logo

logo uswps nazwa 3

Problem „twarzy” jest obecny w kulturze chińskiej od wieków. Wedle „Zapisków historyka”, gdy w 203 r. p. n. e. generał Xiang Yu przegrywał bitwę, mógł ocalić życie dzięki przepłynięciu jedyną dostępną łodzią na drugi brzeg rzeki, jednak tego nie zrobił. Na namowy żołnierzy chcących przekonać go do ucieczki odparł: „Zabrałem z ziem na drugim brzegu osiem tysięcy ludzi, aby służyli w mym wojsku. Jakże mam teraz wracać samotnie? Nie mam twarzy, aby pokazać się ich rodzinom”. O twarzy w kulturze chińskiej pisze Marek Tylkowski, doktor nauk o kulturze i religii z Zakładu Studiów Azjatyckich Uniwersytetu SWPS.

„Twarz” jako reputacja

Współcześnie słowo „twarz”, użyte w znaczeniu podobnym co w przytoczonej historii, można spotkać np. w muzyce popularnej. Chiński piosenkarz Zheng Zhihua w dostępnym na Youtubie teledysku śpiewa o tym, że to właśnie dla „twarzy” mężczyzna obejmuje piękną dziewczynę, jeździ porsche i nosi modne ubrania. Także dla „twarzy” jest on gotów stanąć do walki, a kobieta gotowa jest umrzeć. Jak widać, siła dążenia do zachowania „twarzy” wśród Chińczyków nie zmniejszyła się od około dwóch tysięcy lat.

Co zatem oznacza „twarz” w kulturze chińskiej? Nie jest to bynajmniej część ciała. Należy raczej powiedzieć, że stanowi coś w rodzaju reputacji. Wszelako reputacja ta posiada kilka charakterystycznych dla kultury chińskiej cech.

Zyskać lub stracić „twarz”

Po pierwsze – to, jaką kto ma „twarz”, wynika z tego, jak jest postrzegany przez innych ludzi we własnym otoczeniu, a nie z jego obiektywnych cech. Jeśli przyrównać go do książki, to najbardziej liczy się jej okładka. I choć na Zachodzie mówi się, że nie powinna ona stanowić o ocenie zawartej w książce treści, to jednak w Chinach człowieka często ocenia się właśnie po jego wizerunku zewnętrznym. Jeśli wygląda na bogatego, zadaje się z ważnymi ludźmi, ma drogi samochód, okazały dom, jest kimś, kto posiada „dużą twarz”.

Po drugie – „twarz” danej jednostki jest czymś, co dzieli ona z grupą, którą reprezentuje w danej sytuacji. Może być dzielona z jej współpracownikami w jednej firmie, kolegami i koleżankami w jednej klasie, sąsiadami i przede wszystkim z własną rodziną. Dlatego jeśli ktoś z rodziny danego człowieka odniesie jakiś sukces, to on także zyskuje „twarz” – nawet jeśli się do tego sukcesu nie przyczynił. Działa to też w przeciwną stronę. Ilustruje to jedna z historii zawartych w powieści „Zwykły świat” autorstwa Lu Yao. Jedna z bohaterek pracowała w restauracji, skąd ukradła trzy chusteczki. Gdy dowiedział się o tym ojciec jej chłopaka, zabronił mu spotykania się z nią, aby nie narażać rodziny na utratę „twarzy” przez związek z kimś o tak niskim poziomie moralnym.

Dawać lub dostawać „twarz”

Po trzecie – „twarz” jest czymś, co można dawać i dostawać. Dawanie jej komuś oznacza okazywanie mu szacunku w taki sposób, że wzrasta ocena ważności jego osoby w oczach innych ludzi. Najprostszym i najczęściej spotykanym sposobem czynienia tego jest zaproszenie kogoś na wspólny posiłek i zamówienie większej liczby dań niż jego uczestnicy są w stanie zjeść. Im więcej resztek pozostanie, tym większą „twarz” zyskuje gość, ponieważ wiele pozostałości świadczy o dużej trosce o niego ze strony gospodarza.

Po czwarte – związki „twarzy” danego człowieka z jego postawą moralną są co najmniej ambiwalentne. Z jednej strony nienaganne zachowanie pod względem moralnym może sprawić, że ktoś będzie ją posiadał. Z drugiej jednak – jednostka może ją tracić bez żadnej moralnej przewiny, jak np. kobieta, która została zgwałcona. O takim przypadku wspominał chiński antropolog kulturowy Zhai Xuewei, przytaczając przykład zgwałconej córki policjanta, którą ojciec zmusił do popełnienia samobójstwa, ponieważ jej obecność ciągle przypominała mu o tym, iż jego rodzina straciła przez nią „twarz”.

„Twarz” dla swoich i cudzoziemców

W praktyce – niezależnie od naukowej charakterystyki „twarzy” w kulturze chińskiej – tym, co interesuje wielu cudzoziemców, jest odpowiedź na pytanie, czy oszukiwanie w handlu wiąże się z jej utratą. Otóż w przypadku relacji handlowej między ludźmi, którzy znają się długo i są znani przez to samo środowisko, oszustwo niewątpliwie do niej by prowadziło. Jeśli jednak mamy do czynienia z przybywającym jedynie na krótko do Chin cudzoziemcem, to nie jest on kimś, przed kim należy zachowywać „twarz”. Dzieje się tak dlatego, ponieważ jego opinia się nie liczy i nie wpływa na reputację handlarza w jego własnym otoczeniu.

Na koniec warto wspomnieć o tym, że dążenie do zachowania „twarzy” występuje także w innych krajach wschodnioazjatyckich, choć niekoniecznie jest wyrażane za pomocą takich samych metafor, nazw i pojęć. Stanowi składnik wielu kultur, który nie doczekał się jeszcze dogłębnego zbadania przez uczonych świata zachodniego. Niemniej bez jego zrozumienia trudno jest zrozumieć sposób postępowania mieszkańców Azji Wschodniej.

258 Marek Tylkowski

O autorze
dr Marek Tylkowski

Doktor nauk o kulturze i religii z Zakładu Studiów Azjatyckich Uniwersytetu SWPS. W pracy naukowej najbardziej poświęca się historii myśli chińskiej przełomu XIX i XX w. Bada relacje między kulturą zachodnią a chińską, recepcję myśli chińskiej na Zachodzie oraz recepcję chrześcijaństwa w Chinach. Zajmuje się antropologią kulturową w kontekście chińskim, szczególnie jeśli chodzi o sposób rozumienia jednostki, twarz, relacje międzyludzkie itp.

O Tajwanie ostatnio znów robi się głośniej. Ta niewielka wyspa o powierzchni jednej dziesiątej obszaru, jaki zajmuje Polska, i populacji liczącej 23,5 miliona osób odgrywa ważną rolę w dyskursie politycznym między Chinami a USA. Im bardziej napięte są stosunki łączące te dwa mocarstwa, tym częściej Tajwan powraca na pierwsze strony gazet. Pisze o tym prof. Marcin Jacoby, kierownik Zakładu Studiów Azjatyckich Uniwersytetu SWPS.

Od neolitu do Chiang Kai-sheka

Tajwan, zamieszkany już kilka tysięcy lat temu przez ludność austronezyjską, począwszy od XVI w. stopniowo był kolonizowany przez chińskich rolników i rybaków, przede wszystkim z terenów dzisiejszej prowincji Fujian po drugiej stronie Cieśniny Tajwańskiej oraz prowincji Guangdong (grupa etniczna Hakka). Już wtedy wyspę odwiedzali europejscy podróżnicy. W 1624 r. Holendrzy założyli w południowo-zachodniej części Tajwanu Kompanię Wschodnioindyjską, niecałe 20 lat później udało im się wypędzić Hiszpanów z północnej części wyspy, jednak w końcu w 1662 r. sami musieli opuścić Formosę. Pokonały ich wojska chińskie pod wodzą Zheng Chenggonga (zwanego przez Europejczyków Koxingą). Była to armia powstańcza upadłej dynastii Ming (1368–1644), która schroniła się na Tajwanie, pragnąc kontynuować stamtąd opór przeciw Mandżurom, zdobywcom z północy, rządzącym jako dynastia Qing (1644–1911).

Choć od tego czasu Tajwan zagościł na chińskich mapach jako część terytorium Cesarstwa, dopiero w 1885 r. stał się oddzielną prowincją. I zaledwie 10 lat później, po przegranej wojnie chińsko-japońskiej, znalazł się pod okupacją japońską na mocy Traktatu z Shimonoseki. W 1945 r. powrócił na łono Republiki Chińskiej, jednak ta ogarnięta była wojną domową pomiędzy narodowcami (Guomindang) pod wodzą Chiang Kai-sheka a komunistami, którym przewodził Mao Zedong. Komuniści zdobywali kolejne przyczółki i jesienią 1949 r. Chiang zdecydował o tymczasowym odwrocie na Tajwan, z myślą o przegrupowaniu i dalszej walce z wojskami Mao.

Jedne Chiny – ale które?

Tak się jednak nie stało i prawie dwumilionowa grupa przybyłych z kontynentu żołnierzy i ludzi reprezentujących ówczesne chińskie elity pozostała na Tajwanie na stałe. Mao w tym samym 1949 r. ogłosił powstanie Chińskiej Republiki Ludowej (ChRL) i tak zrodził się polityczno-prawny problem, z którym świat boryka się do dziś: istnieją dwa organizmy państwowe, roszczące sobie prawo do reprezentacji koncepcji „Chin”: ChRL na kontynencie i Republika Chińska na Tajwanie (Republic of China, ROC), jako kontynuacja państwa, które po przegranej walce zbrojnej w 1949 r. ewakuowało się na wyspę.

Choć dziś niewiele osób to pamięta, w czasach zimnej wojny demokracje zachodnie i większość innych państw świata utrzymywały stosunki dyplomatyczne wyłącznie z ROC, a nie z ChRL, które mogło budować swoje relacje przede wszystkim w ramach bloku państw socjalistycznych, m.in. z Polską (PRL). Wszystko zmieniło się jednak w latach 70. – w 1971 r. ChRL zostało przyjęte do ONZ, a ROC z niego wystąpiło zgodnie z zasadą „jednych Chin”, której trzymały się i trzymają konsekwentnie do dziś obydwie strony chińskiego konfliktu.

Po śmierci Mao w 1976 r. i objęciu władzy na kontynencie przez Deng Xiaopinga dwa lata później, Chiny wkroczyły na drogę reform. Stały się potencjalnie atrakcyjnym partnerem gospodarczym dla USA, które w 1979 r. zdecydowały się na zerwanie stosunków dyplomatycznych z ROC i nawiązaniu ich z ChRL (wynik tzw. „dyplomacji pingpongowej”). To samo zaczęły po kolei robić inne państwa, powodując nagłe i postępujące osłabienie globalnej pozycji dyplomatycznej Tajwanu wraz z gospodarczym rozwojem kontynentu.

Dziś ROC uznaje już tylko 15 państw świata: Watykan, 9 państw Ameryki Środkowej i Południowej, Eswatini (Suazi) w Afryce i 4 niewielkie państwa wyspiarskie na Pacyfiku. Tajwan jest politycznie osamotniony, a nazwa Republiki Chińskiej nie przechodzi przez usta większości polityków światowych, którzy wiedzą, że jakiekolwiek publiczne wspomnienie o takim tworze politycznym spotka się z natychmiastową, ostrą reakcją ze strony ChRL. Zgodnie z doktryną z kontynentu Republika Chińska przestała istnieć w 1949 r., zaś Tajwan prędzej czy później zostanie włączony do Chin, wieńcząc wielkie dzieło zjednoczenia państwa (powrót Hongkong do macierzy w 1997 r. i Makau w 1999 r.).

Meandry tajwańskości

A co na to Tajwańczycy? Żyją od 70 lat na wyspie, której państwowa tożsamość stanowi dyplomatyczny temat tabu. Choć mają w domach paszporty z napisem „Republika Chińska”, a ich wyspa ma własną armię, parlament, prezydenta, walutę, hymn, flagę i godło, gdziekolwiek nie pojadą, traktowani są jako mieszkańcy „regionu”, a nie państwa. Na granicy z ChRL kierowani są do odprawy paszportowej razem z mieszkańcami Hongkongu i Makau, które są integralną częścią ChRL, choć na prawach Specjalnych Regionów Administracyjnych. Tajwańscy sportowcy występują na zawodach pod przedziwnie brzmiącymi sztandarami „chińskiego Tajpei”, flaga ROC pojawia się w przestrzeni publicznej coraz rzadziej. Chińczycy z kontynentu ukuli termin „Większych Chin” (Greater China), który odnosi się do tych obydwu bytów państwowych i który ma przyzwyczaić społeczność międzynarodową do „jednych Chin”. By nie stracić dostępu do chińskiego rynku, linie lotnicze, największe globalne koncerny i przeróżne organizacje międzynarodowe w swojej komunikacji z klientami mówią o Większych Chinach i wolą nie wspominać słowa „Tajwan”, chyba że w jednoznacznie geograficznym kontekście nazwy wyspy, a nie jej politycznej tożsamości.

Ale i z tą tożsamością na Tajwanie nie jest wcale tak prosto. Gdy dwa miliony uchodźców przed komunizmem i zwolenników Guomindangu pojawiło się nagle w 1949 r. na tej cichej, rolniczej wyspie, natychmiast wprowadziło surowy reżim wojskowy i zdusiło krwawo wszelki opór miejscowych. Do śmierci Chianga w 1975 r. dyktatura nie zelżała i dopiero jego syn, Chiang Ching-kuo rozmontował ją w 1987 r., pozwalając na stopniową demokratyzację. Guomindang w 2000 r. stracił po raz pierwszy władzę w wyborach prezydenckich, gdy obywatele wybrali kandydata Demokratycznej Partii Postępu (DPP), Chen Shui-biana, reprezentującego interesy społeczności rodzimej, a nie potomków elit przybyłych w 1949 r. Do dziś nie zatarły się podziały na wyspie pomiędzy rodzinami owych przybyszów (tzw. waishengren, „ludzie spoza prowincji”), porozumiewającymi się na ogół w języku ogólnonarodowym, a ludnością lokalną, rozmawiającą w dialekcie minnan (język tajwański) lub hakka. I tak jak ci pierwsi czują się przede wszystkim Chińczykami, rodzimi Tajwańczycy związani są przede wszystkim z wyspą. Część z nich traktuje dzieje ROC na Tajwanie jako historię opresji i kulturowej dominacji, podkreślając swoją odrębność i żądając prawa do samostanowienia.

Niepewna przyszłość

Dziś podziały i napięcia polityczne na Tajwanie odzwierciedlają zarówno 70-letnią historię wyspy, jak i globalne przemiany. Coraz silniejsze i coraz bardziej asertywne Chiny dążą do całkowitej izolacji międzynarodowej ROC i wchłonięcia wyspy przez ChRL. Rodzi to rosnące obawy mieszkańców i przyspiesza proces kształtowania się silnej tożsamości lokalnej. Nie chodzi już o wybór między Chinami w wersji ROC lub ChRL, tylko o wybór pomiędzy tożsamością chińską a miejscową, tajwańską. Dawniej marginalny ruch „niepodległości Tajwanu” przybiera znacznie na sile. Jednocześnie Stany Zjednoczone wykorzystują Tajwan w swojej polityce antychińskiej i potrzebują go militarnie jako elementu sojuszniczego pasa wokół linii brzegowej ChRL: od Japonii, przez Republikę Korei, aż do Filipin i Singapuru. A na koniec jest jeszcze gospodarka: tajwańscy biznesmeni zainwestowali już w ChRL ponad 100 miliardów dolarów amerykańskich. Ocenia się, że do miliona Tajwańczyków mieszka lub przebywa w ChRL, gdzie produkują i działają na rynku tysiące tajwańskich firm. Obydwie gospodarki są ze sobą blisko związane, choć teraz to nie Chiny potrzebują tajwańskich inwestorów tak jak kiedyś, a raczej to wyspa coraz bardziej potrzebuje Chin. Pytanie o przyszłość relacji poprzez Cieśninę Tajwańską to pytanie o wybory tajwańskiego społeczeństwa, sytuację dyplomatyczną i gospodarczą, a na koniec o decyzje polityczne w Pekinie i Waszyngtonie.

258 marcin jacoby

O autorze
Prof. Marcin Jacoby

Sinolog, tłumacz, ekspert zajmujący się zagadnieniami polityczno-społecznymi regionu Azji Wschodniej, szczególnie Chin i Republiki Korei. Na Uniwersytecie SWPS kieruje Zakładem Studiów Azjatyckich i prowadzi zajęcia z zakresu wiedzy o Chinach i Azji Wschodniej: literatury, sztuki i dyplomacji kulturalnej.

Gdy student pochodzenia chińskiego studiujący w Polsce dostanie piątkę z egzaminu semestralnego, może się tym natychmiastowo pochwalić rodzinie mieszkającej w Chinach przez aplikację WeChat. Wystarczy kilka sekund, by o jego sukcesie dowiedzieli się rodzice, babcie i dziadkowie, ciocie i wujkowie, kuzyni, kuzynki itd. Podobnie mogą czynić także polscy studenci, używając np. Facebooka. Młodzi Chińczycy utrzymują jednak kontakt z kilkudziesięcioma członkami własnej rodziny w odrębnej grupie i to prawie przez cały czas – to zdecydowanie inaczej niż polscy studenci. Pisze o tym Wang Yun – kulturoznawczyni i lektorka języka chińskiego z Zakładu Studiów Azjatyckich Uniwersytetu SWPS.

Kto należy do grupy rodzinnej?

WeChat, chińska nazwa Weixin (微信, dosłownie „mikrowiadomość”), to chiński komunikator internetowy, portal społecznościowy i narzędzie płatnicze stworzone przez firmę Tencent Inc. W 2020 r. liczba jego użytkowników przekroczyła miliard dwieście milionów. Jest tak powszechnie używany przez Chińczyków, że można rzec, iż odbijają się w nim wszystkie relacje społeczne w Chinach. Badając np. interakcje społeczne, jakie się w nim odbywają, można obserwować życie rodziny chińskiej.

Przeciętny młody człowiek w Chinach, zanim wstąpi w związek małżeński, należy do co najmniej trzech grup rodzinnych na WeChacie. Jedna z nich to „mała rodzina”, czyli rodzice oraz rodzeństwo, druga – to rodzina, krewni i powinowaci ze strony ojca, a trzecia – rodzina, krewni i powinowaci ze strony matki. Jeśli zaś ktoś wstąpi w związek małżeński, wówczas tworzy jeszcze jedną grupę rodzinną, do której wchodzą oboje małżonkowie i ich rodzice, a później mogą wejść do niej także ich dzieci. Dla każdego młodego człowieka wejście do grupy rodzinnej jest niemal obowiązkowe, ponieważ odmowa przyłączenia się do niej jest odbierana jako nieuprzejmość.

Niezależnie od tego, jakie relacje są między członkami rodziny w realnym życiu, zgodnie z zasadami „poprawności kulturowej” powinni oni na WeChacie dołączyć do jednej, wspólnej grupy. Poza tymi obowiązkowymi grupami rodzinnymi mogą jeszcze istnieć inne grupy składające się z poszczególnych członków rodziny, np. rodzeństwo może utworzyć grupę, w której będzie rozmawiać o problemach związanych z opieką nad starymi rodzicami.

Co robią członkowie grup rodzinnych na WeChacie?

Członkowie najmniejszych grup składających się z najbliższej rodziny przekazują sobie różne informacje z życia codziennego, np. dotyczące czasu powrotu do domu, zakupów, jakie trzeba zrobić na kolację itd.

W większych grupach aktywność ich członków można podzielić na pięć kategorii. Pierwsza z nich to życzenia z okazji różnych świąt, druga – umawianie się na spotkania rodzinne, trzecia – dzielenie się informacjami dotyczącymi tego, co się wydarzyło w rodzinie, czwarta – to przesyłanie różnorakich wiadomości, ciekawostek i plotek, piąta – to zabawa z przesyłaniem „czerwonych kopert”.

To ostatnie stanowi chińską tradycję – czerwona koperta z pieniędzmi to rodzaj prezentu. Daje się ją na znak troski, życzliwości i przyjaźni z okazji obchodów Chińskiego Nowego Roku czy innych świąt, rozpoczęcia nauki w nowej szkole, ślubu, narodzin dziecka itp. Okazja do jej wręczenia może być też wykorzystana do dania komuś łapówki.

Czerwoną kopertę, do kwoty nieprzekraczającej 200 yuanów, czyli około 113 polskich złotych wedle aktualnego na grudzień 2020 r. kursu wymiany walut, można przekazać wybranej osobie lub określonej grupie użytkowników za pomocą aplikacji WeChat. W tym drugim przypadku aplikacja umożliwia otrzymanie pieniędzy wybranej liczbie użytkowników, którzy jako pierwsi otworzą kopertę. Można np. wysłać kopertę zawierającą 200 yuanów do grupy, która posiada 20 członków i ustalić, że pieniądze dostanie pierwsza piątka, która naciśnie na WeChacie otwarcie koperty. Można zmienić ustawienia aplikacji w taki sposób, że ona sama decyduje o podziale pieniędzy między ludzi należących do tej piątki, odbywa się to w losowo i nikt nie potrafi przewidzieć, jaką kwotę dana osoba dostanie. Ten, kto otrzyma najwięcej, będzie mógł się cieszyć z niespodziewanego prezentu od losu. Użytkownicy WeChata lubią bawić się w ten sposób nawet wtedy, gdy kwoty, o jakie rywalizują, są bardzo małe, np. kilka yuanów do podziału na kilkanaście osób, ponieważ traktują tę zabawę jako sprawdzian swojego szczęścia. Poza tym jeśli w danej grupie przez dłuższy czas nikt się nie odzywa, to zabawa kopertami może ożywić atmosferę.

Postawy młodych ludzi względem grup rodzinnych na WeChacie

Z perspektywy młodych ludzi grupy rodzinne na WeChacie pełnią rolę ambiwalentną. Z jednej strony pomagają im łatwo utrzymywać kontakty z bliższą i dalszą rodziną, gdy opuszczają dom rodzinny, wyjeżdżając na studia lub podejmując pracę w innym mieście. Z drugiej natomiast – „utrudniają” im życie, ponieważ przez WeChat starsze pokolenie może próbować ich nadzorować, upominając, pouczając, udzielając rad itp. Innymi słowy, ludzie należący do starszego pokolenia zachowują się na WeChacie tak jak podczas spotkań twarzą w twarz i odgrywają swoje tradycyjne role. Oczywiście starają się też chwalić każdego członka młodego pokolenia za jego sukcesy i zachęcać go do dalszych postępów w nauce lub sukcesów w pracy. Jeśli jednakże okaże się, że u któregoś z nich dostrzegą coś, co sami uważają za problem, wówczas go krytykują, omawiają jego sprawy na forum grupowym i wypytują o szczegóły. Przykładowo, jeśli młodzi ludzie są w wieku zdatnym do małżeństwa, a jeszcze nie mają dziewczyny lub chłopaka, to różni członkowie rodziny mogą ich pytać, czy mają już narzeczonego lub narzeczoną, a jeśli tak, to kiedy zamierzają się pobrać. Innym przykładem może być sytuacja, w której ktoś na zdjęciu zamieszczonym na grupie wydaje się za gruby, a inni członkowie rodziny, widząc to, zaczynają sugerować, żeby się odchudził, ponieważ otyłość jest niezdrowa itd.

Młodzi ludzie często są niezainteresowani tematami, o których rozmawiają starsi członkowie rodziny, dlatego w swoich komórkach ustawiają blokadę powiadomień o tym, co się dzieje na grupie rodzinnej. Oznacza to, że nowe wiadomości, jakie się w niej pojawiają, nie są sygnalizowane za pomocą dźwięku. Ignorowanie wiadomości nie prowadzi do wycofywania się z grupy rodzinnej na WeChacie. Taki postępek zostawiłby bowiem złe wrażenie, dlatego młodzież pozostaje w niej i od czasu do czasu sprawdza, co się dzieje.

Podsumowanie

Niezależnie od wszystkiego, w sytuacji gdy ludzie przemieszczają się coraz szybciej i coraz dalej, zgromadzenie wszystkich członków rodziny w jednym miejscu staje się coraz trudniejsze. Chińskie rodziny przeniosły swoje relacje do sieci, gdzie – przynajmniej formalnie – są one zachowywane mimo braku możliwości częstego spotykania się. Wirtualny świat relacji międzyludzkich często pokrywa się ze światem rzeczywistym, a to oznacza, że kontakty w nim raczej nie przyczyniają się do rozwijania relacji, których tak naprawdę nie było wcześniej. Za pomocą WeChata kontaktują się ze sobą najczęściej ci, którzy i bez niego są sobie najbliżsi. Jego pojawienie się poszerzyło jednak tematykę ich rozmów o informacje czerpane z internetu oraz dało starszym pokoleniom możliwość do wymieniania się poglądami bez wychodzenia z domu.

Wang Yun

O autorce
Wang Yun

Kulturoznawczyni, lektorka języka chińskiego z Zakładu Studiów Azjatyckich Uniwersytetu SWPS. Prowadzi badania nad rodziną chińską we współczesnych Chinach. Do jej zainteresowań naukowych należą różnice międzykulturowe z perspektywy antropologii kulturowej, kluczowe pojęcia kultury chińskiej i zmiany zachodzące w społeczeństwie chińskim pod wpływem modernizacji.

Półwyspu Koreańskiego nie ominęła fala przemian związanych z upadkiem demokracji politycznej, jaka przetacza się przez świat od ostatniej dekady. Wyrazem tego procesu jest wykrystalizowanie się ideologii wsród coraz szerszych kręgów społeczeństwa oraz idąca za nim polityczna trybalizacja. W Republice Korei ostatnich siedmiu lat niepoślednią destrukcyjną rolę odegrały w tym procesie media, a także: brak umiejętności przystosowania się elit politycznych do zbyt gwałtownie zmieniających się nieprzewidzianie okoliczności zewnętrznych, niechęć społeczeństw do pogodzenia się z faktem załamania się świata opartego na kredycie i konsumpcji, zaniedbanie problemów katastrofy demograficznej i wadliwych algorytmów wychowawczych, nieuporanie się z systemowymi problemami aparatu biurokratycznego nękajacymi dwunastą gospodarkę świata od czasu powstania Republiki. Na powyższe fenomeny nałożyła się także głęboka transformacja kulturowa związana ze zmianami pokoleniowymi. Doprowadziła ona do uodpornienia się Koreańczyków na dotychczasowe metody manipulacji przez rządzących, a także do zmiany głównego paradygmatu teleologicznego państwa, które za podstawowy cel swojego istnienia przestało uznawać zjednoczenie Półwyspu. O wszystkich tych zawiłościach pisze dr Jakub Taylor – koreanista z Zakładu Studiów Azjatyckich Uniwersytetu SWPS.

Sprzeciw społeczeństwa wobec prezydent Pak

Kiedy pod koniec października 2016 r. na placu przed Kwanghwamun rozpoczęły się demonstracje przeciw urzędującej prezydent Pak Kŭn-hye, liczni idealistycznie nastawieni komentatorzy przypisywali temu wydarzeniu znaczenie przełomowe, świadczące o wykluwaniu się nowego ładu opartego na dojrzalej „demokracji”. Sprzeciw wobec prezydent Pak był uzasadniony, jednak styl jej rządów nie różnił się zbytnio od modus operandi jej poprzedników, a liczne błędy, jakie popełniła, były wpisane w działanie systemu sprawowania władzy w Korei Południowej (pomoc wywiadowców w czasie kampanii prezydenckiej, doprowadzanie do samobójstw nieposłusznych redaktorów dzienników, sporządzanie czarnych list przeciwników politycznych ze świata artystycznego, tolerowanie pozaprawnych form wpływania na decyzje polityczne oraz nierejestrowanych przelewów pieniędzy konglomeratów opłacających obchodzenie uciążliwych dla nich reglamentacji i ustanawianie nowych, wymierzonych w potencjalną konkurencję).

Stosunkowo mało uciążliwe podejście aparatu państwowego do klasy średniej przez długi czas wystarczało do uspokajania nastrojów społecznych, jednak wraz z pogłębiającym się zadłużeniem gospodarstw domowych oraz rozpowszechnianiem się ideologii minjung wśród młodszego pokolenia wyborców, a także zmiany dominujących motywacji społecznych związanych z ogólnym wzrostem dobrobytu, wpłynęły na pojawienie się u Koreańczyków postaw roszczeniowych w stosunku do państwa. Roszczenia te w większości przypadków ogniskowały się na próbie zmiany filozofii rządzenia państwem na bardziej merytokratyczną. Czarę goryczy przelała polityka informacyjna rządu w sprawie zatonięcia promu Sewor’ho oraz racjonalne z punktu widzenia geostrategii, ale powodujące zbyt duży dysonans poznawczy wśród obywateli porozumienie z rządem japońskim w sprawie reparacji dla ofiar systemu imperialnego sutenerstwa z czasów II wojny światowej. Trybunał Konstytucyjny zaniepojony gigantyczną skalą protestów w imię wyższej konieczności uległ sentymentom tłumu i choć de iure Pak Kŭn-hye przestępstw nie udowodniono (co nie świadczy, że nie miały miejsca), zastosowano w stosunku do niej procedurę impeachmentu oraz uwięziono wraz z najbliższymi członkami kameryli (z Ch’oe Sun-shil na czele) w marcu 2017 r.

Plan Mun Chae-ina

Na fali niezadowolenia do władzy doszła ekipa pokolenia 386 z nowowybranym prezydentem Mun Chae-inem na czele, który po śmierci w czerwcu 2018 r. ostatniej ważnej podpory „głębokiego państwa” w Korei, Kim Chong-pila, zintensyfikował przekształcanie systemu południowokoreańskiej Republiki. Jego plan opiera się na trzech filarach: radykalnym przestawieniu gospodarki na tory interwencjonizmu państwowego, próbie wylansowania Korei Południowej na najważniejszego operatora polityki północnokoreańskiej, rewolucyjnej polityce informacyjnej, mającej na celu dogłębną zmianę myślenia obywateli Republiki Korei oraz utrzymaniu ich w przekonaniu, że nowa ekipa nie powiela błędnych wzorców poprzednich reżimów. Część reform okazała się dla Korei katastrofalna, inne doprowadziły do skutków pozytywnych, acz nieplanowanych.

W swojej polityce gospodarczej Mun oparł się na ideologii „rozwoju opartego o dochód”. Głównym architektem jej wdrażania został znany aktywista „anty-chaebŏlowy” – Kim Sang-cho. Zamiar ograniczenia roli konglomeratów w strukturze gospodarki koreańskiej przeprowadzono przez zmianę legislacji dotyczacej pakietów mniejszosciowych akcji, szczegolnie tych znajdujących się w rękach rodów budowniczych ekonomicznych „flagowców” Republiki. Przy przepowiadanym przez specjalistów (m.in. prof. Cho Chang-oka) załamaniu gospodarczym na skalę 1997 r. zmienione prawodawstwo może doprowadzić do zdominowania chaebŏli przez międzynarodowe fundusze inwestycyjne i zniewolenie Koreańczyków niespłacalnym długiem.

Skutki wprowadzonych reform

Załamanie takie nastąpi z wielkim prawdopodobieństwem na skutek wprowadzenia najbardziej radykalnego pakietu reform kodeksu pracy spośród wszystkich krajów OECD, któremu może nie oprzeć się nawet potężny dotychczas sektor produkcyjny gospodarki (już dziś dostrzegalny jest upadek ośrodków przemysłu mechanicznego m.in. w Kunsan).

Pakiet obejmuje podwyższenie płacy minimalnej o co najmniej 16 proc. (oczywistym efektem tego posunięcia jest borykanie się dziś Korei z największym od 2001 r. bezrobociem wsród młodych), ograniczenia maksymalnego czasu pracy do 52 godzin tygodniowo, fiskalizację (zmiana uderza w posiadaczy nieruchomości, które są w Korei Południowej podstawowym zabezpieczeniem obywateli na starość przy braku przymusowych ubezpieczeń), liczne antycovidowe pakiety stymulacyjne, gigantyczny rozrost sektora publicznego, wprowadzanie prozwierzecych i proekologicznych projektów rozwojowych oraz zadłużenie państwa. Na efekty takiej polityki nie trzeba było długo czekać, a próba uporania się z nimi skończyła się, póki co, zwolnieniem malkontenckiego szefa Krajowego Biura Obrachunkowego – Hwang Su-gyonga za sporządzanie nieprawomyślnych raportów.

Stosunek do Korei Północnej

Jeśli chodzi o stosunek do Korei Północnej, Mun postawił na kontynuowanie „polityki słonecznej”. Próba intensyfikacji kontaktów z reżimem Kim Chŏng-ŭna, po początkowych międzynarodowych i krajowych sukcesach wizerunkowych, skończyła się jednak wysadzeniem Międzykoreańskiego Biura Łącznikowego w Kaesŏngu. W miedzyczasie jednak Mun skutecznie zdołał obejść szkodzące głównie prostej ludności północnokoreańskiej embargo gospodarcze, za co spotkał się z krytyką na forum ONZ. Przy instalacji amerykańskiej stacji THAAD w Sŏngju potrafił także lawirować między konkurujacymi mocarstwami i doprowadził do wprowadzenia klauzuli o tymczasowości tej instalacji. Usilna próba przypodobania się reżimowi na Północy doprowadziła jednak także do delegalizacji poczynań grup aktywistów antykomunistycznych w samej Republice Korei. Nie przysporzyło to Munowi przyjaciół, działacze ci bowiem są często uchodźczej proweniencji, którzy jako jedni z nielicznych przemawiają w imieniu uciskanych rodaków zza linii demarkacyjnej.

Poczynania Muna, a także rzucanie kłód pod nogi działajacym w Republice Korei organizacjom uchodźczym, stawiają pod znakiem zapytania sens istnienia Korei Południowej jako niezawisłego mechanizmu chroniącego wolność swoich obywateli sensu largo. Wpisują się też one w dotychczasową tradycję usprawiedliwiania ograniczeń swobód obywatelskich w imię „wyższego dobra” (już nie „zjednoczenia” czy „obrony przed komunizmem”, ale „bezpieczeństwa” i „pojednania”). Warto dodać, że Mun doprowadził także do zamknięcia najlepszego w anglosferze ośrodka analitycznego badającego rozwój arsenału wojennego Północnej Korei – 38North.

Wizerunek w mediach

Działalności gabinetu Muna towarzyszy ponadto intensywna kampania medialna, która – mimo że w pewnej mierze zdołała ocieplić wizerunek prezydenta – doprowadziła do utraty zaufania do prawie całego światka dziennikarskiego. W mediach koreańskich podkreśla się skuteczność środków antypandemicznych przedsiewziętych przez rząd, oczerniając przy tym wszelkich przeciwników restrykcji. Media, zupełnie jak w czasach autorytarnych, pokazują wyrwane z kontekstu lub sprowokowane wybuchowe reakcje ideologicznych wrogów Muna (casus prof. Yi Yŏng-huna). Na wpływ starszych metod manipulacji, tj. odwoływania się do historycznych resentymentów antyjapońskich, uodparnia się coraz większa liczba obywateli Republiki, chociaż w procesie ich przygotowywania uczestniczą także Japończycy. Agresywna promocja wszelkich poczynań Muna przez mainstreamowe media doprowadziła do sprzężenia zwrotnego dodatniego w pracy tzw. mediów opozycyjnych o predylekcjach konserwatywnych, które także prowokują swoich sympatyków do nieprzemyślanych reakcji (zarzucając prezydentowi agenturalną, prokomunistyczną lub prochińską działalność na podstawie przesłanek – często wyrwanych z kontekstu wypowiedzi prezydenta).

Spadek popularności rządu – co za tym stoi?

Spadek popularności rządzącej administracji i jej zwolenników w aparacie biurokratycznym jest naturalnym procesem pogłębiającym się w miarę trwania kadencji. Fenomen ten jest dodatkowo pogłębiany kryzysem okołozdrowotnym (mimo że sam prywatny system ochrony zdrowia działa w Korei wzorowo), spowodowanym przez potrzebę ludności dostrzeżenia rezultatów konkretnych działań antycovidowych rządu, choćby były one szkodliwe dla gospodarki i samych obywateli.

Warto także wspomnieć fakt docenienia przez publikę widowiskowych prób walki Muna z korupcją. Wszelkie sukcesy na tym froncie przynoszą tylko prowizoryczne efekty i często uderzają rykoszetem w sam rządzący dziś establishment, co może być rezultatem poczynań różnych klik wywiadowczych o proweniencji autorytarnej.

Na całościową analizę rządów Mun Chae-ina trzeba będzie poczekać do końca kadencji, albo do czasu udostępnienia pełnej dokumentacji archiwalnej z czasów jego rządów. Nie sposób ponadto nie dostrzec możliwego kontekstu geopolitycznego zmieniającej się Korei: liczne niepowodzenia działań prezydenta mogą nosić znamiona zewnętrznej próby zdestabilizowania państwa leżącego w strefie buforowej w czasach zaostrzającego się konfliktu chińsko-amerykańskiego.

Jakub Taylor

O autorze
Dr Jakub Taylor

Koreanista zajmujący się historią i archeologią Korei oraz relacjami koreańsko-japońskimi. Pierwszy Europejczyk ze stopniem doktora Wydziału Historycznego Uniwersytetu Seulskiego (Zakład Historii Koreańskiej). Do 2019 r. pracował na stanowisku badawczym w Academy of East Asian Studies na Uniwersytecie Sungkyun Kwan w Seulu. Po kilkunastoletnim pobycie w Korei wrócił do Polski. Prowadzi zajęcia w Instytucie Bliskiego i Dalekiego Wschodu UJ oraz w Zakładzie Studiów Azjatyckich Uniwersytetu SWPS.

Przyzwyczailiśmy się już do gwałtownego przeobrażenia się Chin z zacofanego kraju trzeciego świata do potęgi produkcyjnej i eksportowej. Przyzwyczajamy się również do silnej pozycji chińskiej w takich obszarach, jak telefonia komórkowa i 5G czy technologia kosmiczna. Wiemy już o gigantycznych metropoliach, sieciach szybkiej kolei, nowoczesnych lotniskach i szerokich autostradach, które pokryły ten ogromny kraj gęstą siatką. Nie zawsze jednak zdajemy sobie sprawę, jaka była cena tak gwałtownego rozwoju i jak wiele wyzwań stoi przed Chinami, które właśnie wkraczają w epokę gospodarki wysokich technologii i społeczeństwa umiarkowanego dobrobytu. Pisze o tym dr hab. Marcin Jacoby, prof. Uniwersytetu SWPS, kierownik Zakładu Studiów Azjatyckich.

Rozwój ponad wszystko

Niezwykłe dzieje chińskiego sukcesu gospodarczego ostatnich 40 lat to również historia ogromnych kosztów industrializacji i urbanizacji kraju dla środowiska naturalnego. Zapoczątkowany w 1979 r. okres reform i otwarcia pchnął Chiny na drogę rozwoju na stopniowo liberalizowanych zasadach wolnorynkowych zarówno dla wielkich zakładów państwowych, jak i prywatnych przedsiębiorców i biznesmenów. Na zachodnim wybrzeżu i południu, szczególnie w prowincjach Zhejiang i Guangdong, powstały tysiące fabryczek i warsztatów, które razem z państwowymi kolosami budowały chiński cud gospodarczy… i zatruwały środowisko. Nie było żadnych norm, kontroli, trujące substancje wypuszczane były do rzek i do atmosfery. Tam, gdzie dziś liczyły się tylko pieniądze i sukces biznesowy, nikt nie zważał na rachunek, jaki natura wystawi jutro.

Od początku XX w. skutki tych działań coraz trudniej było ignorować, a obywatele – coraz bardziej świadomi zagrożenia własnego życia i zdrowia – zaczynali walczyć o swoje prawa. W 2007 r. w mieście Xiamen miały miejsce pierwsze protesty mieszkańców przeciwko budowie zakładu produkującego tworzywa sztuczne. W następnych latach podobne protesty odbywały się w Dalian, Ningbo, Kunmingu czy Maoming w prowincji Guangdong. W 2012 r. doszło do poważnego zanieczyszczenia rzeki Zhuozhang w prowincji Shanxi, a rok później w Kunmingu oraz wód gruntowych w Weifang. W kolejnym roku skażeniu uległa woda w wodociągach miejskich Lanzhou.

Tego typu zdarzenia jeszcze bardziej utwierdzały obywateli w przeświadczeniu, że dalszy rozwój na takich warunkach stanowi śmiertelne zagrożenie. Najpoważniejsza i najtrudniejsza do zatajenia sytuacja wiązała się ze stale pogarszającą się jakością powietrza. Niemal wszystkie miasta przemysłowe Chin przez większą część roku spowijał gęstniejący smog. Ludzie chodzili po ulicach w maseczkach, przed wyjściem z domu sprawdzali jakość powietrza na nieuznawanych przez władze portalach informacyjnych. W latach 2013–2015 Chiny były zdecydowanym liderem wszystkich światowych statystyk zanieczyszczenia powietrza. I choć oficjalnie problemu nie było, o trującym powietrzu mówiło się i pisało coraz więcej – stało się to jednym z najważniejszych tematów społecznych. Gniew opinii publicznej tak eskalował, że partia przestała w końcu udawać, że nie ma problemu i rozpoczęła walkę z zanieczyszczeniem, zaczynając właśnie od powietrza.

Wymuszona ekopolityka

W 2015 r. wprowadzono nową ustawę o ochronie środowiska naturalnego ustanawiającą dość rygorystyczne normy emisji dla przemysłu energetycznego i ciężkiego. Zaczęto kontrolować zakłady przemysłowe, wiele z nich zamknięto lub zmuszono do przeniesienia dalej od skupisk miejskich. Już po paru latach stężenie cząstek PM 2,5 w największych miastach spadło o kilkadziesiąt procent, a Chiny straciły pozycję lidera niechlubnych statystyk na rzecz miast w innych państwach azjatyckich.

Jednak problem zanieczyszczenia powietrza wynika przede wszystkim z oparcia polityki energetycznej na spalaniu paliw kopalnych, głównie węgla. Prężnie rozwijająca się gospodarka i bogacenie się społeczeństwa to również szybko rosnące zapotrzebowanie energetyczne, a więc coraz więcej elektrowni węglowych i spalanego węgla. Z tego zamkniętego kręgu nie da się wyjść inaczej niż przez sięganie do innych sposobów pozyskiwania energii. Elektrownie wodne i jądrowe mogły pokryć zaledwie część chińskiego zapotrzebowania. Na szczęście dla siebie i świata władze zdecydowały o rozwoju farm wiatrowych i słonecznych. Po zaledwie paru latach takiej polityki Chiny są już światowym liderem w fotowoltaice i produkcji turbin wiatrowych. Z roku na rok pokrywają więcej zapotrzebowania z odnawialnych źródeł energii. Zapotrzebowanie jest jednak tak wysokie, że równolegle z tymi pozytywnymi zmianami nadal rośnie konsumpcja węgla i tak ma być jeszcze do 2030 r. Chińscy planiści ogłaszają, że Chiny przejdą wtedy przez szczyt zapotrzebowania na węgiel i rozpoczną stopniową jego redukcję. Na 2060 r., 10 lat po Unii Europejskiej, wyznaczają osiągnięcie przez Państwo Środka neutralności węglowej.

Nie tylko zanieczyszczenie

Zanieczyszczenie środowiska to tylko część wyzwań, przed jakimi stoją dziś władze ChRL. Poza zapewnieniem energii elektrycznej dla coraz bardziej energochłonnej gospodarki, w niektórych regionach nadal istnieje poważny problem z dostępem do wody. Chiny to wielki i geograficznie bardzo zróżnicowany kraj, którego znaczna część leży na terenach ubogich w wodę lub wręcz półpustynnych. Nawet Pekin, siedziba władz centralnych i jedna z największych metropolii, przez lata borykał się z problemem niedoboru wody. W tym celu w 2004 r. uruchomiono największe od założenia ChRL przedsięwzięcie inżynieryjne – Projekt Transportu Wody z Południa na Północ (Nanshui Beidiao Gongcheng). W ciągu 10 lat ukończono budowę tzw. Trasy Centralnej o długości prawie 1300 km, a projekt trwa dalej. To rodzaj kanału-akweduktu, którym całkowicie dzięki sile grawitacji dostarczana jest do Pekinu woda z odległego Danjiangkou.

W 2015 r. uruchomiono inny ambitny projekt, którego celem jest poprawa jakości wody w chińskich rzekach. W całym kraju budowane są tamy wodne – z jednej strony w celu pozyskiwania energii elektrycznej, lecz również po to, by ochronić ludność przed suszami i powodziami. W przypadku tam na rzekach, od których zależą również inne państwa, chińska gospodarka wodna staje się tematem politycznym. W Tybecie, w górnym biegu Mekongu (czyli rzece Lancang) Chińczycy postawili już 11 tam, a na Bramaputrze (czyli Yarlung Tsangpo, Yalu Zangbu) stoją 4 tamy, zaś 3 inne są w budowie.

Część działań władz chińskich związana jest z zagrożeniem klimatycznym. Chiny są jednym z państw, które dotkliwie odczuwają nasilanie się gwałtownych i trudnych do przewidzenia zjawisk pogodowych. Naturalne kataklizmy i klęski zagrażają populacji. Tamy i masowe przesiedlenia rozwiązują część problemu związanego z coraz częstszymi suszami i powodziami. Władze sięgają jednak również po mniej konwencjonalne narzędzia, takie jak zasiewanie chmur, czyli rozpylanie jodku srebra i innych związków w atmosferze, by spowodować opady. Te i inne metody mają chronić przed gwałtownymi burzami, gradem czy nadmiernymi upałami. Ich długotrwały wpływ na klimat oraz zdrowie ludzi i zwierząt nie jest do końca znany.

Konsumpcja

Kolejny problem wynika ze wzrostu gospodarczego i wejścia Chin do grona państw zamożnych, czy – jak to Chińczycy sami określają – osiągnięcie umiarkowanego dobrobytu (xiaokang). Rośnie konsumpcja, co jest korzystnie dla ekonomii, lecz dobra, których oczekują konsumenci, trzeba jakoś zabezpieczyć. Dopóki tylko niewielka, najbogatsza część społeczeństwa mogła sobie pozwolić na co dzień na wysokobiałkową dietę, w Chinach nie brakowało mięsa, ryb i owoców morza. Jednak dziś, gdy tego samego oczekują dużo szersze grupy społeczne, okazuje się, że chiński rynek drenuje oceany i odpowiedzialny jest za coraz większą część światowego uboju zwierząt hodowlanych. Jeszcze w latach 60. ubiegłego wieku statystyczny Chińczyk spożywał mniej niż 5 kg mięsa rocznie. Dziś jest to ponad 60 kg. To nadal zaledwie połowa tego, co zjada statystyczny Amerykanin (pierwsze miejsce na świecie), ale różnicę robi skala populacji i dynamika wzrostu.

Jaka przyszłość nas czeka?

Trudno mieć do Chińczyków pretensje, że chcą jeść tak, jak mieszkańcy USA czy Europy. Trudno też winić władze chińskie za to, że chcą zapewnić swoim obywatelom wodę i energię elektryczną czy ochronić ich przed zmianami klimatycznymi. Wyzwania związane z chińskim wzrostem gospodarczym i bogaceniem się społeczeństwa są raczej przypomnieniem tego, że wszyscy korzystamy z tej samej puli zasobów i że bez gruntownych zmian naszego trybu życia po prostu nie wystarczy tych zasobów dla wszystkich mieszkańców Ziemi. Model rozwojowy, który sprawdzał się wtedy, gdy wąska elita państw Zachodu bogaciła się kosztem globalnego Południa, jest nie tylko niemoralny, lecz także niedostosowany do sytuacji, w której coraz więcej mieszkańców naszej planety wychodzi z ubóstwa. Gospodarka oparta na niekończącym się wzroście produkcji i konsumpcji doprowadziła do kryzysu klimatycznego, w którym wszyscy się znaleźliśmy i z którego nie wyjdziemy, jeśli się nie opamiętamy. Chiński rozwój przyspieszył i pogłębił procesy, jakim dziś musimy stawić czoła. Ale może też dać nadzieję na zmianę. Jeśli Chiny wejdą na drogę zrównoważonego rozwoju tak szybko, jak udało im się stać liderem produkcji energii ze źródeł odnawialnych, jeśli znajdą sposób na zaspokojenie potrzeb konsumpcyjnych swoich obywateli bez pustoszenia środowiska tak szybko, jak dziś rozwijają rynek samochodów elektrycznych, nie jest wykluczone, że to one pokażą nam drogę do odpowiedzialnego wykorzystania zasobów naszej planety. I będzie to dla nas na pewno spore zaskoczenie, choć nie pierwsze z Państwa Środka.

258 marcin jacoby

O autorze
Prof. Marcin Jacoby

Sinolog, tłumacz, ekspert zajmujący się zagadnieniami polityczno-społecznymi regionu Azji Wschodniej, szczególnie Chin i Republiki Korei. Na Uniwersytecie SWPS kieruje Zakładem Studiów Azjatyckich i prowadzi zajęcia z zakresu wiedzy o Chinach i Azji Wschodniej: literatury, sztuki i dyplomacji kulturalnej.

 

kanały

zobacz też

strefa psyche strefa designu strefa zarzadzania strefa prawa logo
Zapraszamy na webinar „Współczesna literatura chińska – jak być twórcą w Państwie Środka?”