprotestować przeciwko – dostrzeganej przez niego – niesprawiedliwości. Przy czym – owa niesprawiedliwość jest na tyle jaskrawa, że nie da się jej – według protestujących – dłużej znosić i tolerować. Protest taki traktowany jest jako swoista ostateczność, to znaczy, że podejmowany jest, gdy inne środki zawiodły. Ci, którzy decydują się na ten ruch, zakładają, że będą osądzeni i w konsekwencji mogą stracić wolność.

Gdy o kategorii obywatelskiego nieposłuszeństwa dyskutują prawnicy czy politolodzy, spierają się między innymi o jego konsekwencje. Przeciwnicy tej formy protestu przekonują, że to droga do anarchii i podkopywanie autorytetu prawa. Namawiają do szukania innych sposobów wpływania na rząd i nakłaniania go do zmiany polityki. Zwolennicy myśli H.D. Thoreau odpowiadają, że jeśli władza tworzy niesprawiedliwe prawo, to sama ograbia je z autorytetu. Nie może więc oczekiwać, że obywatele temu prawu bezwzględnie się podporządkują.

Co ważne – spór ten nie jest tylko abstrakcyjną dyskusją akademicką. Argumenty obu stron spotykają się dzisiaj na salach rozpraw sądowych, gdzie sędziowie analizują konkretne przypadki opisywane właśnie jako „obywatelskie nieposłuszeństwo”.

 

someone

O autorze

dr Marcin Zaborski – Politolog, dziennikarz. Zajmuje się komunikowaniem społecznym i politycznym, polityką wobec przeszłości i kulturą pamięci, a także stosunkami polsko-niemieckimi. Naukowo interesuje się mediami i pamięcią społeczną. Przez kilkanaście lat związany z Programem Trzecim Polskiego Radia, gdzie prowadził programy „Biuro myśli znalezionych” oraz „Salon polityczny Trójki”. Obecnie pracuje w RMF FM. Autor książki „Biuro myśli znalezionych” (2013). Na Uniwersytecie SWPS prowadzi dziennikarski warsztat radiowy, konwersatorium dziennikarskie, retorykę i erystykę, stylistykę praktyczną oraz zajęcia z opinii publicznej.

Europejczycy każdego roku wyrzucają aż 100 milionów ton żywności, wynika z danych Organizacji Narodów Zjednoczonych. Najwięcej jedzenia marnuje się w domach. Wyrzucamy, bo kupujemy za dużo i zapominamy o dacie przydatności do spożycia, albo nie wiemy, jak w pełni wykorzystać określone produkty. Są sposoby, by ograniczyć marnotrawstwo żywności - wyjaśnia dr Aleksandra Drzał-Sierocka, kulturoznawca ze School of Ideas Uniwersytetu SWPS.

Brytyjczyk Tristram Stuart w głośnej książce „Waste: Uncovering Global Food Scandal” („Marnowanie: Odkrywanie światowego skandalu żywieniowego”) przedstawił badania, z których wynika, że w Wielkiej Brytanii rocznie wyrzuca się około 2,6 miliardów kromek chleba, 775 milionów bułek, czy około miliarda pomidorów. Naukowiec wyjaśnia dodatkowo, że zmarnowana przez jego rodaków żywność wystarczyłaby, by każdego roku wspomóc około 30 milionów głodujących.

W Polsce każdego roku marnujemy około 9 milionów ton żywności. Pytani o przyczyny, wskazujemy najczęściej przegapienie terminu przydatności do spożycia oraz zbyt duże zakupy.

 

Problem marnowania żywności na świecie

Stuart przeprowadził też badania efektywności wykorzystania żywności w poszczególnych krajach. Badacz założył, że idea zero waste w praktyce nie jest możliwa do zrealizowania i uwzględnił poziom nieuniknionych strat. Jego zdaniem, optymalna jest sytuacja, gdy produkcja żywności wynosi 130 proc. krajowego zapotrzebowania. Tymczasem większość krajów zdecydowanie ten poziom przekracza. Państwa Europy i Ameryki Północnej lokują się na poziomie 150-200 proc. Przy tym w skali światowej nadprodukcja żywności dotyczy nie tylko krajów kojarzących się z dobrobytem. Rekordzistą wśród marnotrawców są wprawdzie Stany Zjednoczone (produkcja przekracza tam zapotrzebowanie o blisko 100 proc.), ale w czołówce jest też Grecja (produkcja na poziomie 190 proc. względem zapotrzebowania), Egipt (180 proc.), czy Brazylia (170 proc.). Nawet zmagająca się z problemem głodu Nigeria znacznie przekracza poziom optymalny, produkcja jest tam większa od zapotrzebowania o połowę.

W Polsce każdego roku marnujemy około 9 milionów ton żywności. Z badań przeprowadzonych przez Millward Brown na zlecenie Federacji Polskich Banków Żywności wynika, że Polacy najczęściej wyrzucają pieczywo (przyznało się do tego 51 proc. badanych), wędlinę (49 proc.) oraz warzywa (33 proc.) i owoce (32 proc.). Pytani o przyczyny, wskazujemy najczęściej przegapienie terminu przydatności do spożycia oraz zbyt duże zakupy. Kuszeni promocjami sieci handlowych, kupujemy więcej, niż jesteśmy w stanie zjeść.

Czy marnowanie pożywienia można ograniczyć do zera?

Próby przeciwdziałania marnowaniu żywności obejmują zarówno rozwiązania systemowe, jak i oddolne działania, w które może się włączyć każdy z nas. Przykładem jest idea tzw. foodsharingu. W Polsce funkcjonuje pod nazwą jadłodzielnia i najczęściej realizowana jest w formie prowadzonych przez wolontariuszy punktów, do których wszyscy chętni mogą przynosić jedzenie, którego mają w nadmiarze. Również każdy może się tą żywnością poczęstować. Kluczowe wydaje się tu przy tym słowo każdy, w foodsharingu nie chodzi o jałmużnę, tylko o budowanie wspólnoty. Nieistotna jest kwestia społecznego i ekonomicznego statusu.

Bea Johnson, to pionierka tzw. zero waste, której poradnik „Zero waste Home, czyli jak pozbyć się śmieci, a w zamian zyskać szczęście, pieniądze i czas” zyskał niezwykłą popularność. Autorce udała się rzecz niezwykła, ponieważ jej czteroosobowa rodzina produkuje obecnie zaledwie jeden litrowy słoik śmieci rocznie. Johnson do perfekcji opanowała nie tylko umiejętność ograniczania wytwarzania odpadów, ale też ich przetwarzania, ponownego wykorzystywania i kompostowania. Zdaniem Amerykanki, wszystko sprowadza się do zasady „Pięciu R”: refuse – rezygnuj z tego, co jest ci niepotrzebne; reduce - ograniczaj ilość posiadanych rzeczy; reuse – staraj się wykorzystywać ponownie, zamiast od razu wyrzucać; recycle – próbuj przetwarzać; rot – kompostuj i staraj się kupować przede wszystkim te produkty, które da się kompostować.

Nawet jeśli uznamy, że z pewnością nie damy rady być, jak Bea Johnson, warto zastanowić się nad tym, co jesteśmy w stanie zrobić, by ograniczyć marnowanie. Rozsądne zakupy z przygotowaną wcześniej listą, czy kreatywne gotowanie, polegające na wykorzystywaniu całych produktów, nie wymagają wielkiego poświęcenia. Warunek podstawowy to zmiana naszego sposobu myślenia, przekonanie samego siebie, że marnowanie to wstyd.

 

Znalezione obrazy dla zapytania aleksandra drzał-sierocka

O autorce

dr Aleksandra Drzał-Sierocka – wykładowczyni School of Ideas Uniwersytetu SWPS, nowoczesnego kierunku poświęconego projektowaniu innowacji. Naukowo zajmuje się przede wszystkim społeczno-kulturowymi kontekstami jedzenia ze szczególnym uwzględnieniem zagadnienia food film, historią filmu (zarówno fabularnego, jak i dokumentalnego, od zarania kina) oraz kulturowymi obrazami śmierci i umierania (w tym tematyką HIV/AIDS). Kulturoznawczyni, filmoznawczyni, adiunkt w Instytucie Kulturoznawstwa. Prywatnie i zawodowo - kinomanka oraz miłośniczka kulinariów (w teorii i praktyce). Autorka monografii "Luc Besson. Uśmiechnięta twarz filmowego postmodernizmu", współredaktorka tematycznych tomów zbiorowych (m.in. "W garnku kultury. Rozważania nad jedzeniem w przestrzeni społeczno-kulturowej", "Zło w kinie. Bohaterowie, gatunki, twórcy") oraz licznych tekstów naukowych. Współkierowniczka studiów podyplomowych Food Studies na Uniwersytecie SWPS. Prezeska Fundacji Inicjatyw Filmowych TU SIĘ MOVIE. Autorka i realizatorka projektów z zakresu edukacji filmowej, współorganizatorka licznych wydarzeń filmowych.

Na przełomie lat 2016/17 Polska stała się światowym liderem w zanieczyszczeniu powietrza. Głównym powodem zdobycia przez nas tego niechlubnego tytułu jest ogrzewanie domów piecami na węgiel i drewno oraz stosowanie odpadów jako opału. Nie bez znaczenia pozostają również szkodliwe gazy emitowane przez pojazdy spalinowe i fabryki. Poza czynnikami ekonomicznymi, problemem jest niska świadomość społeczna co do przyczyn, konsekwencji i sposobów zapobiegania zanieczyszczeniu powietrza. Jak zatem edukować społeczeństwo? - odpowiada dr Joanna Jeśman, kulturoznawczyni ze School of Ideas Uniwersytetu SWPS.

Państwo reguluje

Nie jesteśmy jedynym krajem europejskim, który boryka się z problemem smogu. Na mniejszą skalę dotyka on między innymi Francję, Wielką Brytanię, Belgię, Hiszpanię czy Węgry. We wszystkich tych krajach wprowadza się różnego rodzaju działania, które mają pomóc szczególnie w trudnych zimowych miesiącach. W 2017 roku najwięcej w tym względzie zrobiono w Paryżu, gdzie wprowadzono obostrzenia dozwolonej prędkości, ograniczono wjazd ciężarówek do centrum miasta, obniżono ceny transportu publicznego, zmniejszono o połowę ilość samochodów w mieście, poprzez wprowadzenie systemu parzystych i nieparzystych numerów rejestracyjnych dozwolonych w ruchu co drugi dzień. Jednak największy paryski sukces to wyeliminowanie z ruchu pojazdów z silnikiem diesla starszych niż 16 lat, za pomocą oznakowania naklejkami. Zielone dla elektrycznych, a pomarańczowe dla samochodów z silnikami benzynowymi wyprodukowanymi między 1997 a 2003. Z kolei w Londynie po raz pierwszy w tym roku ostrzeżenia o dużym zanieczyszczeniu umieszczono na przystankach autobusowych oraz wprowadzono ograniczenia w ruchu w pobliżu szkół i przedszkoli. W Budapeszcie, od poniedziałku do środy, na drogi nie wypuszczano samochodów bez katalizatorów.

Unia Europejska nie ujednoliciła poziomów zanieczyszczenia powietrza, które wymagają od rządów poinformowania społeczeństwa lub wprowadzenia stanu alarmowego. Każdy kraj może takie normy określić sam. Polskie normy przekraczają te w wielu państwach europejskich niekiedy nawet czterokrotnie. W przypadku pyłu zawieszonego PM10 poziomy informowania (w mikrogramach na metr sześcienny) to w: Szwajcarii - 75, Słowacji - 100, Finlandii - 50, Włoszech - 50, podczas gdy w Polsce jest to 200. Z kolei poziomy alarmowe to: Szwajcaria - 100, Słowacja - 150, Finlandia - 80, Włochy - 75, a Polska - 300. Zdaniem Światowej Organizacji Zdrowia dopuszczalne stężenia dobowe PM10 to 50 mikrogramów na metr sześcienny.

UE nie ujednoliciła poziomów zanieczyszczenia powietrza, które wymagają od rządów poinformowania społeczeństwa lub wprowadzenia stanu alarmowego. Każdy kraj może takie normy określić sam. Polskie normy przekraczają te w wielu państwach europejskich niekiedy nawet czterokrotnie.

 

Artyści edukują

Dziś informacja musi wzbudzać emocje i być efektowna. Jak w takich czasach trafić do licznych odbiorców z uniwersalnym i skłaniającym do myślenia przekazem? Wytrychem do mainstreamu jest nowy rodzaj aktywizmu uprawianego przez artystów. Oto kilka przykładów projektów, które skłaniają do przemyśleń, edukują, a nawet rozwiązują problem.

Smogowe bezy

W 2011 roku Center for Genomic Gastronomy, czyli para artystów: Zack DanfeldCat Kramer wpadli na pomysł by ubijać pianę z białek w różnych dzielnicach Bangalore, gdzie odnotowano szczególnie duże zanieczyszczenie powietrza. Piana z białek to w 90 proc. powietrze. Następnie z takiego niezdrowego materiału wypiekali bezy i wysyłali je do polityków, urzędników i innych ważnych dla sprawy smogu, decydentów.

W 2015 we współpracy z Edible Geography – Nicolą Twilly autorką bloga o jedzeniu, Danfeld i Kramer stworzyli projekt „Aeroir”. Jego tytuł nawiązuje do terminu „terroir” stosowanego np. przy produkcji win czy serów, który określa splot warunków klimatycznych i geologicznych nadających produktom spożywczym specyficzny smak. „Aeroir” to przypominająca wózek z hot dogami, przewoźna piekarnia, która oferuje możliwość skosztowania bez w czterech charakterystycznych smakach.

W Stanach Zjednoczonych występują bowiem cztery rodzaje smogu: tzw. smog londyński wywołany paleniem węglem i emisją dwutlenku siarki; smog z Atlanty, gdzie do zanieczyszczeń tworzonych przez człowieka dochodzą opary organiczne, terpenoidy (pochodzące z drzew iglastych i innych odpadów organicznych; smog z doliny kalifornijskiej nasycony amoniakiem emitowanym przez farmy zwierzęce oraz smog typu Los Angeles, fotochemiczny, który powstaje w upalne dni.

Aby bezy smakowały, pachniały i składały się z odpowiednich składników, artyści we współpracy z naukowcami stworzyli niewielka komorę smogową, w której tworzyli swoje „przepisy” z odpowiednich związków chemicznych.

Czy jednak taka beza zawierająca szkodliwe chemikalia nie zaszkodzi tym, którzy odważą się ją zjeść? Otóż projekt „Aeroir” bazuje na wypracowanej w krajach rozwiniętych świadomości związanej ze zdrowym odżywianiem. Zwolennicy diet bezglutenowej, tłuszczowej, śródziemnomorskiej, wegetarianie, weganie, freetarianie mogą opowiadać o zbawiennym wpływie swoich wyborów żywieniowych. A przecież jakość powietrza, którym zasilamy wszystkie komórki naszego ciała jest równie ważna. 

Pyłowa cegła i „The Pigeon Blog”

Z kolei chiński performer Wang Renzheng przemierzał Pekin przez 100 dni w towarzystwie odkurzacza przemysłowego. W ten sposób zebrał około 100 gramów pyłu, który następnie dodał do odpowiedniej mikstury i wypalił cegłę. Projekt miał uświadomić ludziom czym oddychają, a cegła posłużyła do budowy fabryki w mieście Tangshan. Rozenheng chciał by w ten sposób cegła symbolicznie zniknęła, jak kropla wody w oceanie.

Artystka Beatriz Da Costa wraz z grupą przyjaciół stworzyła „The Pigeon Blog”. Początkiem projektu było zbudowanie miniaturowego i lekkiego czujnika zanieczyszczeń, który można przyczepić do szyi gołębia. Następnie, we współpracy z hodowcą gołębi, urządzenia przymocowano do szyj stada ptaków, które najczęściej przebywają dokładnie w tych samych miejscach co ludzie. Dzięki miniaturowym urządzeniom, mieszkańcy Kalifornii mogli na żywo śledzić dane dotyczące zanieczyszczenia powietrza.

„Smog Free Project”

Holenderski artysta Daan Roosegaarde poszedł o krok dalej. „Smog Free Project” to ogromna wieża oczyszczająca powietrze, którą wybudował wraz z zespołem w Rotterdamie za 113 tysięcy funtów zebranych na Kickstarterze. Projektem natychmiast zainteresowali się Chińczycy, którzy zlecili stworzenie podobnej wieży w Pekinie. Siedmiometrowa budowla, działająca podobnie do domowych urządzeń tego typu, oczyszcza około 30 000 metrów sześciennych powietrza z pomocą wolnej od ozonu technologii jonowej, a w dodatku pełni rolę sztuki w przestrzeni miejskiej ze względu na swój wyjątkowy design. Wiedząc, że większość wyłapywanych przez filtry materiału to węgiel, Roosegaarde postanowił przetworzyć go w biżuterię. Kupując pierścionek lub spinki do mankietów możemy przekazać 1000 metrów sześciennych czystego powietrza dla mieszkańców miast, w których zlokalizowane są wieże. Artysta tak mocno zaangażował się w działania na rzecz ochrony środowiska, że biorąc udział w spotkaniu organizowanym przez Organizację Narodów Zjednoczonych zaproponował wprowadzenie nowego prawa człowieka – prawa do schoonheid, co oznacza piękno i czystość.

Działania w Polsce

W Polsce niestety brakuje tego typu inicjatyw. Z obywateli zdejmuje się poczucie obowiązku za zaistniałą sytuację. Powielane przez media teorie na temat znikania smogu pod wpływem zmiany pogody są nieścisłe. Zanieczyszczone powietrze przenosi się po prostu w inne miejsce i staje się zagrożeniem dla wszystkich mieszkańców planety.

Kluczowe jest zachowywanie prawdziwego obrazu problemu i edukacja społeczeństwa. Być może to właśnie przedstawiciele świata sztuki powinni brać udział w tworzeniu kampanii społecznych uwrażliwiających na problem smogu.

 

258 joanna jesman

O autorce

dr Joanna Jeśman - kulturoznawczyni, wykłada na School of Ideas Uniwersytetu SWPS - nowoczesnym kierunku poświęconym projektowaniu innowacji. Prowadzi badania na pograniczu humanistyki i nauk o życiu w perspektywie posthumanistyki, studiów nad nauką i humanistyki medycznej. Zajmuje się też działaniami upowszechniającymi i popularyzującymi naukę oraz komunikacją naukową.

Picie kawy o poranku, obecność ludzi, których się kocha, wiosna po zimie, obrona pracy magisterskiej, widok konta po wypłacie – to dla większości z nas jedne z najszczęśliwszych chwil czy stanów świadomości, które – używając slangu młodzieżowego – „robią nam dzień”. Permanentne uczucie szczęścia jednak nie jest ani łatwe ani możliwe do osiągnięcia, a zwykłe stwierdzenie, że „trzeba chcieć”, to dla większości z nas za mało. Od jakiegoś jednak czasu panuje przeświadczenie, że szczęście da się okiełznać, wystarczy tylko zastosować się do kilku np. duńskich zasad. Co daje ludziom szczęście? Dlaczego tak chętnie poddajemy się różnym koncepcjom osiągania szczęścia? Czym jest nowy trend w natarciu, czyli duńskie „pyt”? Komentarza do artykułu udzieli dr Karol Jachymek, kulturoznawca z Uniwersytetu SWPS.

Tęsknota za utopią

W oświeceniowej powiastce filozoficznej autorstwa Voltaire’a, w której wydarza się chyba wszystko, co we współczesnych książkach fantasy razem wziętych, poznajemy przyjaznego bohatera Kandyda, optymistę, który we wszystkim, co go spotyka, doszukuje się pozytywów. Losy bohatera są zawiłe i pełne zrywów akcji. Pewnego razu Kandyd zbacza z drogi po raz 2896 i trafia do Eldorado, zamieszkałej przez racjonalne i sprawiedliwe społeczeństwo, kierujące się dobrem ogółu. W powiastce idealnie zobrazowano powiązanie miejsca ze szczęściem, które jest stare jak świat. 

Takich oświeceniowych krain było całkiem sporo – w tym jedna autorstwa Ignacego Krasickiego, który w „Mikołaja Doświadczyńskiego przypadkach” stworzył wyspę Nipu, utopię, opartą na koncepcji J. J. Rousseau. Źródeł gatunku utopii należy się doszukiwać choćby w „Państwie” Platona czy dosłownie w „Utopii” Tomasza Morusa, który nie dość, że przedstawił idealne państwo, to jeszcze idealny system społeczny. Sam tytuł – „Utopia” – Morus mógł utworzyć zarówno od greckiego outopos (gr. ou – nie, topos – miejsce, nie-miejsce, miejsce, którego nie ma, nieistniejące), jak i od eutopia (dobre miejsce). Istnieją domniemania, że ta dwuznaczność była przez pisarza zamierzona.

Utopie, podobnie jak motywy arkadyjskie, wyrażają tęsknotę człowieka za lepszym światem. Te tęsknoty ludzi wszystkich epok odnajdujemy w różnych koncepcjach na życie. Na przykład w Danii.

Dania, czyli suma lepszych światów

Filozofie mówiące o tym, co może dać nam szczęście przychodzą do nas z różnych długości i szerokości geograficznych. Pokazują, że wystarczy zastosować się do kilku prostych reguł, a życie spokojne, harmonijne i co za tym idzie – szczęśliwe będzie na wyciągnięcie ręki.

W ostatnich latach przeżywaliśmy różne koncepcje, które podpowiadały, jak osiągnąć szczęście: duńskie „hygge”, japońskie „ikigai”, szkockie „cosagach”, szwedzkie „lagom”. Najnowszym wynalazkiem jest „pyt”. I co ciekawe, „pyt” znowu jest duńskie. Jeśli marzymy sobie czasami o rycerzu w lśniącej zbroi, który przyjedzie na białym rumaku i wyciągnie nas z opresji, lub jeśli śnią nam się piękne, muskularne ramiona a la Sylwester Stalone, które wyrzeźbimy sobie ciężką pracą na siłowni i dzięki którym nasze problemy rozwiążą się same, to może nie wywierajmy na losie i sobie zbyt dużej presji: „pyt” nas wyzwoli. „Pyt” to wykrzyknienie na codzienne frustracje. Gdy wydarza się coś niemiłego, irytującego, wystarczy powiedzieć „pyt” i robi się (w założeniu) lepiej. Polskim odpowiednikiem może być np. „no trudno” lub „zdarza się”. „Pyt” daje komfort myślenia, że presja bycia perfekcyjnym to niewłaściwy kierunek i szkoda na niego energii, przychodzi z pomocą osobom zestresowanym, a takich, jak wiemy, mamy bez liku – i pomaga w znalezieniu balansu między życiowymi wyzwaniami a zdrowym dystansem do wszystkiego, co nam się przytrafia.

Saga o ludziach lodu1

Dlaczego to właśnie Dania cieszy się mianem krainy szczęśliwości? Kiedy myśli się o Danii, ma się skojarzenia dość typowe: państwo północne, więc chłodno nawet latem, dużo deszczu i pochmurnych dni. Najbardziej znanym filozofem jest Kierkegaard, prekursor egzystencjalizmu, a więc koncepcji, która zakłada, że człowiek jest nieograniczony w swojej wolności, a przez to samotny, zatroskany i zalękniony. Pisarzem po dziś czytanym, który wliczany jest do grona najsłynniejszych Duńczyków na świecie, jest Hans Christian Andersen, twórca baśni, w których nie brakowało takich tematów, jak bieda, cierpienie i smutkek. Skąd więc ten fenomen Danii w kontekście szczęścia?

Zagadkę wyjaśniają wskaźniki mierzące zadowolenie z życia. Od lat to właśnie Duńczycy zajmują pierwsze miejsce w kategorii najszczęśliwszych ludzi na świecie. Dania jest krajem, w którym panuje społeczny dobrobyt, pracuje się po 37 godzin w tygodniu, a 6 tygodni wakacji rekompensują wszelkie niedogodności „dorosłego” życia. Duńczycy udzielają się w różnych organizacjach społecznych, klubach czy stowarzyszeń, dbając tym samym o relacje z ludźmi. Za duńskie „carpe diem” odpowiada najbardziej jednak wysoki poziom zabezpieczenie socjalnego, zaufania społecznego i oczywiście wysoka stopa życia.

Komentarz dr. Karola Jachymka

Tęsknota za cudownym miejscem, które daje nam szczęście, towarzyszy człowiekowi od stuleci. Zaryzykuję stwierdzeniem, że większość religii, które przebiły się do szerszego grona odbiorców, nie miałyby racji bytu, gdyby właśnie obietnicy wiecznej szczęśliwości nie gwarantowały. Współcześni ludzie, którzy w krajach wysokorozwiniętych mają dostęp niemal do większości dóbr, a zrozumieli, że dostęp do dóbr nie jest gwarantem szczęścia, zaczęli poszukiwać koncepcji na życie, które łączą dobra cywilizacji z określonym postępowaniem i pozytywnym, choć umiarkowanie, nastawieniem. Okazuje się, że Duńczycy świetnie wykształcili w sobie łączenie jednego z drugim, chociaż na poziomie obiektywnego rozważania Dania taka zimna, mroczna i nieprzystępna. Wychodzi jednak na to, że stan szczęścia jest stanem umysłu, a stoickie korzystanie z epikurejskiej filozofii przyjemności – tak to przewrotnie określmy – to rzeczywisty złoty środek. Pierwsze filozofie szczęścia zatoczyły koło, co też pokazuje, że choć szczęście jest trudne w praktyce, to łatwe w teorii.

258 karol jachymek

O komentatorze

dr Karol Jachymek – doktor kulturoznawstwa, filmoznawca. Zajmuje się społeczną i kulturową historią kina (zwłaszcza polskiego) i codzienności, metodologią historii, zagadnieniem filmu i innych przekazów (audio)wizualnych jako świadectw historycznych, problematyką ciała, płci i seksualności, wpływem mediów na pamięć indywidualną i zbiorową, społeczno-kulturowymi kontekstami mediów społecznościowych oraz blogo- i vlogosfery, a także wszelkimi przejawami kultury popularnej. Współpracuje m.in. z Filmoteką Szkolną, Nowymi Horyzontami Edukacji Filmowej, Against Gravity, KinoSzkołą i Filmoteką Narodową – Instytutem Audiowizualnym. Prowadzi warsztaty i szkolenia dla młodzieży i dorosłych z zakresu edukacji filmowej, medialnej i (pop)kulturowej oraz myślenia projektowego i tworzenia innowacji społecznych. Autor książki „Film – ciało – historia. Kino polskie lat sześćdziesiątych”.

Przypisy

1 Nawiązanie do słynnej serii książek norweskiej pisarki Margarit Sandemo. Fabuła serii rozgrywa się w Skandynawii, a całość ma dość mroczną atmosferę, nawiązującej do literatury grozy i fantazy. 

Tekst: Marta Nizio, Redakcja Uniwersytetu SWPS

Co łączy nasze i obce? W jakiej epoce żyjemy? Czym jest humanizm na miarę XXI wieku? Co wspólnego z tym wszystkim ma biznes? Na czym polega współczesne dziennikarstwo? Czy warto uczyć się języków obcych? Jeśli interesujesz się zjawiskami społecznymi, nowymi technologiami w kontekście kulturoznawczym, lubisz poznawać obce kultury i masz predyspozycje do nauki języków, pragniesz zgłębiać tajniki dziennikarstwa, studia z obszaru kultury, filologii i komunikacji na Uniwersytecie SWPS będą dla Ciebie właściwym wyborem.

Czego uczymy?

Uczymy m.in. tego, czym jest rewolucja cyfrowa i jak wpływa na rzeczywistość, światową politykę, ekonomię, a nawet charakter intymnych relacji (Media i kultura cyfrowa). Podpowiadamy, jak sprawnie diagnozować współczesność i tworzyć efektywne rozwiązania dla świata kultury, biznesu i trzeciego sektora (Kultura współczesna). Uświadamiamy, że problemy życia społecznego, przestrzeni publicznej można rozwiązywać w innowacyjny sposób (School of Ideas). Zachęcamy do zgłębiania prawnych zagadnień dotyczących prowadzenia działalności kulturalnej (Menedżer – agent – producent). Uczymy tego, że projektowanie komunikacji to jedna z najszybciej rozwijających się dziedzin designu, związana z budowaniem wiarygodnego przekazu oraz efektywnych sposobów interakcji (Communication design). Poznajesz sposoby zarządzania potencjałem wizerunkowym oraz zasady planowania i realizowania strategii komunikacyjnych (Kreowanie mediów).

Oferta studiów z obszaru kultury:

Studia I stopnia

Studia II stopnia

Szkoła doktorska

Studia podyplomowe

Oferta studiów z obszaru filologii:

Studia I stopnia

Studia II stopnia

Szkoła doktorska

Studia podyplomowe

Oferta studiów z obszaru komunikacji:

Studia I stopnia

Studia II stopnia

Studia podyplomowe

Jak uczymy?

Na studiach z obszaru kultury będziesz współpracował z najlepszymi specjalistami, którzy łączą pracę naukową z praktyką zawodową i na co dzień zajmują się światem mediów, sztuką i biznesem. Wspólnie z wykładowcami zrealizujesz projekty i przedsięwzięcia kulturalne. Zajęcia, w tym również teoretyczne, będą miały formułę otwartych, interaktywnych warsztatów. Będziesz mógł korzystać ze specjalistycznych pracowni, wyposażonych w najnowszy sprzęt.

Na studiach z obszaru filologii uczysz się przede wszystkim danego języka oraz zgłębiasz zagadnienia z zakresu literatury, historii, kultury, polityki i życia społecznego. Masz do wyboru kilka specjalizacji, np. nauczycielską, tłumaczeniową, biznesową, które otwierają rozmaite możliwości zawodowe. 

Na studiach z obszaru komunikacji będziesz współpracować m.in. ze specjalistami z różnych branż medialnych. Pod ich kierunkiem realizujesz warsztaty w profesjonalnych studiach radiowo-telewizyjnych oraz poznajesz nowoczesne narzędzia niezbędne w dziennikarstwie. Podczas staży i praktyk zdobywasz doświadczenia zawodowe. Będziesz miał do dyspozycji specjalistyczne pracownie, w których przeprowadzisz badania medioznawcze. Nauczysz się montażu obrazu i dźwieku, obróbki graficznej oraz pracy z kamerą i mikrofonem.  

Co po studiach?

Studia z obszarów kultury, filologii i komunikacji umożliwią Ci połączenie zainteresowań i twórczych pasji z praktycznym przygotowaniem do pracy w sektorze kreatywnym, nowoczesnych instytucjach kultury czy opiniotwórczych mediach. Znajdziesz zatrudnienie m.in. jako specjalista w sektorze kultury i przemysłów kreatywnych, w korporacjach medialnych oraz mediach opiniotwórczych, agencjach brandingowych, reklamowych, interaktywnych i PR, studiach projektowych i graficznych, jako projektant aplikacji mobilnych, projektant gier komputerowych, projektant identyfikacji wizualnych, projektant stron internetowych, projektant User Experience. 

Dlaczego studia z obszaru kultury, filologii i komunikacji na Uniwersytecie SWPS?

Nasze kulturoznawstwo zostało nagrodzone wyróżniającą oceną Polskiej Komisji Akredytacyjnej. Według rankingu „Perspektyw” wraz z Uniwersytetem Warszawskim otwieramy listę najlepszych uczelni w kraju oferujących studia z tego zakresu. Przygotowujemy do pracy w sektorze kreatywnym. Proponujemy nowoczesne programy skoncentrowane na kulturze współczesnej i mediach cyfrowych, warsztaty twórcze i praktyczne zajęcia z ekspertami z branży.

Filologie na Uniwersytecie SWPS cieszą się dużym zainteresowaniem. Według rankingu „Perspektyw” jesteśmy najlepszą niepubliczną uczelnią w Polsce prowadzącą studia filologiczne. 

Studia z obszaru komunikacji wyróżnia bogata współpraca z najbardziej opiniotwórczymi dziennikami – „Gazetą Wyborczą”, „Rzeczpospolitą”, a także stacją TVN, gdzie najlepsi studenci odbywają praktyki i staże. 

W jakim celu rozmawiają kobiety, a w jakim mężczyźni? Kto jest lepszym słuchaczem? Czy to prawda, że kobiety mówią więcej? Czy istnieje coś takiego jak męski i kobiecy model komunikacji? O różnicach w komunikacji kobiet i mężczyzn opowiada dr Karina Stasiuk-Krajewska z Katedry Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu SWPS we Wrocławiu.

Wywiad przeprowadziła red. Jagoda Klonowska. Rozmowa ukazała się w magazynie Publicon: „Komunikacja jest kobietą”, nr 2, 2016.

Geny czy wychowanie? Co wpływa na róznice w komunikacji kobiet i mężczyzn

Skąd wynikają różnice w sposobie, jakim komunikują się kobiety i mężczyźni? Czy są to uwarunkowania czysto biologiczne, czy raczej wpływ wychowania? Co mówi na ten temat współczesna nauka?

Przede wszystkim trzeba podkreślić, że istnienie różnic komunikacyjnych między kobietami a mężczyznami jest tylko tezą, którą możemy uznać za prawdziwą lub nie. Sprawa nie jest oczywista. Trudno chyba byłoby zgodzić się z twierdzeniem, że wszystkie kobiety komunikują w jakiś określony sposób, mężczyźni zaś w inny, całkowicie odmienny. Nasz indywidualny styl komunikacji zależy od wielu czynników, związanych chociażby z zawodem, który wykonujemy, czy sytuacją, w której się znajdujemy. Przypisywanie różnych stylów komunikacyjnych kobietom i mężczyznom jest niewątpliwie jednym z elementów kulturowego konstruowania kobiecości i męskości, czyli tworzenia społecznych oczekiwań dotyczących tzw. prawdziwych/typowych kobiet i prawdziwych/typowych mężczyzn.

I to, zwrotnie, może wpływać na komunikację. Nie chodzi więc o to, że kobiety i mężczyźni komunikują inaczej, ale raczej o to, że inne są społeczne oczekiwania wobec komunikacji kobiet i mężczyzn. W zależności od płci różne standardy zachowań uznajemy za „normalne” czy „właściwe”. Jest to zresztą szersze zjawisko. Inaczej oceniamy/interpretujemy na przykład kobietę siedzącą samotnie przy barze czy palącą na ulicy papierosa, inaczej zaś mężczyznę, wykonującego takie samie czynności.

Jeśli chodzi o komunikację, dobrym przykładem jest używanie wulgaryzmów. Czy prawdą jest, że mężczyźni przeklinają bardziej niż kobiety? Chyba nie. Ale reakcje społeczne, ocena tego typu zachowań różni się w zależności od płci. Dużo gorzej reagujemy na przeklinające dziewczyny niż na przeklinających chłopców. Przywołując przykład z tekstu Robin Lakoff, dotyczącego języka kobiet i mężczyzn, przyjrzyjmy się takiemu zdaniu: Ta ściana jest lilaróż. Zdanie jak zdanie. Ale jeśli wypowiada je kobieta, jest to zdanie, powiedzmy, neutralne – w tym sensie, że informuje o kolorze ściany. Natomiast jeśli wypowie je mężczyzna, do naszej interpretacji dołączają się nowe, silne wątki, związane np. z jego – domniemaną oczywiście – orientacją seksualną lub profesją (np. dekorator wnętrz). A przecież zdanie jest dokładnie takie samo.

Jeśli chodzi o komunikację, dobrym przykładem jest używanie wulgaryzmów. Czy prawdą jest, że mężczyźni przeklinają bardziej niż kobiety? Chyba nie. Ale reakcje społeczne, ocena tego typu zachowań różni się w zależności od płci.

Jak widać, chodzi mniej o możliwe do zobiektywizowania różnice komunikacyjne między kobietami a mężczyznami, a bardziej o to, jakie są społeczne oczekiwania wobec właściwych zachowań komunikacyjnych w zależności od płci. To oczywiście ostatecznie prowadzi do różnic – ponieważ preferujemy te zachowania, które są zgodne ze społecznymi oczekiwaniami.

Podstawą takich różnic są zdecydowania uwarunkowania kulturowe. Chociażby z tego prostego powodu, że komunikacja jest kulturowa. Wszelkie więc zróżnicowania w obrębie stylów komunikacyjnych są kulturowe także. Skąd się biorą? Najogólniej rzecz biorąc, z socjalizacji, czyli wychowania. Istnieją na przykład zachowania komunikacyjne dużo lepiej tolerowane u dziewczynek niż u chłopców. Klasycznym przykładem jest płacz. Proszę zwrócić uwagę na reakcję opiekunów na płacz małej dziewczynki. Jest to pocieszanie. Jeśli płacze mały chłopiec, faza pocieszania najprawdopodobniej też nastąpi, ale zaraz potem włączone zostanie inne zachowanie komunikacyjne w rodzaju: nie maż się, nie jesteś babą, koledzy się będą śmiali itp. Czego uczy się mała dziewczynka i – ostatecznie – kobieta? Że płacz jest efektywnym narzędziem komunikacji, że można dzięki niemu osiągnąć zamierzone cele. Czego uczy się chłopiec/mężczyzna? Że jest to narzędzie nie tylko nieefektywne, ale wręcz szkodliwe dla jego pozycji społecznej.

Nie chodzi więc o jakąś wrodzoną mniejszą czy większą emocjonalność – ale o standardy socjalizacji odmienne w odniesieniu  do obu płci.

Wskazuje się też często na różnice w standardowych zabawach dziewcząt i chłopców. Dziewczynki bawią się w mniejszych grupach, ich zabawy – jak zabawa w dom, szkołę czy szpital – są w istocie oparte na zachowaniach komunikacyjnych i wymagają współpracy. Zabawy chłopców, w większych grupach, wykorzystują komunikację dla celów rywalizacyjnych i po to by koordynować przebieg zabawy, której istota nie polega na komunikacji („gadaniu”), ale na czymś innym.

Sfera prywatna to kobieta, sfera zawodowa to mężczyzna

Czy zdarza się tak i w jakich sytuacjach, że kobiety przejmują język mężczyzn i odwrotnie?

Tak, oczywiście zdarzają się takie konteksty komunikacji.  Istnieją sytuacje komunikacyjne, które dopuszczają na przykład użycie języka emocjonalnego przez mężczyznę. Są to jednak najczęściej sytuacje prywatne, intymne (w relacji z partnerką, z dzieckiem, z matką). W sytuacjach społecznych przejmowanie zachowań językowych zachodzi raczej w przeciwnym kierunku. To jest bardzo ciekawe. Można postawić tezę, że w ogóle przejmowanie elementów płci kulturowej (właśnie komunikacji na przykład, stroju, deklarowanego stosunku do seksualności ) dużo lepiej tolerowane jest w kierunku od mężczyzn do kobiet. Świetnie widać to w reakcjach na przykład na bawiące się samochodami dziewczynki (względnie ok) i bawiących się lalkami chłopców (tu ocena społeczne jest już zdecydowanie bardziej negatywna).

Podobnie jest z językiem – dużo częściej zachowania komunikacyjne wiązane z męskością przejmowane są przez kobiety niż odwrotnie. Dotyczy to na przykład sytuacji komunikacji profesjonalnej, zarządzania czy biznesu. Tendencja ta wynika też zapewne z faktu, że ogólnie sfera aktywności zawodowej kojarzona jest z męskością, sfera zaś prywatna z kobiecością.

Kobieta rozmawia dla relacji, mężczyna dla pozycji

W jakim celu rozmawiają kobiety, a w jakim mężczyźni?

W ramach teorii stylów komunikacyjnych zakłada się, że kobiety rozmawiają po to, by budować symetryczne relacje w grupie, mężczyźni zaś po to, by budować swoją pozycję w grupie. Można to zaobserwować na przykład w rozmowach grup kobiet i grup mężczyzn. W tym pierwszym wypadku, jeśli któraś z uczestniczek sytuacji komunikacyjnej się nie odzywa, możemy spodziewać się działań komunikacyjnych mających włączyć ją do rozmowy: „czemu nic nie mówisz?”, „czy coś się stało?” itp. Mężczyźni natomiast odzywają się „na własny rachunek”, rzadko występują wspomniane wcześniej zachowania komunikacyjne służące właśnie budowaniu symetrycznych relacji. Trzeba jednak podkreślić, że mówimy o sytuacjach modelowych.

Jakie są Pani zdaniem największe, najistotniejsze różnice między językiem, którym posługują się kobiety a językiem, którym posługują się mężczyźni?

Wg mnie zasadniczą różnicą jest to, że społecznie tolerowany język kobiet jest znacznie bardziej emocjonalny. Zestawmy dwa ciągi przymiotników: interesujący, ładny, ciekawy i śliczny, boski, cudny. Który jest bardziej kobiecy? Który jest neutralny? Odpowiedź nie pozostawia wątpliwości. Jest to to zjawisko o tyle ważne, ze wiąże się z szerszym elementem stereotypu płci – mianowicie z założeniem, że kobiety są bardziej emocjonalne. Skutkuje to właśnie emocjonalnością, ale także infantylizacją języka kobiet.

Czy te różnice w komunikacji przekładają się też w jakiś sposób na różnice w podejmowanych działaniach, w rzeczywistym zachowaniu?

Komunikacja jest działaniem i rzeczywistym zachowaniem, więc trudno tu rozgraniczać. Można ewentualnie powiedzieć o różnych funkcjach komunikacji w kontekście całokształtu zachowań społecznych. Na przykład wskazuje się, że dla kobiet komunikacja stanowi wartość samą w sobie, dla mężczyzn zaś jest istotna o tyle, o ile służy koordynacji celów poza komunikacyjnych. Dlatego na przykłada kobiety pytane o to, co to znaczy komuś pomóc, odpowiadają – porozmawiać z tym kimś. Mężczyźni zaś – zrobić coś konkretnego, by rozwiązać problem.

Mężczyźni skupiają się na treści i konkretach, a kobiety lubią ozdobniki, nic nieznaczące przerywniki. Czy to prawda?

Tak, w tym sensie, że jeśli komunikacja jest wartością samą w sobie, to poświęcam jej więcej uwagi i czasu i nie wartościuje jej  tylko operacyjnie. Nie chodzi mi więc o konkret, ale o zbudowanie relacji. Trzeba jednak pamiętać, o czym mówiłam na początku, że mówimy o modelach, w istocie – w pewnym sensie – o stereotypach. Nie można więc w żaden sposób powiedzieć, ze każda kobieta i w każdej sytuacji mówi np. więcej albo mniej konkretnie niż mężczyzna.

Kto mówi więcej i kto jest lepszym słuchaczem?

Jednym z największych stereotypów jest stwierdzenie, że kobiety mówią od mężczyzn zdecydowanie więcej i stąd też wynika ich zamiłowanie do plotkowania, które jest rozrywką obcą dla mężczyzn. To fakt czy mit?

Co do mówienia więcej – wynika to z tego, o czym wspomniałam wyżej. Co do plotkowania, można rzeczywiście łączyć to z pewną cechą komunikacji, która w toku wychowania, socjalizacji, staje się cechą kobiet. Chodzi o wspomniane już budowanie symetrycznych relacji. Jeśli postrzegam komunikację jako współpracę, sytuację symetryczną, to źle znoszę komunikaty negatywne, bo one tę relację zaburzają. Dlatego, jak często się wskazuje, kobiety mają większą trudność  z mówieniem wprost rzeczy niemiłych, z odmawianiem. To dlatego, że – jako dziewczynki – zostały tak wychowane. Oczekiwano od nich, że będą grzeczniejsze, bardziej empatyczne, nastawione na kooperację niż chłopcy. Efektem tego stały się pewne nawyki komunikacyjne.

Kto jest lepszym słuchaczem i dlaczego? W jakim celu pytania zadają kobiety, a w jakim mężczyźni?

Ogólnie przyjmuje się oczywiście, ze lepszymi słuchaczkami są kobiety. Wynikałoby to z wspomnianych już wcześniej dwóch cech konstytuujących model kobiecej komunikacji – nastawienia na budowanie relacji oraz uznania komunikacji za wartość samą w sobie. Generalnie pytania zadajemy w tym samym celu – żeby podtrzymać komunikację. Jednak to podtrzymanie komunikacji, cele jej podtrzymywania mogą być rozumiane inaczej.

 

 Uczucia i interpretacje w komunikacji kobiet i mężczyzn

Jakie cele, uczucia czy interpretacje kryją się za konkretnymi słowami, zwrotami u kobiet i mężczyzn. Czy to prawda, że kobieta często niekoniecznie mówi to, co w danej chwili myśli i nadto analizuje słowa mężczyzny, który z kolei zawsze mówi to, co rzeczywiście myśli?

Taki wniosek można rzeczywiście wyciągnąć z tezy, że dla kobiet komunikacja ma wartość samą w sobie. Jeśli komunikacja jest dla mnie równie ważna (lub nawet ważniejsza) niż inne typy aktywności, to siłą rzeczy przywiązuję większą wagę do zachowań komunikacyjnych. I je szczegółowo analizuję.

Dlaczego kobiety chętniej mówią o swoich problemach i uczuciach? 

Ponieważ bardzo ważnym elementem konstrukcji płci kulturowej jest przyzwolenie, by kobiety o swoich uczuciach mówiły. Takie komunikacje są dobrze tolerowane, a nawet oczekiwane od kobiet. Przeciwnie niż od mężczyzn. A także dlatego, że w przypadku „kobiecych” zachowań komunikacyjnych (język, komunikacja niewerbalna itp.) okazywanie emocji jest dużo lepiej akceptowane społeczne.

Komunikacja niwerbalna kobiet i mężczyzn

Czy istnieją także charakterystyczne różnice w komunikacji niewerbalnej?

Tak, dość wyraźne. Ograniczmy się do specyfiki kultury polskiej. Generalnie mówi się, że kobieca komunikacja niewerbalna jest bardziej rozbudowana niż męska. Rzeczywiście, przy szerokim rozumieniu tej kategorii, widać wyraźnie, że kobiety dysponują szerszym arsenałem niewerbalnych środków komunikacji, takich jak ubiór, zwłaszcza zaś makijaż i biżuteria.

W tym kontekście szczególnie ciekawe są kwestie związane z tzw. haptyką, czyli komunikacja związaną z dotykiem. Bardzo wyraźnie, w kulturze polskiej, widać, ze zachowania haptyczne są dużo lepiej tolerowane między kobietami niż między mężczyznami. Wystarczy pomyśleć o społecznej reakcji na kobiety trzymające się za rękę, siedzące sobie na kolanach czy idące pod rękę. A teraz pomyślmy o mężczyznach – nasza interpretacja, wynikająca oczywiście z tego, czego nauczyliśmy się jako uczestnicy kultury, jest zasadniczo odmienna. Bo to też jest kwestia socjalizacji – obserwuje się na przykład, że chłopcy są przytulani rzadziej niż dziewczynki i że przytulanie to „wcześniej się kończy” (w sensie wieku dziecka).

To, że kobieca komunikacja niewerbalna jest bardziej rozbudowana, skutkuje też tym, co często nazywa się „brakiem bezpośredniości” komunikacji. Polega to właśnie na tym, że cześć komunikatu przekazywana jest niewerbalnie, więc nie bezpośrednio (przez spojrzenie, wyraz twarzy itp.)

Komunikacja kobiet i mężczyzn w mediach i reklamie

Czy Pani zdaniem wiedza o tych różnicach jest skutecznie wykorzystywana w komunikatach medialnych, reklamach, języku marek?

To zależy, co ma Pani na myśli, mówiąc skutecznie. Raczej nie powiedziałabym, że jest to wykorzystywanie wiedzy. Zresztą, jak mówiłam, fakt istnienia różnic komunikacyjnych nie dla wszystkich jest oczywisty i na pewno nie wszystkich kontekstów komunikacji dotyczy. Niewątpliwie jednak te różnice komunikacyjne są bardzo ważnym elementem konstruowania płci kulturowej, a więc także stereotypów kobiecości męskości. I o tyle, o ile kampanie wizerunkowe odwołują się do stereotypów (a odwołują się wyraźnie i często), o tyle też chętnie odwołują się do różnic językowych. Stereotypy są proste w odbiorze i komunikacji, potwierdzaj wizję świata, która (nawet jeśli jej nie akceptujemy) jest dla nas rozpoznawalna, a więc bezpieczna. Są też dobrym punktem wyjścia do różnego typu „gier z odbiorcą”. Dlatego stanowią  zawsze bardzo ważny – jeśli nie zasadniczy – element komunikacji marki.

Czy może Pani wskazać przykład kampanii, w której trafnie wykorzystano wiedzę o tych różnicach i skonstruowano komunikat idealnie trafiający do kobiet? Jakie były w tym przypadku elementy wiedzy i  języka, które wykorzystano?

Powiedziałabym, ze są to kampanie wyraźnie odwołujące się do sterotypizacji płciowej i – raz jeszcze – że niekoniecznie jest to wykorzystanie jakkolwiek rozumianej wiedzy. Być może raczej pewne intuicje komunikacyjne. Efekty, jak wiadomo, bywają dyskusyjne, zwłaszcza jeśli przyjmiemy punkt widzenia etyki czy społecznej odpowiedzialności tego typu komunikacji. W kontekście komunikacji „świątecznej”, która niedługo zdominuje media,  wyraźnie widać na przykład emocjonalizację i infantylizację języka w reklamach, które kierowane są do kobiet lub tych, które komunikują kobiecość. Wszystkie te „magie świąt” i „szaleństwa zakupów” towarzyszą raczej wizerunkowi kobiet niż mężczyzn. Mężczyznom towarzyszą natomiast argumenty racjonalne (np. cena albo technologia).

Charakterystycznym przykładem jest zeszłoroczny spot świąteczny jednago z banków: „Mini ratka łączy na święta”, w zasadzie w całości oparty na zestawieniu (stereotypu) kobiecości i męskości. Mamy tutaj różnice komunikacyjne (emocjonalność versus konkret, infantylność versus powaga), mamy różnice kompetencyjne (mężczyzna przed laptopem i mężczyzna myślący o zmianie opon, kobieta ekscytująca się zakupami), wreszcie różnice dotyczące ról społecznych (mężczyzna wnoszący zakupy i wyprowadzający psa, kobieta sprzątająca mieszkanie). Językowo spot wygląda tak, że kobieta mówi dużo i emocjonalnie („Tomuś…”, Uff, ale męczące te zakupy”, „pierwszy śnieg…”), a mężczyzna odzywa się raz, na samym końcu: „Opony muszę zmienić”.

Stereotypizacja, jak to bardzo często bywa, komunikowana jest w konwencji sympatycznego żartu. Nie zmienia to jednak faktu, że stereotypizacją pozostaje. Trudno odpowiedzieć na pytanie, czy jest efektywna, bo trzeba byłoby zaprojektować badanie, w ramach którego udałoby się oddzielić czynniki związane z ową steretypizacją od innych czynników, które – potencjalnie – decydują o efektywności przekazu.

 

258 stasiuk krajewska

O autorce

dr Karina Stasiuk-Krajewska – zajmuje się etyką w dziennikarstwie, public relations i reklamie, a także budowaniem wizerunku, teorią komunikacji i mediów oraz kulturą popularną. Interesuje się rolą odbiorców i interpretacją przez nich tekstów kultury popularnej. Na wrocławskim wydziale Uniwersytetu SWPS prowadzi zajęcia z zakresu nauki o komunikowaniu, kultury popularnej, public relations, etyki reklamy i PR.

Stereotypowy obraz starości jako kresu ludzkiej egzystencji, silnie zakotwiczony w naszych umysłach, bardzo się… zestarzał. Dziadkowie mają nam dzisiaj przypominać, że starość jest integralną częścią naszego świata i że powiązane z nią normy stale się zmieniają – mówi filmoznawca i kulturoznawca dr Karol Jachymek ze School of Ideas Uniwersytetu SWPS.

W języku polskim istnieje wiele słów odnoszących się do starości. Powszechnie mówi się o matuzalemowych latach, trzecim lub złotym wieku, jesieni, wieczorze i zmierzchu życia czy drugiej młodości. Przypadkowi starsi ludzie stają się w naszych oczach babcią lub dziadkiem, emerytką lub emerytem, starowinką lub staruszkiem, seniorką lub seniorem, a czasami nawet, kiedy kieruje nami gniew - staruchem, piernikiem, dziadem, geriatrą i zgredem. Czy takie bogactwo określeń, zwłaszcza pozytywnych, może oznaczać, że w naszej kulturze starość odgrywa niezwykle istotną rolę, a w naszych umysłach zajmuje ważne i szanowane miejsce? A może każde z tych słów jest przede wszystkim swoistą ucieczką, podświadomym unikiem, chytrym fortelem, które, zestawione razem, uświadamiają nam w gruncie rzeczy, że współcześnie wyraz „starość” nie niesie już ze sobą neutralnych sensów, dlatego też musiał zostać obudowany siecią synonimów?

W świecie, który stawia na młodość i kult ciała, starość jest najczęściej niezauważana lub - w najlepszym wypadku, przezroczysta. Tendencja ta może niepokoić tym bardziej, jeśli uświadomimy sobie, że żyjemy w czasach ogromnych przemian demograficznych i postępującego starzenia się społeczeństw. Oznacza to, że na świecie z każdym rokiem będzie żyło coraz więcej osób starszych, w związku z czym nasze myślenie o starości, zbudowane na wykluczeniu i marginalizacji, powinno zostać przeformułowane.

Człowiek na bocznym torze

Zmiany w społeczno-kulturowym postrzeganiu starości nastąpiły w Polsce mniej więcej w latach 60., a więc w czasach, kiedy nastąpił zmierzch autorytetu i godności starszych osób. Zjawisko to było w istocie konsekwencją wielu różnych czynników. Dynamiczny rozwój kultury młodzieżowej, przeważająca liczba młodych w strukturze społecznej, coraz mniej konserwatywne podejście do sfery obyczajów, wzrost znaczenia relacji koleżeńskich, rówieśniczych i pozarodzinnych, konieczność nadążania za stale zmieniającym się stanem wiedzy, przewartościowania na rynku pracy, upowszechnienie i łatwość dostępu do edukacji – wszystko to w rezultacie wpłynęło na pozycję społeczną osób starszych. Jak pisał na przełomie lat 60. i 70. Marcin Czerwiński: „Znaczna część ludzi starych cierpi dziś z powodu przeszkód w odnawianiu swego poczucia społecznej godności. Mam na myśli – rzecz jasna – nie osoby zniedołężniałe, lecz tych, którzy zszedłszy na boczny tor mniej odpowiedzialnych zajęć lub emerytury, zachowali jeszcze co najmniej minimum sił fizycznych i umysłowych. Ze strony tych ludzi nierzadko słyszy się skargi, które sprowadzają się do stwierdzenia: «Nie jesteśmy potrzebni.»” (Marcin Czerwiński, „Przemiany obyczaju”).

Dziadkowie mogą się wreszcie buntować przeciw wszystkim dotychczasowym, stereotypowym rolom i zadaniom, bo żyją już przecież w zdecydowanie innym świecie.

Święto starości czy „pozytywna” dyskryminacja

Co ciekawe, również w latach 60. zrodził się w Polsce pomysł ustanowienia Dnia Babci – święta honorującego w pewien sposób osoby starsze. Wydaje się, że powołanie tego święta paradoksalnie zaprzecza zmianom w postrzeganiu starości, jakie nastąpiły w Polsce w tym samym czasie. Jego obchody umieściły przecież starość w samym centrum, akcentując przy tym jak ważną rolę odgrywa ona w naszej codzienności. Czy jednak takie święto, ten jeden dzień, nie jest jednak swoistą metaforą tego procesu? Czemu bowiem powinniśmy celebrować starość tylko w tym jednym momencie? Czy wprowadzenie, czy też w ogóle wykreowanie Dnia Babci nie doprowadziło w konsekwencji do myślenia o starości wyłącznie w kontekście relacji rodzinnych? A co z osobami samotnymi i singlami z wyboru, którzy nie wpisują się w ten rodzaj powiązań?

Można chyba zaryzykować stwierdzenie, że otoczka towarzysząca Dniu Babci stanowi przykład pozytywnej dyskryminacji powiązanej z ageizmem, czyli zbiorem „przekonań, uprzedzeń i stereotypów mających swe podstawy w biologicznym zróżnicowaniu ludzi, związanym z procesem starzenia się, które dotyczą kompetencji i potrzeb osób w zależności od ich chronologicznego wieku” (Piotr Szukalski, „Ageizm – dyskryminacja ze względu na wiek“). Chcąc zrozumieć na czym miałaby polegać owa „pozytywna” dyskryminacja, trzeba odpowiedzieć sobie na jedno pytanie: czy wszystkie „babcie” muszą mieć siwe włosy, umieć świetnie gotować, być wyrozumiałe i każdą chwilę spędzać ze swoimi wnukami, o których nieustannie myślą, i na których odwiedziny ciągle czekają? Oczywiście, że nie muszą, mimo iż na pewno wszystkie te cechy wzbudzają w naszej kulturze miłe, dobre, serdeczne i ciepłe skojarzenia, utrwalając równocześnie kolejny, niezwykle popularny stereotyp dotyczący starości. W tym przypadku jak najbardziej „pozytywny”, choć tak samo mylący i nie do końca prawdziwy.

Co może dziadek?

Po co nam zatem dziadkowie? Na pewno mogą odgrywać ważną rolę w wychowaniu najmłodszych pokoleń, przekazując im niezbędne później wartości. Mogą opiekować się swoimi wnukami, dla których niekiedy mają znacznie więcej czasu niż dla swoich dzieci. Mogą rozpieszczać i łamać rodzicielskie zasady. Opowiadać historie i przekazywać wiedzę na temat rodzinnych korzeni. Bawić się, chodzić na długie spacery i kupować prezenty. Mogą rozwijać wrażliwość wnuków, wpływać na kształt ich osobowości, uczyć bycia dobrym człowiekiem, być wzorem, autorytetem, mędrcem i wzbudzać zasłużony podziw. Mogą pomagać w nauce i uczyć wykonywania różnych czynności domowych. Również doradzać, podsuwać rozwiązania, pełnić funkcję uważnego i zaufanego powiernika. Mogą wspomagać finansowo, sprzątać lub zajmować się domem. Przede wszystkim mogą jednak buntować się przeciw wszystkim tym rolom i stawianym im zadaniom, bo żyją już przecież w zdecydowanie innym świecie od tego, w którym takie role wydawały się oczywiste.

Zmiany demograficzne związane z nieustającym starzeniem się społeczeństwa to wielkie wyzwanie. Szczególnie wobec wszechobecnemu dzisiaj „młodocentryzmu”, przy którym starość stoi w drugim planie, na uboczu i ma powielać utrwalone w naszej kulturze klisze, dystrybuowane m.in. przez przekazy medialne. W taki właśnie sposób funkcjonuje szeroko rozumiana popkultura, która od wielu już lat serwuje nam stateczny obraz osób starszych. Podobnie działają powszechnie obowiązujące normy społeczne, które tłumaczą nam, co wypada robić, a czego nie, w kolejnych etapach naszego życia. Musimy jednak pamiętać, że żyjemy obecnie w kompletnie innych czasach.

Dzisiaj ten stereotypowy obraz starości jako kresu naszej egzystencji, silnie zakotwiczony w naszych umysłach, jest już odrobinę (nomen omen) przestarzały. Po co nam więc dziadkowie? Otóż choćby po to, żeby nieprzerwanie przypominać nam, że starość jest integralną częścią naszego świata i że powiązane z nią normy stale się zmieniają.

A muzyka gra dla wszystkich

Ciekawy przykład potwierdzający zachodzące zmiany stanowi Dancing Międzypokoleniowy – start up wymyślony i koordynowany przez Paulinę Braun, aktywistkę i działaczkę miejską. W ramach tego projektu m.in. powstała szkoła didżejska dla seniorów – DJs Senior Academy, w której osoby starsze mogą nauczyć się zupełnie nowych umiejętności, zyskując dzięki temu nowy zawód (dość powiedzieć, że z Dancingiem Międzypokoleniowym związana jest chociażby DJ Wika, nazywana „najstarszą didżejką w Polsce”). Paulina Braun zainicjowała również powstanie agencji castingowej zrzeszającej seniorów (i przedstawicieli mniejszości narodowych), których można „wynająć” na potrzeby różnych produkcji filmowych i telewizyjnych. Przede wszystkim jednak projekt Dancing Międzypokoleniowy znany jest z cyklicznych imprez i eventów tanecznych organizowanych w najmodniejszych klubach i innych „gorących miejscówkach” w całej Polsce. Imprezy te, podczas których można potańczyć do „starej” i „nowej” muzyki granej przez „starych” i „młodych” didżejów, za każdym razem cieszą się ogromną popularnością i zainteresowaniem. Co jednak najważniejsze, mimo iż odbywają się one w miejscach, które można by nazwać przybytkami młodości, nie mają żadnych ograniczeń związanych z wiekiem. Na imprezy przychodzą więc zarówno „starzy” i „młodzi”, ludzie o różnych kolorach skóry i orientacjach psychoseksualnych, wreszcie przedstawiciele różnych narodów czy mniejszości etnicznych. Wszystko oczywiście po to, aby przełamywać stereotypowy obraz starości utrwalony w naszej kulturze i przeciwdziałać towarzyszącym mu wykluczeniom. Ale również po to, aby udowodnić, że w dzisiejszych czasach nie powinno się już tworzyć jakichkolwiek podziałów, i że twórczy, budujący dialog pomiędzy pokoleniami jest jak najbardziej możliwy, a nawet konieczny.

Spotkanie w połowie drogi

Mimo iż projekt Dancing Międzypokoleniowy na pierwszy rzut oka wydaje się mieć więcej wspólnego z zabawą niż poważną diagnozą społeczną, uwydatnia on niezwykle palący problem, z jakim się współcześnie mierzymy. „Starość” i „młodość” to bowiem często dwa zupełnie odrębne światy, które często starają się wzajemnie nie dostrzegać i przypisują szereg nieprawdziwych w gruncie rzeczy przywar. W rzeczywistości przemian demograficznych musimy jednak nauczyć się zgodnej koegzystencji, wymazując z naszego myślenia stereotypowe wizerunki, które przyczyniły się do ukonstytuowania często wykluczających się przekonań. W tym celu warto się na chwilę zatrzymać, spotkać w połowie drogi i poznać siebie nawzajem.

Dancing Międzypokoleniowy to najlepszy przykład, że to współgranie jest możliwe. Każdy z nas ma przecież własną historię, posiada doświadczenie i umiejętności, czas, którym bez trudu może się podzielić, stawiając tym samym fundamenty międzypokoleniowego pomostu. W ostatnich latach tego typu projekty, swego rodzaju systemy wzajemności, stają się zresztą w naszym kraju coraz bardziej popularne, a ich oferta jest dosyć różnorodna. Możemy więc zdecydować się np. na wspólne strzelanie z łuku i inne zajęcia sportowe, wieczorki taneczne, działania artystyczne, naukę robienia przetworów, języków obcych czy obsługi komputera i urządzeń mobilnych. Po co nam bowiem dziadkowie? A po co my naszym dziadkom?

 

Artykuł był publikowany w listopadowym wydaniu "Newsweek Psychologia Extra 4/17”. Czasopismo dostępne na stronie »

Znalezione obrazy dla zapytania karol jachymek

O autorze

dr Karol Jachymek - kulturoznawca, filmoznawca, członek kadry i współtwórca School of Ideas Uniwersytetu SWPS, nowoczesnego kierunku poświęconego projektowaniu innowacji społecznych i społeczno-biznesowych. Zajmuje się społeczną i kulturową historią codzienności oraz kinematografii (w szczególności polskim kinem popularnym i kinem okresu PRL-u), a także zagadnieniem filmu i innych przekazów (audio)wizualnych jako świadectw historycznych oraz problematyką ciała, płci i seksualności.

Styl życia stał się strategią życiową i ramą dla wyborów konsumenckich. Nie wystarczy już jedynie żyć. Trzeba demonstrować jakość tego życia w postaci autowizerunków i oznak przynależności - wyjaśnia prof. dr hab. Wojciech Burszta, antropolog i kulturoznawca z Uniwersytetu SWPS.

Life-style czy lifestyle? - źródło i definiacja pojęcia

Według Oxford English Dictionary pojęcia „life-style" użył jako pierwszy Alfred Adler w 1929 r., odnosząc je do cech charakteru jednostki nabywanych we wczesnym dzieciństwie, rządzących jej reakcjami i zachowaniami. Do lat 70. XXw. styl życia miał głównie konotacje psychologiczne i w angielszczyźnie obowiązywała jego pisownia z łącznikiem. Mimo że pojecie było nieobecne w większości kompendiów z połowy minionego stulecia, to nie znaczy, że humanistyka i nauki społeczne nie interesowały się różnymi sposobami życia poszczególnych grup ludzi z punktu widzenia zarówno pionowej (hierarchicznej), jak i poziomej (w obrębie jednej grupy) stratyfikacji społeczeństw kapitalistycznych.

Prekursorzy badań, Thorstein Veblen, Maks Weber i Georg Simmel, zwracali uwagę, że wraz z bogaceniem się i dysponowaniem coraz większą ilością czasu wolnego ludzie zaczynają w nowy, świadomy sposób kształtować własne życie i nadawać mu znaczenie. Nie wystarczy już jedynie żyć, trzeba demonstrować jakość tego życia w postaci odrębnych sposobów, jakości czy - właśnie - stylów życia jako swoistych autowizerunków i oznak przynależności. W wyniku badań rynku w USA w latach 70. life-style zamienił się w dzisiejszy lifestyle, powiązany wyłącznie ze sferą praktyk konsumpcyjnych.

Life-style to połączenie pojęć wymagających krytycznego namysłu nad sposobami, w jaki można je łączyć: w jaki sposób life zależy od styles narzuconych przez grupę dominującą. Forma lifestyle naturalizuje pojęcie i pozbawia społecznego kontekstu. Na magiczno-hipnotyczne działanie podobnych zbitek zwracał uwagę Herbert Marcuse. Miał rację - pojęcie stylu życia należy dziś do repertuaru terminów, które na dobre urwały się ze smyczy nauki i funkcjonują zwykle w ścisłym związku z kulturą konsumpcyjną.

Mamy dziś nieprzebrane bogactwo definicji stylu życia, głównie w literaturze promującej go jako wartość związaną ze szczególnym pomysłem na autowizerunek. Wszystkie utożsamiają lifestyle z refleksyjnym, biograficznym projektem budowania tożsamości i autoprezentacji, opartym na konsumpcj i symbolicznych wymiarach dóbr materialnych, zwłaszcza z dziedziny kultury, usług i rozległego pola skomercjalizowanych doświadczeń (wojaże, sporty ekstremalne, zabiegi pielęgnacyjne etc.). 

Styl życia - strategią życiową

Styl życia stał się strategią życiową, ramą interpretacyjną konsumenckich wyborów, sugeruje swobodne decyzje co do symbolicznych i estetycznych przyjemności wypełniających sens udanego i zmiennego w treści lifestyle'u. Już nie dziwią ogłoszenia, że nowo budowane osiedle oferuje „najlepszy miejski styl życia", ani zachęta, abyśmy „przeżyli życie stylowo", kupując określony typ mebli. Z „National Geografic" dowiemy się, czym różni się nasz styl życia od „lifestyle of hyenas" (w naturalnym środowisku, nie w filmach Disneya). Styl życia mają też, a jakże, koty i psy, dlatego należy im kupić np. kurczaka po prowansalsku.

Główna zasada nakazuje wybierać, by nie tylko po prostu żyć, ale demonstrować styl tego życia. „Kupuję, więc jestem" oznacza, że rodzaj i jakość zakupionych przedmiotów zezwalają na kategoryzowanie ludzi według kryteriów konsumenckich preferencji, mimo iż nie muszą oni poza  tym mieć żadnych wspólnych cech: zatrudnienie, przekonania polityczne, preferencje seksualne nie wchodzą bezwarunkowo w skład listy wyznaczników stylu życia.

Brytyjski socjolog Anthony Giddens uważa, że styl życia stał się koniecznością w warunkach późnej nowoczesności, choć to pojęcie brzmi nieco trywialnie, gdyż najczęściej kojarzy się z powierzchownym konsumeryzmem. Przy bliższym oglądzie okazuje się, że „mamy jednak do czynienia ze zjawiskiem znacznie bardziej fundamentalnym, niż wynikałoby to z takich skojarzeń" - pisze Giddens w książce „Nowoczesność i tożsamość". I dodaje: „W warunkach późnej nowoczesności każdy ma jakiś styl życia i w dodatku jest do tego w istotnym sensie zmuszony: nie ma wyboru - trzeba wybierać". Giddens przyznaje, że pojęcie stylu życia wiąże się głównie ze sferą konsumpcji, jako że pozostaje ona w większym stopniu pod kontrolą jednostki, zwłaszcza jeśli porównać ją ze sferą pracy, choć ta ostatnia nie jest całkowicie oddzielona od sfery wyboru.

Trudno jednak byłoby analizować realia, w których zmuszeni są żyć bezrobotni w terminach ich (przymusowego?) stylu życia! Ma rację Zygmunt Bauman, pisząc o unemployed (bezrobotnych) jako „konsumentach z defektem", którzy wypadli z horyzontu stylu życia i znajdują się na uboczu warstwy społecznej. Im pozostaje life, a tego nie daje się wystylizować i obudować znakami identyfikacyjnymi.

 

Już nas nie dziwią ogłoszenia, że nowo budowane osiedle oferuje „najlepszy miejski styl życia”. Ani zachęta, abyśmy „przeżyli życie stylowo” kupując określony typ mebli. Dzisiaj styl życia mają nawet koty i psy.

Kultura przeróbek

Do niedawna styl życia ściśle wiązał się z poziomem konsumpcji dóbr materialnych, ale coraz częściej staje się sposobem życia zorientowanym wprawdzie głównie na siebie, ale odwołującym się do wartości niematerialnych. W takim rozumieniu mieszczą się idee związane ze zdrowiem i edukacją. „Zdrowy styl życia" i „uczenie się jako styl życia" odwołują się więc do jakości życia.

O ile przełom XX i XXI w. można określić jako erę refleksyjności, o tyle drugą dekadę XXI w. coraz powszechniej nazywa się erą reinwencji. Refleksyjność zakładała świadome kształtowanie tożsamości, zwłaszcza wydajnych i na tyle elastycznych, by sprostać wyzwaniom neoliberalnego modelu życia. Dziś kulturowym imperatywem staje się transformacja praktyk społecznych. Zabiegi liderów biznesu, polityków, trenerów osobistych, a także przedstawicieli neuronauk, kładą nacisk na elastyczną, nieustającą reinwencję jako jedyną właściwą jednostkową reakcję na życie w świecie zglobalizowanego neoliberalizmu.

Jeśli przyjąć za profesor nauk politycznych Wendy Brown, że nadążać oznacza podzielać cechy konstytutywne tej koncepcji świata, to sprowadza się to do akceptacji trzech zasad: 

  1. życie polityczne sprowadza się do ekonomii, i wszystko, włączając indywidualne działania, ocenia się zgodnie z regułami „racjonalności" i korzyści (zysku);
  2. sukces państwa ocenia się w terminach wzrostu ekonomicznego, musi więc ono „myśleć i działać jak aktor na rynku we wszystkich funkcjach, także w dziedzinie prawa;
  3. racjonalność rynku rozciąga się na jednostki, oczekuje się, że wszyscy będziemy przedsiębiorczy i gotowi do „reinwencji"; indywidualną moralność osądza się według kryterium dbania o siebie, od każdego oczekując odpowiedzialności za czyny we wszystkich sferach życia.

Państwo staje się swoistym autorytarnym narzędziem dbania o interesy neoliberalnej gospodarki, a podmioty, nazywane wolnymi obarczone są coraz większymi ograniczeniami. A także zmuszone do reinwencji permanentnej. Ci, którzy nie dają się zarządzać w taki sposób, z definicji stają się podejrzani i państwo rości sobie prawo do ich specjalnego traktowania. Jak to ujęła w książce „Millennial Capitalism" antropolożka Jean Comaroff, w czasach neoliberalnych „nie chodzi już tylko o to, że osobiste jest polityczne, ale że osobiste jest jedyną istniejącą polityką".

Każdy, kto czuje się ofiarą neoliberalnej gospodarki, musi uwzględniać własną odpowiedzialność za porażkę. Już nie tyle refleksyjność się liczy, ile, powiedzmy, refleks w strategiach reinwencji osobistej po to, aby niejako metaforycznie przylegać do świata, który coraz mniej obiecuje, a więcej wymaga. Socjolog Anthony Elliott mówi wręcz o bziku reinwencji, sprawiającym, że reinwencja staje się rodzajem „kultury stylizacji" albo „przeróbek", polegającej na demonstrowaniu jednostkowej gotowości do zmiany, elastyczności i permanentnej adaptacji. Nazwałbym to pragnieniem zmiennokształtności zewnętrznego wizerunku i pragmatyzacją ego. 

Przymus ruchliwości

Kilkanaście lat temu refleksyjność wiązała się z nadzieją i optymizmem oraz różnymi formami oparcia w instytucjach doceniających jednostkowe osiągnięcia. Dziś korporacyjny świat nie ocenia jednostek według kryteriów poprzednich osiągnięć, ale wedle deklarowanej woli i skłonności do podejmowania zmian. W ten sposób „lęk i niepewność swobodnie dryfują poza życiem organizacyjnym". Niepewne własnego losu są oczywiście jednostki, które nie mają już czasu na „refleksyjność", ale muszą być w ciągłej gotowości do zmiany, czemu służyć mają różne strategie reinwencji. W sytuacji, kiedy elastyczny kapitalizm ma obsesję organizacyjnych restrukturyzacji, ludzie, których biografie są coraz bardziej biografiami zawodowymi - pracodawcy, pracownicy, konsumenci, rodzice, dzieci - wszyscy poddają się presji reinwencji.

Kluczowe dla tych strategii są szybkość i bycie w nieustannym ruchu. Żyjemy w czasach globalnego słowotoku cyfrowych słowoobrazów, co wyznacza też kontekst dla reinwencji. Ale reinwencja ma także stronę mniej mroczną: powoduje wzrost postaw zorientowanych na wartości i popularność uczestniczącego stylu życia. Wpisuje się on w ogólniejszy trend ruchliwości i polityki zdrowego, wydajnego życia. Reinwencja związana z byciem w ruchu musi więc uwzględniać też tak banalne, zdawałoby się, praktyki, jak kariera jeżdżenia rowerem, mitologia biegania dla zdrowia, ale i uczestnictwo w biathlonach czy inne formy demonstrowania tężyzny jako oznaki naturalnej społecznej przydatności.

W wolnej chwili zaś, kiedy pragniemy odpocząć od przymusu ruchliwości, mamy do wyboru uspokajającą strategię reinwencji w ramach mindfulness. Coraz częściej wybierana jest ona subiektywnie po to, aby odzyskać to, co bycie w nieustającym ruchu i szybkości tracimy: skupienie, chwilę wytchnienia i odpoczynku w wyścigu, o którym tak przejmująco pisze John Maxwell Coetzee w „Zapiskach ze złego roku": „Metaforyczna wizja działalności gospodarczej jako wyścigu czy też turnieju wydaje się trochę niejasna w szczegółach, lecz jeśli istotnie jest to wyścig, najwidoczniej nie ma on mety, a więc i naturalnego zakończenia. Jedyny cel zawodnika stanowi wysforowanie się na czoło i utrzymanie tej pozycji. Nikt nie pyta, dlaczego życie koniecznie trzeba przyrównywać do wyścigu, ani czemu gospodarki różnych krajów muszą się ścigać, zamiast po przyjacielsku razem sobie potruchtać dla zdrowia.

Wyścig, rywalizacja: tak to już jest. Z natury rzeczy należymy do odrębnych narodów, narody rywalizują z innymi narodami. Jesteśmy tacy, jakimi nas stworzyła natura. Świat jest dżunglą (tak oto mnożą się metafory), gdzie każdy gatunek konkuruje z wszystkimi innymi o przestrzeń i pożywienie. Pamiętajmy jednak, że nie jest to strategia powrotu do tego typu refleksyjności, którą miał na myśli Giddens. Jak bowiem piszą znawcy tej formy praktyki, nie należy mylić uważności (mindfulness) z refleksyjnością (ang. również mindfulness). Mindfulness to „uważność" albo „uważna obecność" w sensie elastycznego stanu umysłu, w którym jesteśmy aktywnie zaangażowani w teraźniejszość, zauważając nowe rzeczy i będąc wrażliwi na kontekst. Praktycy odróżniają ten stan od bezrefleksyjności (ang. mindlesness), kiedy zachowujemy się zgodnie z wzorem naszego zachowania uformowanego w przeszłości, która zamyka nas w pojedynczej, ograniczonej perspektywie i uniemożliwia drogę ku alternatywnym sposobom myślenia.

Mindfulness widziane z antropologicznej perspektywy, daje czasowe złudzenie wyłączenia ze świata i wpisuje się w bardziej zindywidualizowaną formę reinwencji, zawieszającą to wszystko, do czego i tak trzeba będzie powrócić. W tym wypadku mamy do czynienia z ruchem kolistym, mindfulness to przystanek na niekończącej się drodze ku maksymalnej doskonałości przystosowania. Podobnie jak wszystkie style życia - historyczne i dzisiejsze, nietrwałe i ciągle ewoluujące.

 

Artykuł był publikowany w majowym wydaniu "Newsweek Psychologia Extra 2/16”. Czasopismo dostępne na stronie »

258 wojciech burszta

O autorze

Prof. dr hab. Wojciech Józef Burszta - antropolog i kulturoznawca, eseista i krytyk kultury, wykładowca i kierownik Katedry Antropologii Kultury Uniwersytetu SWPS, profesor Instytutu Slawistyki PAN. Interesuje się teorią i praktyką współczesnej kultury, w tym popkultury i popnacjonalizmu. Zajmuje się badaniami z kręgu antropologii współczesności i kulturoznawstwa, ze szczególnym uwzględnieniem problematyki mitu i symbolu, a także zjawiskami kontestacji i anarchii w społeczeństwach liberalnych.

 

kanały

zobacz też

strefa psyche strefa designu strefa zarzadzania strefa prawa logo