logo

logo uswps nazwa 3

O protestach w Hongkongu głośno jest od ponad roku, kiedy mieszkańcy miasta po raz pierwszy od pięciu lat masowo wyszli na ulice. Gaz łzawiący i aresztowania, latająca kostka brukowa i koktajle mołotowa, zablokowane ulice i krzyczący tłum stały się nową rzeczywistością miasta, które do tej pory wydawało się zajęte bez reszty wielkim biznesem, słynną kuchnią i konsumpcyjnym stylem życia. Hongkong zmienił się nie do poznania – pisze o tym prof. Marcin Jacoby, kierownik Zakładu Studiów Azjatyckich Uniwersytetu SWPS.

Hongkong walczy o demokrację

Początkowe żądania wycofania kontrowersyjnego projektu ustawy ekstradycyjnej zrodziły kolejne postulaty, a z nimi również nadzieje na wywalczenie większych swobód demokratycznych dla mieszkańców tej byłej brytyjskiej kolonii, która od 1997 r. funkcjonuje w Chinach na prawach Specjalnego Regionu Administracyjnego. Niestety, pokojowe demonstracje zostały szybko zdominowane przez niekończące się starcia pomiędzy coraz bardziej bezwzględną policją a stale radykalizującymi się młodymi protestantami.

Cztery z pięciu postulatów protestujących pozostało bez odpowiedzi władz. Po szturmie i dewastacji siedziby Rady Legislacyjnej przez młodych radykałów, wycofały się z forsowania ustawy ekstradycyjnej, jednak nie były już gotowe na dalsze ustępstwa. Protestujący również nie zamierzali wracać do domów. Kryzys pogłębiał się. Zapłonęły kampusy uniwersyteckie, do bijatyk i starć z policją dochodziło na stacjach metra, w centrach handlowych, nawet na lotnisku będącym główną bramą Hongkongu na świat, które ze względu na protestujących musiano zamknąć. Miasto ogarnął paraliż, a w niełatwym dialogu pomiędzy stronami konfliktu nastąpił wielomiesięczny impas.

Pandemia nie tłumi protestów

Pandemia koronawirusa nie wygasiła protestów, odrodziły się w czerwcu tego roku, gdy tylko można było znów wyjść na ulice. Władza miała jednak nową broń: OZPL, chiński odpowiednik parlamentu, przegłosowało w dalekim Pekinie przepisy dotyczące bezpieczeństwa, które weszły w życie w nocy z 30 czerwca na 1 lipca 2020 r. i które odebrały protestującym resztki nadziei na zwycięstwo. Choć w nowym prawie nie ma mowy o ekstradycji i sądzeniu w Chinach kontynentalnych, przepisy przewidują surowe kary na miejscu w Hongkongu za bardzo nieprecyzyjnie zdefiniowane przestępstwa przeciwko jedności Chin: separatyzm, próby obalenia władzy, terroryzm i współpracę z „obcymi siłami”. I tak się składa, że wiele działań i haseł protestujących wpisuje się w ogólne definicje tych pojęć. Doszło do kolejnych starć i kolejnych aresztowań, a zatrzymanym postawiono zarzuty już w oparciu o nowe przepisy.

Spróbujmy zrozumieć

Obserwatorowi z zewnątrz wiele elementów tej historii może wydawać się nie do końca zrozumiałych. Dlaczego protestujący nie skorzystali z wycofania się władzy z ustawy ekstradycyjnej i nie starali się zakończyć protestów wtedy, negocjując dla siebie możliwie najlepsze warunki? Dlaczego wysuwają coraz śmielsze żądania pełnej demokracji, a nawet niepodległości Hongkongu, choć ze strony władzy nie ma przestrzeni na żadne ustępstwa? Dlaczego masowe i długotrwałe protesty wybuchły teraz, choć od ponad 30 lat Hongkong stanowi część Chin? Co się właściwie stało z tym niegdyś spokojnym i do bólu pragmatycznym miastem, że jego mieszkańcy zdecydowali się na walkę, w której nie mają szans na zwycięstwo i która obraca ich dom w pole bitwy?

Sytuację w Hongkongu trudno zrozumieć bez odwołania się do historii tego niezwykłego miejsca oraz do złożonych kwestii kulturowej i narodowej tożsamości jego mieszkańców. Dumni ze zdobyczy cywilizacyjnych epoki kolonialnej oraz ze swojej odmienności światopoglądowej względem Chin kontynentalnych, Hongkongczycy z dużymi obawami obserwowali coraz wyraźniejszy wzrost obecności politycznej i kulturowej ChRL w swoim mieście. Napływ tysięcy turystów z Chin, rosnące wpływy Pekinu w mediach i wielkim biznesie, próby ingerencji w system edukacji i wreszcie stopniowe, ale jakże wymowne zmiany prawne – wszystko to powodowało przez ostatnie lata rosnący niepokój społeczności lokalnej. I choć gospodarka Hongkongu miała się nieźle, pojawiło się kilka oznak nadchodzących problemów: coraz większe koszty mieszkaniowe, pogłębiające się zubożenie osób o najniższych dochodach, duża konkurencja młodych ludzi na rynku pracy, niepewność, czy dla Hongkongu, który sukcesywnie traci swoją ekonomiczną pozycję względem Chin, jest jeszcze inna przyszłość niż bycie całkowicie wchłoniętym przez potężną gospodarkę ChRL.

Jaka przyszłość dla Hongkongu?

Podłożem protestów jest sprzeciw wobec rosnącej, kulturowej dominacji kontynentu oraz obawa o przyszłość stylu życia tej niegdysiejszej enklawy swobód obywatelskich. Niepokój odczuwany jest przede wszystkim przez ludzi młodych i to oni stanęli do beznadziejnej – jak się wydaje – walki z systemem. Ich protest jest manifestacją frustracji, niemocy i braku nadziei. Jest buntem, który trudno oceniać w kategoriach pragmatycznych, szczególnie dziś, gdy nowe przepisy zabierają protestującym resztki przestrzeni do legalnej, politycznej kontestacji. A na koniec jest znakiem, że z dumą ogłaszany w 1997 r. chiński model „jeden kraj, dwa systemy” po dwudziestu latach okazał się fikcją.

258 marcin jacoby

O autorze

Prof. Marcin Jacoby – sinolog, tłumacz, ekspert zajmujący się zagadnieniami polityczno-społecznymi regionu Azji Wschodniej, szczególnie Chin i Republiki Korei. Na Uniwersytecie SWPS kieruje Zakładem Studiów Azjatyckich i prowadzi zajęcia z zakresu wiedzy o Chinach i Azji Wschodniej: literatury, sztuki i dyplomacji kulturalnej.

Japonia jest w Polsce świetnie rozpoznawalna i cieszy się dobrym wizerunkiem, a japońska kultura i język wzbudzają niesłabnące zainteresowanie. Niełatwo jednak na podstawie docierających do nas informacji prasowych zrozumieć skomplikowaną naturę stosunków tego kraju z jego najbliższymi azjatyckimi sąsiadami: Chinami, Republiką Korei (Koreą Południową) i KRLD (Koreą Północną) – pisze o tym prof. Marcin Jacoby, kierownik Zakładu Studiów Azjatyckich Uniwersytetu SWPS.

Skomplikowane relacje

Relacje kraju Kwitnącej Wiśni z tymi trzema państwami są złożone, a nierzadko bardzo napięte. Spory terytorialne, rywalizacja gospodarczo-technologiczna, a przede wszystkim nierozwiązane kwestie historyczne utrwalają i pogłębiają animozje na poziomie politycznym, ale i społecznym. Nastroje antyjapońskie są silne zarówno w społeczeństwie chińskim, jak i w obydwu państwach koreańskich. Jednocześnie nie brak podziwu dla japońskiego ładu społecznego, kultury osobistej Japończyków czy dokonań naukowo-technicznych. Jak tę mieszaninę sympatii i antypatii można wytłumaczyć?

Od „azjatyckich Wikingów” do liderów modernizacji

Do połowy XIX w. Japonia była obecna w azjatyckim obiegu kulturalnym przede wszystkim jako odbiorca, przez długie wieki czerpiący z bogactwa cywilizacyjnego szczególnie Chin, ale również Korei. Dalekie i niezdobyte japońskie wyspy słynęły z wojowników i piratów, którzy przez wieki nękali chińskie i koreańskie wybrzeża. Dopiero niezwykłe przemiany ery Meiji od 1868 r. przemieniły ten egzotyczny kraj „azjatyckich Wikingów” w lidera modernizacji; pod koniec XIX w. Japonia nagle przeistoczyła się w najbardziej rozwinięte państwo regionu. Właśnie tam udawali się chińscy i koreańscy studenci, aby zgłębiać nowoczesną naukę, uczyć się zachodniego prawa, poznawać nowe światowe trendy filozoficzno-społeczne. Na Japonii wzorowali się chińscy reformatorzy u schyłku cesarstwa, a z języka japońskiego zapożyczone zostały w języku chińskim i koreańskim dziesiątki terminów symbolizujących rozwój i nowoczesność takie, jak „demokracja” czy „ekonomia”.

Era wojny

Japońskie ambicje przełomu XIX i XX wieku – by wykorzystać doświadczenie nierównoprawnego potraktowania przez Stany Zjednoczone i przewodzić narodom Azji w rywalizacji z zachodnimi potęgami kolonialnymi – szybko przeobraziły się w politykę imperialną nakierowaną na podporządkowanie polityczne i gospodarcze całego regionu. Doprowadziło to do okupacji Korei (1910–45) i chińskiej Mandżurii (1931–1945) oraz drugiej wojny światowej w Azji (1937–1945) i na Pacyfiku (1941–1945). Fascynacja japońskim rozwojem w Chinach i Korei ustąpiła miejsca nienawiści, poczuciu krzywdy i głębokim ranom, jakie dają o sobie znać do dziś. W Chinach w centrum wojennej traumy leży Masakra Nankińska (1937) oraz oddawanie hołdu zbrodniarzom wojennym w świątyni Yasukuni w Tokio. W Korei tematów jest więcej, choć część z nich dotyczy w równej mierze ofiar chińskich i koreańskich: zmuszanie kobiet do prostytucji na rzecz armii japońskiej (tzw. comfort women), robotnicy przymusowi, eksperymenty medyczne na więźniach politycznych, inne zbrodnie okresu okupacji. Cieniem na relacjach w regionie kładą się również spory terytorialne Japonii z Chinami (wyspy Diaoyu/Senkaku) oraz Republiką Korei (wyspy Dokdo/Takeshima). Wynikają one w dużej mierze z braku historycznej wrażliwości w wytyczaniu powojennych granic w Azji Wschodniej przez jałtańskich zwycięzców – ZSRR, USA i Wielką Brytanię.

Azjatycki trendsetter

Po zakończeniu okupacji amerykańskiej (1945–1952) Japonia rozpoczęła nowy okres dynamicznego rozwoju ekonomicznego i technologicznego, tym razem w ścisłym sojuszu i ze wsparciem swojego niedawnego wroga na Pacyfiku. Kraj Kwitnącej Wiśni stał się liderem wzrostu gospodarczego, przemysłu motoryzacyjnego, produkcji sprzętu elektronicznego, nowoczesnego zarządzania i automatyzacji produkcji czy robotyki. Japonia znów zdominowała region Azji, stając się w latach 80. potęgą globalną. Temu niezwykłemu sukcesowi gospodarczemu towarzyszył rozkwit kultury popularnej (muzyka pop) czy mody. Japonia była bezdyskusyjnym azjatyckim trendsetterem, państwem, do którego historii sukcesu aspirował cały region.

Dyplomacja do poprawy

Ale ten okres również przeminął. Permanentna stagnacja ekonomiczna po amerykańskim uderzeniu w japońską walutę na początku lat 90. znacznie osłabiła gospodarczą pozycję Japonii w regionie. Brak sukcesów w rywalizacji technicznej z Republiką Korei i Chinami, na przykład na rynku telefonii komórkowej, moda na kulturę koreańską (Hallyu) czy niezwykły sukces modernizacyjny Chin to kolejne czynniki przyspieszające proces schodzenia Japonii z pozycji azjatyckiego lidera. Dziś kraj ten stoi przed całą serią wyzwań i znaków zapytania dotyczących jego roli i miejsca w Azji Wschodniej. Tym bardziej że najwięcej problemów w relacji z sąsiadami widać na polu dyplomacji.

Nacjonalistyczna, twarda polityka zagraniczna Partii Liberalno-Demokratycznej pod wodzą Abe Shinzo doprowadziła do pogorszenia niełatwych stosunków z Chinami i Republiką Korei na poziomie politycznym i społecznym. Pomiędzy 2011 a 2018 r. nie doszło do ani jednego spotkania liderów Chin oraz Japonii i dopiero w ostatnich dwóch latach relacje nieznacznie się ociepliły. Prezydent Moon Jae-in rządzący od 2017 r. w Republice Korei ani razu nie zaprosił premiera Japonii na oficjalną wizytę państwową, choć spotykali się kilkakrotnie przy różnych międzynarodowych okazjach dyplomatycznych. Od ponad roku trwa wojna gospodarcza pomiędzy tymi dwoma krajami, której tłem są nierozwiązane kwestie wojenne, a właściwą treścią – rywalizacja technologiczna. Jej konsekwencją są masowe bojkoty japońskich produktów w Republice Korei czy turystyki do Japonii.

Czy powrót do równowagi jest możliwy?

W mediach i dyskursie publicznym w Chinach i Korei Południowej wieje chłodem, a w Korei Północnej – jawną wrogością względem Japonii. Należy jednak na to patrzeć jako na pewien etap kształtowania się relacji w regionie. Kraj Kwitnącej Wiśni nie stracił bezpowrotnie swojej magii przyciągania, choć czasowo kwestie historyczne i polityczne zdają się całkowicie przyćmiewać sympatię i zaciekawienie tym krajem w oczach Chińczyków i Koreańczyków. Powrót do równowagi jest możliwy, choć wymagać będzie od Japończyków przeorientowania dyskursu politycznego. Bez powrotu do rzetelnej dyskusji o traumach drugiej wojny światowej i bez otwartości na budowanie relacji partnerskich przy akceptacji nowej równowagi sił w regionie będzie to trudne. A do stworzenia nowego ładu relacji w Azji Wschodniej konieczna jest wspólna wola wszystkich stron: Japończyków, Koreańczyków i Chińczyków.

258 marcin jacoby

O autorze

Prof. Marcin Jacoby – sinolog, tłumacz, ekspert zajmujący się zagadnieniami polityczno-społecznymi regionu Azji Wschodniej, szczególnie Chin i Republiki Korei. Na Uniwersytecie SWPS kieruje Zakładem Studiów Azjatyckich i prowadzi zajęcia z zakresu wiedzy o Chinach i Azji Wschodniej: literatury, sztuki i dyplomacji kulturalnej.

Kiedy w latach 90. ubiegłego wieku do Polski zaczęli napływać coraz liczniej imigranci z Wietnamu, wraz z nimi pojawiło się u nas ao dai (właściwie áo dài, „długa suknia”), czyli kobiecy wietnamski strój narodowy: długa, rozcięta po bokach tunika ze stójką, wkładana na szerokie spodnie. O historii stroju, jego wariantach, a także tym, kto dziś go nosi, pisze dr Joanna Wasilewska – historyczka sztuki wykładająca w Zakładzie Studiów Azjatyckich Uniwersytetu SWPS, dyrektorka Muzeum Azji i Pacyfiku w Warszawie.

Skąd się wzięło ao dai?

Ao dai, często opisywane jako ponadczasowe, wywodzi się z początku XIX w. Cesarze z dynastii Nguyen wprowadzili wówczas obowiązek noszenia strojów na wzór chiński, dokładnie zakrywających ciało. W 1828 r. Minh Mang zakazał kobietom noszenia spódnic i dekretem wprowadził znacznie bardziej przyzwoite – według ówczesnych konfucjańskich moralistów – spodnie. W drugiej połowie XIX w. wraz z kolonizatorami francuskimi pojawił się ubiór zachodni, przyjmowany początkowo głównie przez mężczyzn. Męskie ao dai odgrywało odtąd coraz mniejszą rolę, kobiece natomiast zrobiło ogromną karierę w ciągu ostatniego stulecia.

Wpływy kultury zachodniej

Do popularności ao dai wśród kobiet przyczyniły się hasła modernizacji i emancypacji, a także twórczość artystów działających na pograniczu tradycji rodzimej i zachodniej. Nguyen Cat Truong, znany pod francuskim pseudonimem Le Mur, rysownik, redaktor prasy ilustrowanej i projektant, w latach 30. XX w. łączył ao dai z zachodnimi detalami (np. falbankami) i nadawał mu obcisły, prowokujący krój. „Ao dai Le Pho” skojarzono natomiast z nazwiskiem jednego z najsłynniejszych malarzy wietnamskich, osiadłego od 1937 r. we Francji. Jego wyidealizowane postacie kobiece emanują wdziękiem, podkreślanym przez lekko dopasowany, gładki ubiór – wzór klasycznej elegancji. Ikoniczne obrazy To Ngoc Vana, takie jak „Kobieta z liliami” z 1943 r., przedstawiają postacie w wystudiowanych pozach uwypuklonych strojem. Niezliczone kompozycje o podobnym charakterze powracały w twórczości artystów aż do naszych czasów.

Po konferencji genewskiej w 1954 r. w podzielonym Wietnamie kapitalistyczne Południe tworzyło nowe trendy w modzie, takie jak ao dai chit cheo, czyli „z talią osy”. Za szczególnie śmiałe rozwiązanie uchodził łódkowy dekolt, wprowadzony przez Madame Nhu, bratową prezydenta Diema, symbol korupcji reżimu. Na komunistycznej Północy stosunek do ao dai był ambiwalentny – kojarzyło się i z południowym zepsuciem, i z ideą zjednoczenia narodu. Przede wszystkim jednak w zniszczonym wojną kraju niewiele kobiet mogło sobie pozwolić na niepraktyczny, elegancki strój. Natomiast dla uciekinierów po 1975 r. ao dai stało się jednym z symboli utraconej ojczyzny.

Odrodzenie ao dai nastąpiło na fali doi moi, gospodarczej liberalizacji rozpoczętej w latach 80. Wraz z coraz szerszym otwarciem Wietnamu na turystykę oraz na rodaków z diaspory jego popularność rosła. Stało się ikoną „wietnamskości”, kobiecości i elegancji. Kolejne dekady przyniosły intensywny rozwój rynku mody ao dai, zarówno na poziomie niewielkich firm lokalnych, jak i projektantów o gwiazdorskim statusie, jak Khanh Shyna czy Vo Viet Chung.

Gdzie uszyć ao dai?

Dla żyjących w Polsce Wietnamek lub Polek wietnamskiego pochodzenia ao dai stanowi łącznik z krajem przodków również dlatego, że w Polsce się go nie szyje. Jeśli więc noszą ao dai (bo oczywiście nie wszystkie kobiety są tym zainteresowane), muszą jechać do Wietnamu lub zaufać tamtejszej firmie krawieckiej. Ao dai musi być bowiem szyte na miarę, i to bardzo precyzyjną. Jeśli klientka sobie życzy, jej wymiary zostaną zachowane w firmie i w przyszłości będzie mogła zamawiać strój zdalnie (choć z racji dopasowanego kroju trzeba wówczas bardzo dbać o zachowanie linii). Każda jednak podróż do Wietnamu, biznesowa lub rodzinna, jest świetną okazją, aby uszyć ao dai na miejscu. Asortyment tkanin, w tym kuponów z odpowiednio skomponowanym wzorem, jest dziś ogromny. Szycie trwa zaledwie dzień lub dwa, a wieści o najlepszych pracowniach krawieckich szybko rozchodzą się pocztą pantoflową.

Kto dziś nosi ao dai?

Wietnamkom mieszkającym w Europie materiały, które cieszą się powodzeniem w Wietnamie, często wydają się zbyt kolorowe lub wzorzyste. Klientki z Europy, w tym z Polski, wybierają raczej stonowane kolory, drobniejsze wzory, dyskretniejsze dekoracje. Z kolei w społecznościach amerykańskich więcej jest odważnej kolorystyki, nietypowych tkanin i ekstrawaganckich pomysłów.

Zarówno w samym Wietnamie, jak i poza nim najważniejszą okazją do włożenia ao dai pozostaje ślub. Klasyczny strój panny młodej jest czerwony, współcześnie jednak wybiera się raczej róż lub biel. Białe ao dai ślubne czasem nieznacznie tylko różni się od sukni w stylu europejskim; zachowuje jednak wysokie rozcięcie i oczywiście noszone jest ze spodniami. Kobiety w średnim wieku i starsze często występują na weselach w ao dai, zwykle o ciemnej, bogatej kolorystyce. Młodsze wybierają raczej elegancję w stylu europejskim, jeśli jednak zakładają ao dai, jest ono jaśniejsze, bardziej pastelowe.

Inne okazje do założenia ao dai to uroczystości rodzinne, wietnamski Nowy Rok – Tet, a także wydarzenia kulturalne. Jest to strój elegancki, wizytowy, odpowiedni na koncert, wernisaż czy inną imprezę, gdzie będzie się oryginalnie wyróżniał. Wielu Polaków postrzega go jako atrakcyjny i egzotyczny, istnieje jednak bardzo niewielka świadomość jego odrębności i przynależności do kultury wietnamskiej. Tymczasem wśród wietnamskiej mniejszości ao dai ma znaczące związki z grupową i indywidualną tożsamością.

someone

O autorce
dr Joanna Wasilewska

Historyczka sztuki, wykłada w Zakładzie Studiów Azjatyckich Uniwersytetu SWPS. Interesuje się kontaktami kulturowymi między Europą a Azją, w tym historią podróży i wzajemnych inspiracji w sztuce i modzie, a także tradycjami azjatyckich teatrów, zwłaszcza lalkowych. Dyrektorka Muzeum Azji i Pacyfiku w Warszawie.

Jeszcze parę lat temu mało kto mógł przypuszczać, że świat zmieni się aż tak bardzo w ciągu zaledwie kilku miesięcy. Dziś żyjemy w nowej rzeczywistości postępującej deglobalizacji, której rytm wytycza nie tylko pandemia koronawirusa, ale przede wszystkim stan relacji między dwiema światowymi potęgami: Stanami Zjednoczonymi i Chinami. Zapraszamy do lektury analizy prof. Marcina Jacoby, kierownika Zakładu Studiów Azjatyckich Uniwersytetu SWPS.

Od ekonomicznej pustyni do pozycji groźnego rywala

Mimo różnic historycznych, politycznych i kulturowych obydwa państwa do niedawna działały w ekonomicznej symbiozie, wypracowywanej mozolnie od lat 70. XX wieku, kiedy nawiązane zostały wzajemne relacje dyplomatyczne i gospodarcze. Chiny były wtedy niemal ekonomiczną pustynią, którą amerykańskie pieniądze i technologia miały dopiero zacząć nawadniać. W latach 80. ruszyła chińska machina przemian wolnorynkowych, a z nią – nadzieje świata zachodniego, że stopniowe otwieranie się Chin na ekonomiczną współpracę niechybnie doprowadzi ten wielki kraj do demokracji. Nic bardziej mylnego – Państwo Środka wybrało własną drogę, łącząc elementy wolnego rynku, gospodarki planowej i autorytarnego systemu nazwanego „socjalizmem z chińską charakterystyką”. Dopóki Chiny rozwijały się jako centrum produkcji przemysłowej, a amerykańskie firmy na tym dobrze zarabiały, symbioza fabryki świata i globalnego mocarstwa wyglądała na udaną. Wszystko zaczęło się jednak stopniowo zmieniać, gdy wzrost gospodarczy i rozwój potencjału technicznego przeobraził Państwo Środka z amerykańskiego podwykonawcy w groźnego rywala.

Od dwóch lat jesteśmy świadkami zaostrzającej się walki, w której Chiny dążą do poszerzania swojego globalnego wpływu, a Stany Zjednoczone robią wszystko, by go ograniczyć. Działania amerykańskie zakrojone są na gigantyczną skalę i obejmują wiele obszarów: od technologii po media społecznościowe, od inwestycji po badania naukowe, od dyplomacji po wojskowość.

Huawei – troska o bezpieczeństwo czy obawa o chińską dominację

W centrum doniesień medialnych tkwi firma Huawei, oskarżana przez USA o współpracę z chińskimi służbami bezpieczeństwa oraz o ogólny brak przejrzystości w kwestiach zarządzania i własności. Amerykanom chodzi przede wszystkim o to, by zablokować lub przynajmniej ograniczyć jej dominację w obszarze infrastruktury i technologii 5G, gdzie żadna firma z USA nie jest w stanie z Huaweiem konkurować. To rodzi dwa pytania. Czy działania godzące w Huawei, ZTE i inne podobne firmy chińskie wynikają z troski o bezpieczeństwo danych, czy raczej z niepokoju, że firmy chińskie zdominują światowe rynki wysokich technologii, nie zostawiając przestrzeni amerykańskim graczom? A jeśli tak jest, jak pogodzić działania amerykańskie z zasadami wolnego rynku, propagowanymi w przez USA w świecie przez dziesiątki lat, zachęcając do otwartej, globalnej rywalizacji, w której wygrywa lepszy produkt i lepsza usługa?

Administracja Donalda Trumpa usiłuje ograniczyć sprzedaż mikroprocesorów do Chin. Amerykańskie firmy mają obecnie 45% udziałów w światowej produkcji tych komponentów, bez których nie obejdzie się żaden elektroniczny produkt. Chiny kontrolują zaledwie 5% tego rynku, technologicznie są zaś całkowicie zależne od partnerów zagranicznych. Odcięcie ChRL od dostaw mikroprocesorów jest więc sposobem na sparaliżowanie jednej z kluczowych gałęzi chińskiej gospodarki. I znów powraca pytanie: co z wolnym rynkiem? I czy uderzenie w Chiny nie zakłóci globalnych łańcuchów dostaw, którymi i tak poważnie wstrząsnęła już pandemia? Czy globalne koszty ekonomiczne spowalniania chińskiego postępu technologicznego mogą równoważyć zyski polityczne dla USA i ich sojuszników? I czy w dłuższej perspektywie wymuszone przez USA technologiczne usamodzielnienie się Chin nie zaszkodzi firmom amerykańskim? Już teraz ChRL uruchamia gigantyczne fundusze R&D, by w trybie ekspresowym zbudować rodzime technologie produkcji mikroprocesorów.

Ograniczenie wymiany naukowej

Podobne dylematy dotyczą prób oddzielenia chińskich badaczy od badań naukowych prowadzonych na amerykańskich uczelniach. Administracja Donalda Trumpa znacznie ograniczyła możliwości pracy chińskich badaczy w USA oraz utrudniła pozyskiwanie przez amerykańskich pracowników naukowych chińskich funduszy na prowadzenie badań. Niedawna seria dochodzeń i aresztowań w amerykańskim świecie naukowym objęła nie tylko domniemane przypadki szpiegostwa technologicznego czy kradzieży własności intelektualnej, lecz również zatajanie lub nieraportowanie przez rodzimych badaczy środków finansowych proweniencji chińskiej. Ten kij również ma dwa końce: ograniczenie wymiany naukowej pomiędzy dwoma krajami uderzy w amerykański potencjał badawczy i innowacyjność. Chińscy studenci i badacze na czołowych uczelniach w USA przynosili im nie tylko znaczne wpływy finansowe, ale i wyniki naukowe – wielu najbardziej uzdolnionych studentów chińskich właśnie tam realizowało swoje kariery badawcze, wchodząc w skład dziesiątek zespołów i publikując w najbardziej prestiżowych periodykach naukowych. Teraz duża część z nich zmuszona będzie wrócić do ChRL, gdzie zostaną przyjęci z otwartymi ramionami.

Cenzura i zakazy w wirtualnym świecie

Kolejną sferą zaostrzających się sporów jest internet. Chiny w ramach swojego szczelnego systemu całościowej cenzury internetu blokują Facebooka i znacznie utrudniają działanie takich gigantów jak Google. We wrześniu władze USA w odwecie spóźnionym o kilkanaście lat próbowały zakazać w swoim kraju korzystania z popularnych chińskich platform WeChat i TikTok. Decyzje uderzyłyby nie tylko w chińskich turystów w Stanach (a ci przed pandemią generowali ogromne zyski dla amerykańskiej branży turystycznej), ale i w setki tysięcy amerykańskich użytkowników tych aplikacji, szczególnie osób młodych. Na razie zakazy zostały wstrzymane przez amerykańskie sądy, ale sprawa nie jest zamknięta. Trudno winić Amerykanów za próbę zrównoważenia wzajemnego dostępu dostawców usług internetowych do odbiorców w Stanach Zjednoczonych i w Chinach. A jednak zakazy tylko pogłębiają podziały wirtualnego świata na chińską i amerykańską strefę wpływów i nie skłonią Chin do zwiększenia dostępności chińskiego internetu dla zagranicznych usługodawców.

Nowa zimna wojna?

Amerykańsko-chiński świat dzieli się coraz wyraźniej, a obydwa kraje odgradzają się od siebie na różne sposoby. Dobitnie pokazują to takie niedawne gesty, jak zamykanie konsulatów (chińskiego w Houston i amerykańskiego w Chengdu) czy utrudnianie pracy dziennikarzom (amerykańskie kontrole działalności agencji Xinhua i telewizji CGTV w USA, wydalenie z Chin 17 dziennikarzy pracujących dla czołowych mediów amerykańskich). Opisane tu zdarzenia w dziedzinie technologii, nauki, internetu i dyplomacji stanowią element szerszego procesu zwanego decouplingiem, czyli trwałym oddzieleniem. Używa się go najczęściej w kontekście gospodarczym, ale obejmuje – jak widać – również inne obszary. Wielu komentatorów mówi o nowej zimnej wojnie, z tym że w niektórych dziedzinach jest ona bardzo gorąca. Na tym nowym rodzaju konfliktu stracą wszystkie strony, nie tylko dwa mocarstwa gospodarcze. Gwałtownie postępująca deglobalizacja, nowe zakazy, rosnąca nieufność i wrogość – to wszystko zmienia również i nasze bezpośrednie środowisko. Zakłócenie rytmu światowej produkcji i handlu międzynarodowego wpływa na działanie polskich firm i na ogólny stan naszej gospodarki, a więc i na nasze życie.

258 marcin jacoby

O autorze
Prof. Marcin Jacoby

Sinolog, tłumacz, ekspert zajmujący się zagadnieniami polityczno-społecznymi regionu Azji Wschodniej, szczególnie Chin i Republiki Korei. Na Uniwersytecie SWPS kieruje Zakładem Studiów Azjatyckich i prowadzi zajęcia z zakresu wiedzy o Chinach i Azji Wschodniej: literatury, sztuki i dyplomacji kulturalnej.

Według oficjalnych danych rządowych społeczność chrześcijańska w Chińskiej Republice Ludowej (ChRL) liczy ok. 44 mln osób. Badacze szacują jednak, że może być ich nawet o 20 mln więcej, jeśli włączymy w to osoby utożsamiające się z przeróżnymi niezarejestrowanymi (a zatem nielegalnie działającymi) grupami i organizacjami chrześcijańskimi. Oficjalnie uznane kościoły protestanckie należą do Patriotycznego Ruchu Trzech Niezależności. Katolicy, których jest w Chinach znacznie mniej, zrzeszeni są w Patriotycznym Stowarzyszeniu Katolików Chińskich. Jednak na niemal całym terytorium ChRL działają tysiące mniej lub bardziej formalnych społeczności chrześcijańskich, które operują w szarej strefie i które różnią się od siebie wielkością, wpływem, rodzajem obrządku, a nawet stopniem teologicznego przygotowania duchownych. O chrześcijaństwie w Chinach pisze prof. Marcin Jacoby, kierownik Zakładu Studiów Azjatyckich Uniwersytetu SWPS.

Okres reform i otwarcia – lata 80. XX w.

Po „rewolucji kulturalnej” (1966–1976) kościoły zostały na powrót otwarte dla wiernych dopiero w 1985 r. Przywrócenie wolności wyznania zbiegło się z procesem głębokich przemian ekonomicznych i społecznych okresu reform i otwarcia. To właśnie na lata 80. XX w. przypada pierwsze dziesięciolecie polityki stopniowego wprowadzania mechanizmów rynkowych, modernizacji przemysłu i rozwoju handlu prywatnego, które doprowadziły do transformacji gospodarczej Chin z ubogiego i zacofanego kraju do dzisiejszej globalnej potęgi.

Przez te 40 lat społeczeństwo chińskie musiało się nauczyć funkcjonowania w zupełnie nowej rzeczywistości. Dawne miasta o parterowej zabudowie i wąskich uliczkach ustąpiły miejsca wielkim metropoliom niekończących się blokowisk i szerokich arterii. Mieszkańcy przesiedli się z rowerów do samochodów i przeprowadzili z tradycyjnych wspólnot mieszkalnych do bloków, w których wszyscy byli sobie obcy. Zniknęło bezpieczeństwo pracy w państwowych zakładach produkcyjnych, trzeba było sobie poradzić na bezlitosnym, do cna kapitalistycznym rynku pracy. Państwo nie gwarantowało już bezpłatnej edukacji, opieki medycznej, emerytur i rent – za wszystko trzeba było płacić. Kto miał pieniądze, miał też dobre warunki życia, bezpieczeństwo i pozycję społeczną. Kto nie odnalazł się w tej nowej rzeczywistości, dołączał do milionów ludzi codziennie walczących o zapewnienie sobie skromnej egzystencji. Państwo rozwijało się i bogaciło, ale sukcesy przypłacone były również ogromnymi kosztami zbiorowymi: przeludnieniem miast, zanieczyszczeniem środowiska, rosnącym rozwarstwieniem społecznym.

Zapełnić pustkę – życie duchowe Chin

Mimo wciąż obowiązującej komunistycznej ideologii i niepodzielnej władzy Komunistycznej Partii Chin, w kraju panował przede wszystkim kult pieniądza. To on był wyznacznikiem sukcesu, a bogacenie się stało się nadrzędnym celem życiowym, do którego przyznawała się zdecydowana większość społeczeństwa. Problemy codziennej egzystencji, wyzwania życia w zupełnie nowych warunkach społecznych, presja sukcesu finansowego i wszechobecna pogoń za dobrami materialnymi szybko doprowadziły jednak wielu ludzi do poczucia duchowej pustki, a ta – do poszukiwań czegoś, co tę pustkę mogłoby zapełnić.

Życie duchowe Chin przednowoczesnych odbiegało znacznie od znanych nam monoteistycznych tradycji judeochrześcijańskich czy islamu. Chińczycy byli wyznawcami wielu kultów; różne religie, obrzędy i zwyczaje koegzystowały nie tylko w przestrzeni publicznej, ale i w wymiarze osobistym. Dość powszechne było utożsamianie się jednocześnie z buddyzmem i taoizmem, branie udziału w obrzędach lokalnych, czczenie przeróżnych bóstw domowych, wiara we wróżby i przesądy, ale nade wszystko kult przodków, który leży u fundamentów cywilizacji chińskiej. Europejscy misjonarze, którzy od XVI w. na takim gruncie usiłowali ewangelizować Chiny, mieli niełatwe zadanie. Wielu Chińczyków nie odrzucało nowej wiary, ale nie było też gotowych na wybór „albo – albo” i odcięcie się od swoich tradycyjnych kultów i wierzeń.

Komunizm zburzył duchowe tradycje Chin. W zamian oferował materializm, wiarę w naukę i obietnicę budowy nowego społeczeństwa. Tragiczne doświadczenia pierwszych 30 lat ChRL, niekończące się kampanie polityczne, „Wielki skok” i „rewolucja kulturalna” skutecznie ostudziły wiarę w tę ideologię jako substytut życia duchowego. Chińczycy potrzebowali prawdziwej religii. Niełatwo było im wrócić do dawnych kultów, które należały do zamkniętej już epoki Chin cesarskich. Nowa era gwałtownej modernizacji i bolesne doświadczenia poprzednich dziesięcioleci pchały ich raczej ku czemuś innemu. Chrześcijaństwo odpowiedziało na rosnącą potrzebę duchową, kojarząc się Chińczykom z egzotyczną, nieznaną, a przez to świeżą i czystą wiarą, która mogła pomóc zabliźnić rany i zapełnić pustkę stworzoną przez pogoń za pieniądzem.

Władze chińskie nie były i nie są zachwycone z rosnącej popularności chrześcijaństwa i wydaje się, że do dziś nie do końca potrafią ten trend zrozumieć. Obawiają się masowych ruchów sekciarskich, wpływów z zagranicy, politycznych aspiracji, które mogą się zrodzić w tych bardzo zróżnicowanych i trudno kontrolowalnych społecznościach religijnych. Ale zasadniczo nie próbują zwalczać samej wiary. I choć na poziomie lokalnym zdarzyło się wiele przypadków zamykania kościołów i utrudniania działania społecznościom chrześcijańskim, w przeważającej części nawet kościoły nielegalne mają ciche przyzwolenie na funkcjonowanie, jeśli tylko skala aktywności jest ograniczona i dotyczy wyłącznie kultu religijnego.

Nad wszystkim czuwa partia

W przypadku protestantów na korzyść ich zborów z punktu widzenia interesów partii działa to, że nie łączą się w jedną organizację, a zatem najczęściej mogą być ignorowane przez władze. W przypadku katolików sytuacja jest bardziej skomplikowana i nacechowana politycznie, gdyż partia nie dopuszcza możliwości zwierzchnictwa Rzymu nad wiernymi w Chinach, a stosunki dyplomatyczne pomiędzy ChRL a Watykanem bywają napięte. Wszystkie oficjalnie zarejestrowane w ChRL organizacje religijne podlegają ścisłej kontroli politycznej. Dawniej zajmował się nimi Krajowy Departament ds. Religijnych (SARA), dziś jest to Departament Pracy Zjednoczonego Frontu (UFWD), stanowiący organizacyjne ramię partii. A zatem kościoły chrześcijańskie funkcjonują albo w ramach struktur partyjnych, albo działają nielegalnie, ryzykując zamknięcie. I choć sytuacja ta jest specyficzna, przynajmniej do tej pory pozwalała na sukcesywny wzrost wyznawców Chrystusa w Chinach. Jednak coraz bardziej surowa polityka wewnętrzna epoki Xi Jinpinga stawia pod znakiem zapytania dalsze możliwości kontynuacji istnienia chrześcijańskiej szarej strefy. Partyjni urzędnicy wydają się zdeterminowani, by egzekwować przepisy, na które do tej pory patrzono przez palce, a partia nawołuje coraz bardziej intensywnie do upolitycznienia i sinizacji wszystkich religii obecnych w Chinach. Najbliższe lata pokażą, czy względna swoboda i tolerancja dla związków wyznaniowych w ChRL zostaną utrzymane.

258 marcin jacoby

O autorze
Prof. Marcin Jacoby

Sinolog, tłumacz, ekspert zajmujący się zagadnieniami polityczno-społecznymi regionu Azji Wschodniej, szczególnie Chin i Republiki Korei. Na Uniwersytecie SWPS kieruje Zakładem Studiów Azjatyckich i prowadzi zajęcia z zakresu wiedzy o Chinach i Azji Wschodniej: literatury, sztuki i dyplomacji kulturalnej.

 

kanały

zobacz też

strefa psyche strefa designu strefa zarzadzania strefa prawa logo
Zapraszamy na webinar „Współczesna literatura chińska – jak być twórcą w Państwie Środka?”