logo

logo uswps nazwa 3

Pandemia przyspieszyła proces przechodzenia chińskich konsumentów w rzeczywistość cyfrową. Chiny są już zdecydowanie największym na świecie rynkiem e-commerce oraz liderem w płatnościach mobilnych. Smartfon stał się podstawowym narzędziem nie tylko kontaktu z innymi, ale też szerokiego funkcjonowania w codzienności – czego nie można znaleźć na smartfonie i załatwić online, nie istnieje. Czy w takim świecie jest jeszcze miejsce dla starej, dobrej książki? Czy Chińczycy jeszcze w ogóle czytają? Pisze o tym dr hab. Marcin Jacoby, prof. Uniwersytetu SWPS, kierownik Zakładu Studiów Azjatyckich.

Liczby i fakty

Najnowsze dane dotyczące czytelnictwa mogą szokować nawet tych, którzy wiedzą o tradycyjnym chińskim zamiłowaniu do wiedzy i edukacji. Rynek księgarski w Chinach rozwija się dynamicznie i ani myśli oglądać się za siebie. A jest tak dzięki czytelnikom, którzy w świecie coraz bardziej zaawansowanych technologii bynajmniej nie zapomnieli o czytaniu. Według danych organizacji OpenBook w zeszłym roku 81,3 proc. Chińczyków zadeklarowało, że czyta książki i jest to kolejny rok ze wzrostem czytelnictwa. W Polsce wg raportu Biblioteki Narodowej „Stan czytelnictwa w Polsce w 2020 roku” było to jedynie 42 proc., a zatem niemal dwa razy mniej, o liczbach absolutnych nie wspominając. Statystyczny Chińczyk czyta w ciągu roku 4,7 książek drukowanych i 3,29 cyfrowych. W Polsce dostępne są jedynie przybliżone dane, które wskazują, że nie przekraczamy poziomu trzech książek na dorosłego obywatela, a zatem ponad dwukrotnie mniej. Kolejna szokująca różnica dotyczy e-booków: z tej formy czytania książek korzysta tylko 5 proc. Polaków oraz… 33,4 proc. mieszkańców Państwa Środka.

To nie wszystko. Podczas gdy w naszych statystykach prym wiodą kryminały i różnego rodzaju czytadła, Chińczycy nastawieni są bardziej pragmatycznie – najlepiej sprzedają się poradniki poświęcone samorozwojowi oraz literatura dziecięca. Te pierwsze pomagają w zwiększeniu szans na lepszą pracę i bardziej udaną karierę zawodową. Książki dla dzieci postrzegane są w Chinach jako niezwykle ważny element wczesnego etapu kształcenia i na to nie szkoda rodzicom żadnych pieniędzy. Edukacja od lat stanowi przecież niezwykle intratny segment rynku: od książek i zabawek po szkoły wieczorowe, kursy językowe czy prywatne lekcje, na tym wszystkim można świetnie zarobić, ale też konkurencja jest ogromna.

Książka jak serial na Netfliksie

Sukces książki w dobie cyfrowej zasługuje na bliższe spojrzenie. To, że Chińczycy dużo czytają wcale nie oznacza, że siedzą w domu w głębokim fotelu z książką w jednej ręce i kubkiem herbaty w drugiej. Na to w zapracowanych i pędzących do przodu Chinach niewiele osób miałoby czas. Czyta się głównie w biegu: w transporcie publicznym w drodze między domem a pracą, czekając w knajpie na znajomych, na nudnych zebraniach, w każdej krótkiej chwili wolnego czasu, jaką można wygospodarować pomiędzy codziennymi obowiązkami. Właśnie dlatego karierę zrobiły książki publikowane w mediach społecznościowych w krótkich odcinkach – na stronę czy dwie tekstu zawsze znajdzie się czas. Publikowane w niemal niekończących się seriach, związują ze sobą czytelników na stałe, podobnie jak seriale telewizyjne czy netfliksowe.

Kluczem wydaje się zrozumienie potrzeb i możliwości czasowych odbiorów. Nie wystarczy napisać dobry tekst – trzeba też wiedzieć, jak wokół niego zbudować i utrzymać zainteresowanie. Do tego potrzebna jest nie tylko aktywna obecność w mediach społecznościowych i ciągła interakcja z czytelnikami, ale też rozszerzenie sposobu przekazywania treści. Bardzo często fragmenty książek nagrywane są w formie podcastów, czytane przez znanych aktorów czy prezenterów telewizyjnych. Nierzadko dobiera się do nich muzykę i warstwę wizualną: filmy, zdjęcia, animacje. Rosnąca część przekazu z formy treściowej zmienia się w formę audiowizualną. Taka wydaje się bardziej atrakcyjna dla odbiorców i nierzadko bardziej wygodna w użyciu – w końcu słuchać audiobooka przez słuchawki można nawet w pracy. Ale na koniec i tak zostaje książka i wcale się o niej nie zapomina. Cieszące się uznaniem odcinkowe dzieła internetowe, gdy już zbudują sobie solidną grupę wielbicieli, wydawane są w tradycyjnej formie drukowanej. Kupują je przede wszystkim wierni czytelnicy internetowi, którzy chcą mieć w rękach fizyczny obiekt zawierający to wszystko, co do tej pory znali z fragmentów dozowanych im przez wiele miesięcy. Jest to rodzaj podsumowania ich wcześniejszej przygody z dziełem i pamiątki dokumentującej ich zainteresowanie.

Nowe prawa rynku

Już dawno minęły czasy milionowych nakładów. Choć Chiny są wielkie, a miliard czterysta milionów obywateli to liczba robiąca duże wrażenie (gdy myśli się o potencjale rynkowym), współczesne książki drukowane są w stosunkowo małych nakładach, po kilka tysięcy egzemplarzy. Inaczej niż dawniej są też sprzedawane. Nie wystarczy położyć je na półce w księgarni, teraz muszą być promowane przez wideotuberów, czy w różnych programach internetowych poświęconych nowościom na rynku księgarskim. Autorzy biorą aktywny udział w sprzedaży: opowiadają o książce, odpowiadają na pytania na żywo, są szeroko dostępni, dbają o swoją rozpoznawalność w mediach społecznościowych. Książki są też z reguły przeceniane i jest to świadoma polityka sprzedażowa, a nie próba wietrzenia magazynów. Nikogo nie dziwi więc, że jakiś bestseller dostępny jest za 40, a nawet 30 proc. pierwotnej ceny – wydawca i tak nie zakładał, że sprzeda się bez obniżek.

Jaki z tego wniosek dla nas?

Czytelnictwo w dobie cyfrowej może sobie całkiem dobrze poradzić. Potrzeba tylko elastyczności i oderwania się od myśli, że „prawdziwe czytanie” to lektura papierowej wersji książki, i to od deski do deski. Wydawnictwa i sami autorzy pewnie będą musieli się z pokorą zniżyć do metod znanych raczej bardziej z telemarketingu i aktywnie nawiązywać relacje z czytelnikami, zachwalając swoje dzieła, podobnie jak w internecie sprzedaje się sprzęt AGD, kosmetyki czy bieliznę. Przede wszystkim jednak, chiński przykład pokazuje nam, że książka będzie stawać się jednym z wielu wehikułów narracji. Dana opowieść będzie dostępna we fragmentach w formie tekstowej, audio i audiowizualnej, a dopiero na sam koniec pojawi się fetyszyzowany przez nas obiekt kulturowego pożądania – pachnąca papierem i farbą drukarską stara dobra książka. 

 

258 marcin jacoby

O autorze
prof. Marcin Jacoby

Sinolog, tłumacz, ekspert zajmujący się zagadnieniami polityczno-społecznymi regionu Azji Wschodniej, szczególnie Chin i Republiki Korei. Na Uniwersytecie SWPS kieruje Zakładem Studiów Azjatyckich i prowadzi zajęcia z zakresu wiedzy o Chinach i Azji Wschodniej: literatury, sztuki i dyplomacji kulturalnej.

Chiny, Korea i Japonia borykają się z niełatwymi relacjami nie tylko w sferze polityki. Okazuje się, że również obszar tradycji kulinarnych nie jest wolny od niesnasek. Ostatnio głośno było o chińsko-koreańskiej kłótni o kimchi, podobny spór miał miejsce równo dwadzieścia lat temu między Koreą a Japonią. Kuchnie Chin, Korei i Japonii, choć tak różne od siebie, mają też wiele wspólnych elementów. Tradycje, potrawy i metody ich przyrządzania przenikały pomiędzy tymi narodami na przekór granicom i historycznym niechęciom. Japońskie sashimi i koreańskie hoe, koreańskie doenjanggu i japońskie miso, chiński zhajiang i jego koreańska wersja jajang, a do tego jeszcze indyjskie curry bijące rekordy popularności w Japonii i Korei – oto prawdziwy kulturalno-kulinarny galimatias. O kuchni i dziejach kulinarnych Azji Wschodniej porozmawiamy z dr Magdaleną Tomaszewską-Bolałek – orientalistką, badaczką kultury kulinarnej, kierowniczką Food Studies na Uniwersytecie SWPS. Spotkanie poprowadzi dr hab. Marcin Jacoby, prof. Uniwersytetu SWPS, kierownik Zakładu Studiów Azjatyckich Uniwersytetu SWPS.

Podcastu można też posłuchać na Spotify:

  • https://podcasts.apple.com/pl/podcast/strefa-kultur-uniwersytetu-swps/id1486199502
  • https://lectonapp.com/pl/audiobook/d6b68698-75a8-4b6e-8647-3e2d40be059b?_lst
  • https://www.empik.com/31-walka-o-tradycje-kuchnie-i-dzieje-kulinarne-azji-wschodniej-dr-magdalena-tomaszewska-bolalek-opracowanie-zbiorowe,p1272543453,ebooki-i-mp3-p

 

Interesujesz się kulturą? Dołącz do innych w grupie Strefy Kultur Uniwersytetu SWPS na Facebooku.

Cykl webinarów „Projekt Azja”

Kraj Kwitnącej Wiśni, Huawei i 5G, Kim Jong Un oraz orientalna kuchnia. Czy istnieje Azja bez uproszczeń i stereotypów? Jak odkryć jej prawdziwe oblicze, które nieczęsto zobaczymy w mediach? Cykl Strefy Kultur Uniwersytetu SWPS „Projekt Azja” przybliża najważniejsze zjawiska i procesy, jakie zachodzą obecnie w Chinach, na Półwyspie Koreańskim oraz w Japonii. Podczas każdego spotkania poruszamy inny temat i przyglądamy się obecnemu obliczu tej części świata oraz jej specyficznym uwarunkowaniom. Cykl „Projekt Azja” prowadzi prof. Marcin Jacoby – kierownik Zakładu Studiów Azjatyckich Uniwersytetu SWPS, sinolog i popularyzator wiedzy o Azji, który do wspólnej dyskusji zaprasza badaczy, ekspertów i praktyków zajmujących się Azją.

dr Magdalena Tomaszewska-Bolałek

dr Magdalena Tomaszewska-Bolałek
gość

Orientalistka, badaczka kultury kulinarnej, kierownik Food Studies na Uniwersytecie SWPS. Zdobywczyni nagród kulinarnych w tym: wielu Gourmand World Cookbook Awards, Prix de la Littérature Gastronomique, Diamond Cuisine Award i Nagrody Magellana. Zajmuje się historią i antropologią jedzenia, a także turystyką oraz dyplomacją kulinarną. Autorka książek:„Tradycje kulinarne Japonii”,, „Japońskie słodycze”, „Tradycje kulinarne Korei” oraz „Polish Culinary Paths”, „Tradycje kulinarne Finlandii” oraz „The Polish Table”.

258 Marcin Jacoby

Prof. Marcin Jacoby
prowadzący

Sinolog, tłumacz, ekspert zajmujący się zagadnieniami polityczno-społecznymi regionu Azji Wschodniej, szczególnie Chin i Republiki Korei. Na Uniwersytecie SWPS kieruje Zakładem Studiów Azjatyckich i prowadzi zajęcia z zakresu wiedzy o Chinach i Azji Wschodniej: literatury, sztuki i dyplomacji kulturalnej.

W Anchorage na Alasce 18 marca odbyło się pierwsze spotkanie administracji amerykańskiego prezydenta Joe Bidena z przedstawicielami władz Chińskiej Republiki Ludowej: Yang Jiechim, dyrektorem Biura Centralnej Komisji Spraw Zagranicznych Komunistycznej Partii Chin oraz ministrem spraw zagranicznych, Wang Yim. Ze względu na niespodziewanie ostry przebieg spotkanie było szeroko komentowane w mediach całego świata i stało się sygnałem rozpoczęcia nowego etapu w stosunkach dyplomatycznych między USA i Chinami – pisze dr hab. Marcin Jacoby, prof. Uniwersytetu SWPS, kierownik Zakładu Studiów Azjatyckich.

Chińscy wysłannicy odmówili wejścia w dobrze nam znaną amerykańską narrację odwołującą się do ładu światowego i wartości demokratycznego świata. Zamiast tego przeprowadzili szeroką krytykę amerykańskiej polityki zagranicznej: interwencji militarnych na całym świecie, wykorzystywania siły wojskowej i kontroli globalnego obiegu finansowego do zmuszania innych państw do uległości, przestarzałego, zimnowojennego sposobu myślenia, podwójnych standardów moralnych. W odpowiedzi na amerykańskie zarzuty dotyczące łamania praw człowieka, w Hongkongu i Xinjiangu mówili o „mordach na czarnoskórych Amerykanach, które przecież nie są problemem powstałym w ostatnich czterech latach”. W bardzo bezpośrednich słowach zaapelowali do amerykańskich gospodarzy spotkania, by zajęli się licznymi problemami społecznymi i kwestiami praw człowieka w samych Stanach Zjednoczonych, podkreślając przy tym, że w przeciwieństwie do USA, władza w Chinach cieszy się niezwykle szerokim poparciem społecznym.

Przebieg spotkania w Anchorage można by zbyć wzruszeniem ramion i stwierdzeniem, że to tylko kolejna dyplomatyczna utarczka słowna. Moim zdaniem tak jednak nie jest. Polityczna wymiana zdań pokazała, że na Alasce spotkały się dwie odmienne cywilizacje, których przedstawiciele myślą i wypowiadają się w różny sposób. To, czy uda im się porozumieć będzie miało ogromny wpływ na losy świata w najbliższych dziesięcioleciach. Choć jako Polakom i Europejczykom niewątpliwie bliżej nam do amerykańskiej perspektywy, warto spojrzeć z bliska, do jakich wartości i kategorii pojęciowych odwoływali się w swoich przemówieniach dwaj chińscy dyplomaci. Niezależnie od tego, czy uważamy ich argumentację za uzasadnioną.

Harmonia i pokój

W chińskim dyskursie politycznym niemal nieustannie można słyszeć o dążeniu do harmonii i umiłowaniu pokoju. Oba słowa łączy zresztą po chińsku ten sam znak „he”, są więc bardzo blisko ze sobą spokrewnione. Odwołują się do pragnienia równowagi, które jest głęboko zakorzenione w starożytnej myśli chińskiej i manifestuje się w filozoficznych podstawach zarówno konfucjanizmu, jak i taoizmu. Znajdujemy je w sztuce, muzyce czy medycynie chińskiej. Harmonia to stan idealny, a wszelkie zachowania ekstremalne zakłócają ten stan i powinny być napiętnowane. Chińczycy przedstawiają siebie jako „naród miłujący pokój”, a swoją historię jako dzieje państwa łagodnego i tolerancyjnego.

Tak oczywiście nie jest i nawet szybkie spojrzenie na dzieje Chin pokazuje nam tysiące wojen, powstań chłopskich, rzezie ludności, ekspansję terytorialną i tragedie podobne do tych, jakich przez wieki doświadczali mieszkańcy Europy. W odpowiedzi Chińczycy podkreślają, że obcy jest ich kulturze etos rycerza, zdobywcy, odkrywcy dzikich lądów i kolonizatora, który napędzał europejską ekspansję i globalną dominację. Chińczycy twierdzą, że zamiast zagarniać ziemie innych ludów i przyporządkowywać je sobie siłą, Państwo Środka dążyło raczej do współpracy i obopólnych korzyści. Chińscy wysłannicy w Anchorage kilkakrotnie przeciwstawili chińskie zamiłowanie pokoju oraz amerykańskie opieranie się na sile wojskowej i nadużywaniu rozwiązań militarnych.

Dialog i współpraca

Potęga cesarstwa chińskiego przez wieki bazowała przede wszystkim na sile handlu – do stolicy regularnie przybywali kupcy z tak dalekich krain, jak Półwysep Arabski, chińskie banki kontrolowały ruch pieniądza w niemal całej Azji Wschodniej i Południowo-Wschodniej, a chińskie dżonki handlowe dominowały w obrocie towarowym od Indonezji po Filipiny. Dobry kupiec potrafi dogadać się z każdym i z każdym robić interesy. Niezależnie od wyznania, języka, poglądówczy pochodzenia. Współcześnie dokładnie takie podejście stało za chińskimi inwestycjami na Półwyspie Indochińskim i w Afryce od lat 90., a dziś jest dewizą Inicjatywy Pasa i Szlaku. Chiny swoim partnerom handlowym z zasady nie stawiają żadnych warunków wstępnych dotyczących transparentności, praworządności czy swobód obywatelskich. Liczy się tylko biznes. Są tak samo skuteczne w handlu z Unią Europejską i USA, jak i z reżimami autorytarnymi. Nawet surowe warunki porozumienia handlowego tzw. pierwszej fazy, wymuszone przez Donalda Trumpa na przełomie 2019 i 2020 r., nie zdołały wytrącić z równowagi władz chińskich. Jej przedstawiciele wierzą niezmiennie, że tam, gdzie obydwie strony widzą interesy, tam możliwy jest dialog i współpraca. Chińscy dyplomaci w marcowym starciu na Alasce wielokrotnie podkreślali, że mimo różnic ideologicznych i napiętych relacji zawsze są gotowi usiąść z Amerykanami do stołu negocjacyjnego.

Każda cywilizacja i każdy naród ma taki system, jaki mu najbardziej odpowiada

Na krytykę ze strony zachodniego świata, że Chiny popierają systemy autorytarne (np. Iran i Koreę Północną) i same gnębią swoich obywateli (w Xinjiangu i Hongkongu), władze w Pekinie odpowiadają następująco: demokracja parlamentarna nie jest uniwersalnym rozwiązaniem do zastosowania wszędzie na świecie, a tym bardziej systemem obiektywnie górującym nad innymi.

Odwołują się przy tym najpierw do swojej długiej historii imperialnej, by później z rosnącą dumą wyliczać niekwestionowane sukcesy ekonomiczne i społeczne chińskiej transformacji ostatnich 40 lat pod rządami Komunistycznej Partii Chin. Nawołują demokracje zachodnie do szacunku dla systemów wypracowanych przez inne państwa i inne cywilizacje na zasadach wzajemności: my nie mówimy wam, żebyście pozbyli się demokracji i wprowadzili system monopartyjny, taki jak nasz, więc wy również uszanujcie naszą drogę „socjalizmu o chińskiej specyfice”.

Wpisuje się to w szerszy, postkolonialny dyskurs podważający uniwersalny charakter wartości wypracowanych przez kulturę europejską. Badacze i politycy od Chin po Indie podkreślają, że ich starożytne cywilizacje mają swoje własne wartości, takie jak odpowiedzialność społeczna czy nacisk na dobro kolektywne zamiast na wolność jednostki. A zamiast dyskutować, który zestaw wartości jest lepszy, wystarczy przyjąć, że każdy ma swoje i powinien się tego trzymać. Chińczycy w Anchorage dali Amerykanom jasno do zrozumienia, że ci nie mają monopolu na prawdę i powinni powstrzymać się od ocen polityki chińskiej w kategoriach moralnych.

Zacznij od siebie, zanim będziesz pouczać innych

18 marca Amerykanie usłyszeli, że stracili moralne prawo do pouczania innych narodów i że powinni zająć się swoimi własnymi problemami, zanim zaczną krytykować innych. Te uwagi idą dalej niż tylko wypunktowanie amerykańskich niepowodzeń w walce z pandemią, chaosu politycznego czasu ostatnich wyborów prezydenckich czy napięć rasowych. Chińczycy odwołują się do konfucjańskiego etosu samodoskonalenia, w myśl którego człowiek, który sam nie świeci przykładem, nie jest wiarygodny i przez to spotyka go klęska. Konfucjański idealny władca zaczyna od siebie, potem zajmuje się własną rodziną, wioską, powiatem. Dopiero na sam koniec jest gotowy stawić czoło odpowiedzialności rządzenia całym państwem. Krytyczne spojrzenie do wewnątrz i na samego siebie jest stale obecne w kulturze chińskiej. Właśnie do tego nawiązywał Yang Jiechi, gdy w ostrych słowach odpowiadał na amerykańską krytykę chińskiej polityki w Hongkongu.

Gra na nowych zasadach

Jak często bywa, tłumaczenie na język angielski słów Yang Jiechiego i Wang Yiego, których słuchali na żywo Antony Blinken i Jake Sullivan, nie było idealne. Również dlatego, że chińscy dyplomaci nie robili przerw, które umożliwiłyby tłumaczce dokładniejszy przekład fragment po fragmencie. Wiele treści pozostało nieprzekazanych, a wydźwięk innych uległ złagodzeniu. Jestem jednak pewien, że Amerykanie później dokładnie przestudiowali wypowiedzi swoich chińskich gości i odkryli, jak bezpardonowa i bolesna była krytyka pod ich adresem.

Chińscy politycy to wytrawni gracze i w Anchorage oglądaliśmy zapowiedź tego, jak mogą wyglądać kolejne spotkania przedstawicieli tych dwóch, coraz ostrzej rywalizujących ze sobą mocarstw. Dalszy dialog możliwy będzie tylko wtedy, gdy Amerykanie lepiej przygotują się do kolejnych rozmów – z większą pokorą dla cywilizacji Państwa Środka. Uda im się oprzeć chińskiej sile perswazji, jeśli lepiej poznają swojego adwersarza i będą potrafili konstruować riposty działające nie tylko w naszym, ale też chińskim kręgu kulturowym. Na razie dali prezent obywatelom ChRL, którzy z radością i satysfakcją wysłuchali, jak chińscy dyplomaci rugają swoich amerykańskich odpowiedników na ich własnym terenie.

258 marcin jacoby

O autorze
prof. Marcin Jacoby

Sinolog, tłumacz, ekspert zajmujący się zagadnieniami polityczno-społecznymi regionu Azji Wschodniej, szczególnie Chin i Republiki Korei. Na Uniwersytecie SWPS kieruje Zakładem Studiów Azjatyckich i prowadzi zajęcia z zakresu wiedzy o Chinach i Azji Wschodniej: literatury, sztuki i dyplomacji kulturalnej.

Jesteśmy świadkami historycznych przemian geopolitycznych, których konsekwencje wpływają na cały świat, również na Polskę. Wydaje się, że „jednostronny moment” trwający od lat 90. ubiegłego wieku, w jakim Stany Zjednoczone niepodzielnie królowały jako globalny lider militarny, polityczny i gospodarczy, ma się ku końcowi. Od paru lat obserwujemy wyraźne osłabienie amerykańskiego giganta i rosnący wpływ Chin na kształt gospodarki i polityki naszego globu. Jednocześnie, rosną napięcia pomiędzy obydwoma mocarstwami i pogłębiają się podziały między demokracjami Zachodu, a takimi państwami, jak Chiny czy Rosja. Postępuje deglobalizacja, powracają niepokoje społeczne i antagonizmy, które wydawały się przynależeć do zamkniętych już kart historii.

W tej zmieniającej się dynamice Azja, a szczególnie Chiny, stają się coraz ważniejsze. W rozmowie z prof. Bogdanem Góralczykiem poruszamy najważniejsze tematy związane z procesem przeniesienia globalnego centrum z Atlantyku na Pacyfik – w wymiarze gospodarczym i technologicznym. Odnosimy się do wpływu pandemii COVID-19 na światową równowagę gospodarczą, dyskutujemy o porozumieniu celnym RCEP i innych porozumieniach regionalnych. Nasz gość przybliża też obecne założenia polityki zagranicznej Chin oraz ich najważniejsze procesy wewnętrzne. Nie omijamy też kwestii Hongkongu i Tajwanu. Spotkanie prowadzi dr hab. Marcin Jacoby, prof. Uniwersytetu SWPS, kierownik Zakładu Studiów Azjatyckich Uniwersytetu SWPS.

 

Webinar z cyklu „Projekt Azja” dostępny jest m.in. na kanale Strefy Kultur na YouTubie, gdzie poszczególne sygnatury czasowe przedstawione poniżej przenoszą w opisany fragment nagrania:

04:16 – Jak w ciągu najbliższych kilku miesięcy mogą rozwinąć się relacje między USA i Chinami?
17:38 – Jak wygląda nowa „zimna wojna” pomiędzy Chinami i USA, biorąc pod uwagę, że obie gospodarki są od siebie bardzo zależne?
29:53 – Jak wygląda proces układania relacji państw Azji Wschodniej i Południowo-Wschodniej zarówno z USA, jak i Chinami?
33:07 – Czy Mjanma może stanowić stanowić dla Chin alternatywę wobec impasu na Morzu Południowochińskim?
37:20 – Czy państwa azjatyckie, bez presji ze strony USA, same chciałyby powstrzymać regionalne ambicje Chin? Jak w związku z kryzysem w walce z koronawirusem wygląda przyszłość pozycji Indii? 
48:47 – Jakie jest prawdopodobieństwo, że Chiny zaatakują militarnie Tajwan w ciągu najbliższych 5 lat? 
53:35 – Jakie wyzwania na froncie wewnętrznym mają przed sobą władze Chin? 

Podcastu można też posłuchać na Spotify:

  • https://podcasts.apple.com/pl/podcast/azja-i-rola-chin-w-zmieniaj%C4%85cej-si%C4%99-geopolityce-prof/id1486199502?i=1000519241963
  • https://lectonapp.com/pl/audiobook/b4e2b412-47a6-4758-ab7a-fbb551f70721?_lst
  • https://www.empik.com/29-azja-i-rola-chin-w-zmieniajacej-sie-geopolityce-prof-bogdan-goralczyk-dr-hab-marcin-jacoby-opracowanie-zbiorowe,p1269679581,ebooki-i-mp3-p

 

Interesujesz się kulturą? Dołącz do innych w grupie Strefy Kultur Uniwersytetu SWPS na Facebooku.

Cykl webinarów „Projekt Azja”

Kraj Kwitnącej Wiśni, Huawei i 5G, Kim Jong Un oraz orientalna kuchnia. Czy istnieje Azja bez uproszczeń i stereotypów? Jak odkryć jej prawdziwe oblicze, które nieczęsto zobaczymy w mediach? Cykl Strefy Kultur Uniwersytetu SWPS „Projekt Azja” przybliża najważniejsze zjawiska i procesy, jakie zachodzą obecnie w Chinach, na Półwyspie Koreańskim oraz w Japonii. Podczas każdego spotkania poruszamy inny temat i przyglądamy się obecnemu obliczu tej części świata oraz jej specyficznym uwarunkowaniom. Cykl „Projekt Azja” prowadzi prof. Marcin Jacoby – kierownik Zakładu Studiów Azjatyckich Uniwersytetu SWPS, sinolog i popularyzator wiedzy o Azji, który do wspólnej dyskusji zaprasza badaczy, ekspertów i praktyków zajmujących się Azją.

Prof. dr hab. Bogdan Góralczyk

prof. dr hab. Bogdan Góralczyk
gość

Politolog, sinolog, dyplomata, publicysta, wykładowca akademicki. W latach 2003–2008 ambasador RP w Królestwie Tajlandii, Republice Filipin i Związku Myanmar (Birma). Były szef Gabinetu ministra spraw zagranicznych RP. Autor licznych publikacji, w tym: „Wielki Renesans. Chińska transformacja i jej konsekwencje” (2018), „Złota Ziemia roni łzy. Esej birmański” (nowe, rozszerzone wydanie, 2021) oraz „Węgierski syndrom Trianon” (2020). Komentator i ekspert często występujący w mediach, stale współpracuje z: dziennikiem „Rzeczpospolita”, portalami ObserwatorFinansowy.pl oraz www.nowakonfederacja.pl. W latach 2016–2020 dyrektor Centrum Europejskiego Uniwersytetu Warszawskiego.

258 Marcin Jacoby

Prof. Marcin Jacoby
prowadzący

Sinolog, tłumacz, ekspert zajmujący się zagadnieniami polityczno-społecznymi regionu Azji Wschodniej, szczególnie Chin i Republiki Korei. Na Uniwersytecie SWPS kieruje Zakładem Studiów Azjatyckich i prowadzi zajęcia z zakresu wiedzy o Chinach i Azji Wschodniej: literatury, sztuki i dyplomacji kulturalnej.

Niemal każdy Koreańczyk bez wahania wskaże kimchi jako jeden z najbardziej rozpoznawalnych symboli swojego kraju. Kimchi, czyli różnego rodzaju kiszonki, najczęściej ostre i najczęściej z kapusty pekińskiej, towarzyszą koreańskim daniom niemal na każdym stole i przy każdym posiłku. Trudno wyobrazić sobie koreańską kuchnię bez kimchi, a tym bardziej kimchi bez Korei. A jednak ostatnie ćwierćwiecze to historia ostrej rywalizacji ekonomicznej, dyplomatycznych dysput i internetowych kłótni o kimchi pomiędzy Koreańczykami, Japończykami i Chińczykami. Chodzi w nich o pieniądze, wizerunek, ale przede wszystkim o tożsamość kulturową – pisze dr hab. Marcin Jacoby, prof. Uniwersytetu SWPS, kierownik Zakładu Studiów Azjatyckich.

Kimchi na salonach

Kimchi wkroczyło na dyplomatyczne salony w drugiej połowie lat 80. XX w., gdy Korea przygotowywała się do Igrzysk Olimpijskich w Seulu (1988). Wtedy powstało pierwsze muzeum kimchi (1986) oraz pomysł, by promować wśród turystów odwiedzających kraj tę ostrą przystawkę jako kulinarny klejnot Korei. Igrzyska Olimpijskie, proces demokratyzacji dawnej dyktatury wojskowej i dynamiczny rozwój gospodarczy Południa pomogły w industrializacji i umiędzynarodowieniu kimchi. Powszedni wyrób każdej pani domu w latach 90. stał się produktem przemysłowym. Za jego komercjalizację zabrały się największe koncerny spożywcze owych czasów: Pulmuone, Doosan, Cheiljedang (połączony później z Samsungiem) oraz Lotte (należące do rodziny koreańskich migrantów w Japonii). Korea zaczęła eksportować kimchi na wielką skalę właśnie do Japonii, przymierzała się też do wejścia na rynek chiński.

Problemy zaczęły się w połowie lat 90., gdy okazało się, że to Japonia ma większy potencjał w zdominowaniu rynków światowych przez swoją wersję kimchi – kimuchi. Była to przystawka mniej ostra, a przede wszystkim szybsza i tańsza w produkcji, gdyż kimuchi nie podlegało procesowi fermentacji, który definiuje to, czym jest prawdziwa kiszonka koreańska. Japończycy z powodzeniem sprzedawali kimuchi na różne rynki, przede wszystkim amerykański, wpadli nawet na pomysł, by swój produkt oficjalnie promować na Igrzyskach Olimpijskich w Atlancie (1996). Interesy ekonomiczne oraz niepokój, że Japończycy skutecznie i na dobre przywłaszczą sobie kimchi, pchnęły Koreańczyków do działania. W 1995 r. zwrócili się do Organizacji Narodów Zjednoczonych ds. Wyżywienia i Rolnictwa (FAO) o wpisanie receptury kimchi do Kodeksu Żywnościowego (tzw. Codex Alimentarius). Miało to uniemożliwić Japończykom sprzedaż niesfermentowanego produktu „kimchi-podobnego”. Ci zaprotestowali, utrzymując, że mają również różne, rodzime tradycje pikli i kiszonek i że kimuchi do nich należy, podobnie jak japońska wersja curry, która od lat 80. bije na wyspach rekordy popularności, szczególnie wśród dzieci. Konflikt trwał do 2001 r., kiedy standard wyrobu prawdziwego kimchi został zapisany do Kodeksu Żywnościowego.

Chińskie wyzwanie

Jednak Koreańczycy, choć ochronili nazwę swojego tradycyjnego produktu i znacznie utrudnili Japończykom dominację kulinarnych rynków zagranicznych, zaledwie po dwóch latach stanęli przed nowym wyzwaniem. Dynamicznie rozwijające się Chiny stały się nieoczekiwanie największym producentem kimchi spożywanego w Korei! Chińscy przedsiębiorcy spełniali wymogi Kodeksu, a przede wszystkim byli dużo tańsi niż rodzime firmy koreańskie. Restauracje, bary i supermarkety zaczęły masowo sprowadzać tę ostrą przystawkę z Chin. Tak w 2003 r. rozpoczęła się nowa rywalizacja chińsko-koreańska: kto komu sprzeda więcej kimchi. Koreańczycy tym razem nie mieli żadnych szans. Potencjał produkcyjny w Chinach był ogromny, ceny szokująco niskie, a przy tym chiński rząd w 2012 r. praktycznie zamknął swój rynek przed produktem z Korei – powołując się na nie do końca przejrzyste wymogi sanitarne. Dziś kimchi importowane z Chin ma niemal 90% rynku restauracyjnego w ojczyźnie tej przystawki, Chińczycy zdominowali też eksport do Japonii.

Inny front wojny o kimchi rozgrywa się od paru miesięcy w mediach i internecie. Wszystko zaczęło się od starań producentów pikli z chińskiej prowincji Sichuan, by dla ich tradycyjnych produktów lokalnych zdobyć standard ISO. Na nieszczęście dla koreańsko-chińskiej przyjaźni, syczuańskie pikle i koreańskie kimchi, choć wytwarzane są w inny sposób, zupełnie inaczej wyglądają i smakują, w języku chińskim nazywane są dokładnie tak samo: „paocai”. Choć w opisie standardu ISO bardzo przytomnie i jednoznacznie zawarto zdanie, że standard ten nie dotyczy koreańskiego kimchi, chińska brukowa tuba propagandowa „Global Times” ruszyła z ofensywą. Opublikowała artykuł, w którym jednoznacznie dała do zrozumienia, że teraz to Chińczycy rozdają karty w świecie kiszonek, insynuując, że chodzi również o kimchi. Sprawę rozdmuchali internauci i międzynarodowe media. Z językowego qui pro quo zrobił się międzynarodowy, kulturowy konflikt. Koreańczycy zaczęli zarzucać Chińczykom próby zawłaszczania ich tradycji, powołując się na manipulacje chińskiej polityki historycznej oraz przyrównując sprawę kimchi do licznych przypadków promowania przez ChRL strojów, muzyki czy obrzędów koreańskich jako części kultury chińskich mniejszości etnicznych (w północno-wschodnich Chinach żyje spora mniejszość koreańska nazywana ludem Chaoxian, czyli Joseon, od ostatniej koreańskiej dynastii królewskiej).

Blogerzy, ambasador, profesor i koparka

Atmosfera dalej się zagęszczała. Znana koreańska wideoblogerka Hamzy zalajkowała post krytykujący Chińczyków za zawłaszczanie kimchi, czym ściągnęła na siebie gniew chińskich netizenów i groźbę odcięcia od rynku w Chinach. Żeby uratować swoją pozycję w Państwie Środka, musiała się gęsto tłumaczyć. Za to chińska wideoblogerka Li Ziqi nie miała oporów, by zamieścić filmik pokazujący, jak robi „chińskie kimchi”. W Korei znów zawrzało. Atmosferę podgrzał Zhang Jun – chiński ambasador przy ONZ, który 3 stycznia na Twitterze zamieścił zdjęcia, jak robi kimchi. Choć ani słowem nie sugerował, że kimchi jest chińskie, Koreańczycy zinterpretowali to po swojemu i internetowa fala krytyki zmieniła się w prawdziwe tsunami. Dwa tygodnie później Seo Kyoung-duk, profesor Uniwersytetu Sungshin w Seulu, zamieścił sporą reklamę w „New York Timesie” przypominającą, że koreańska tradycja wyrobu kimchi znajduje się od 2013 r. na liście UNESCO i kończącą się zdaniem: „Kimchi jest koreańskie, ale należy do każdego”. Na domiar wszystkiego na jaw wyszedł szokujący film nagrany w jednej z dużych firm produkujących w Chinach kimchi na rynek koreański, który skutecznie obrzydził Koreańczykom import z ChRL i do cna oburzył netizenów. Zobaczyli szczury biegające po stosach papryczek chili i otyłego jegomościa, który własnym, półnagim ciałem miesza kapusty w wielkim dole w ziemi wyłożonym folią, a pomaga mu w tej pracy najzwyklejsza koparka. Nie tak Koreańczycy wyobrażali sobie spożywczy outsourcing ich narodowego skarbu.

Odpowiedź ministerstwa

Najnowszy ruch, z marca, to ogłoszenie przez koreańskie Ministerstwo Rolnictwa, Żywności i Spraw Wsi (MAFRA), że rodzime produkty żywnościowe sprzedawane za granicą będą miały kody QR i ujednoliconą identyfikację wizualną po to, żeby odróżnić je od „podróbek”. W komunikacie bezpośrednio nawiązano do wyrobów chińskich, które na opakowaniach mają nierzadko koreańskie napisy w celu wprowadzenia konsumentów zagranicznych w błąd. A na tym cierpi wizerunek Korei. Ani słowa o kimchi, ale wydźwięk jest jasny: Chińczycy, nie podszywajcie się pod Koreę i nie zawłaszczajcie naszej marki.

Kimchi a tożsamość

Temu ostatniemu trudno się dziwić, gdyż rzeczywiście, marka „Korea” w ostatnich latach poszybowała w górę, nie tylko z powodu takich firm, jak: Samsung, LG, Hyundai i Kia, ale przede wszystkim dzięki światowej modzie na kulturę tego kraju (Hallyu) obejmującej K-pop, seriale telewizyjne, kosmetyki, język czy właśnie kuchnię. Korea jest sexy, czego nie można powiedzieć o ChRL. Tym chętniej przedsiębiorcy chińscy, szczególnie w Azji Południowo-Wschodniej, gdzie Hallyu świeci triumfy, próbują wykorzystać koreańską falę, by lepiej sprzedać swoje produkty.

Dla Koreańczyków to wszystko stanowi zagrożenie nie tylko dla biznesu, lecz także dla tożsamości kulturowej. Kimchi jest tu najbardziej wyrazistym symbolem, ale chodzi o dużo więcej niż kwaskowato-pikantną przystawkę. Koreańczycy od lat czuli się zdominowani przez swoich sąsiadów: Japonię i Chiny. I teraz, choć ich państwo święci międzynarodowe sukcesy, cały czas uważają, że jego pozycja jest niepewna i trzeba walczyć o jej wzmocnienie na międzynarodowej arenie. Inaczej Chiny i Japonia będą kawałek po kawałku zawłaszczać to, co koreańskie: kuchnię, historię, obyczaje, dziedzictwo kulturowe. A zatem walka o koreańskość kimchi jest dla nich bojem śmiertelnie poważnym. Nie oddadzą wrogom ani jednej główki dobrze sfermentowanej kapusty, która zresztą po koreańsku wcale nie nazywa się pekińską, tylko „kapustą białą”.

258 marcin jacoby

O autorze
prof. Marcin Jacoby

Sinolog, tłumacz, ekspert zajmujący się zagadnieniami polityczno-społecznymi regionu Azji Wschodniej, szczególnie Chin i Republiki Korei. Na Uniwersytecie SWPS kieruje Zakładem Studiów Azjatyckich i prowadzi zajęcia z zakresu wiedzy o Chinach i Azji Wschodniej: literatury, sztuki i dyplomacji kulturalnej.

 

kanały

zobacz też

strefa psyche strefa designu strefa zarzadzania strefa prawa logo
Zapraszamy na webinar „Współczesna literatura chińska – jak być twórcą w Państwie Środka?”