strefa PRAWA logo4

logo uswps nazwa 3

Seans z prawem. Podglądając przysięgłych

Prawnicy, sędziowie, studenci prawa są wdzięcznym tematem scenariuszy filmowych, a nic tak dobrze nie robi naszym obywatelskim zapędom, jak obejrzany w napięciu dramat sądowy. Strefa Prawa Uniwersytetu SWPS przedstawia najnowszy cykl: „Seans z prawem”. Na warsztat weźmiemy kultowych „Dwunastu gniewnych ludzi” i mniej znaną „Ławę przysięgłych”.

Ten sam temat, różne generacje

W warstwie estetycznej mamy zderzenie dwóch światów. „Dwunastu gniewnych ludzi” (reż. Sidney Lumet) to czarno-biały film z lat 50. XX wieku, „Ława przysięgłych” (reż. Gary Fleder) jest już filmem nowej generacji, z początku XXI wieku. Pierwszy z nich niemal w pełni realizuje grecką zasadę trzech jedności – miejsca, czasu i akcji, drugi – jest esencją wszystkiego, co w kinie amerykańskim lubimy najbardziej: widzimy dynamikę, zmienność, zwroty w fabule.

Oba jednak filmy przedstawiają pewne procedury, które są stałymi elementami przeprowadzania procesu sądowego w Ameryce. Tyle tytułem wstępu. Nie będziemy streszczać fabuły, zwrócimy uwagę na kilka istotnych kwestii, które są ciekawe z punktu widzenia prawa. Naszą wiedzę na temat procesu sądowego najczęściej budujemy na podstawie hollywoodzkich filmów, w których widzimy prawników, sędziego i ławę przysięgłych. W Polsce jednak z tym ostatnim tworem się nie zetkniemy. A i o amerykańskich procedurach najlepiej byłoby nie wyrokować na podstawie filmów.

Dwunastu albo i nie

Na przykład, oglądając „Dwunastu gniewnych ludzi”, wydaje nam się, że liczba przysięgłych jest stała i niezmienna. Okazuje się jednak, że to mit. Dobór dwunastu przysięgłych występuje w najcięższych sprawach karnych. W innych – lżejszych – proces sądowy zadowala się połową tej liczby. Kolejnym stereotypem jest jednomyślność ławników. W filmie Sidneya Lumeta przysięgli dopóki nie osiągają jednomyślności wyniku, nie wychodzą z pokoju, w którym rozgrywa się akcja. Tymczasem prawo mówi, że wyrok musi zostać podjęty „ponad wszelką wątpliwość”. Satysfakcjonujący więc jest rezultat 8:4 lub 9:3. Brak jednomyślności widzimy natomiast w „Ławie przysięgłych”, ale tu – dla zachowania symboliki – tylko jeden z ławników nie zgadza się z resztą.

Dobór ławy jako etap batalii

Ważnym aspektem w procesie sądowym jest także to, co dzieje się… przed sprawą. Dlaczego? Bo właśnie wtedy odbywa się dobór ławy przysięgłych, co może być kluczowe dla werdyktu. Ławnicy są zwykłymi obywatelami, którzy otrzymują wezwanie do uczestnictwa w procesie. Ich obowiązkiem jest stawienie się i wzięcie udziału w rozmowie, która zadecyduje, czy prokurator i obrońca solidarnie zgadzają się z włączeniem konkretnych osób do pracy. Obrońca wyklucza tych, którzy z punktu widzenia procesu mogą być podejrzani o subiektywne podejście, choćby przez ich próbę identyfikacji z oskarżonym czy podobne przeżycia. W „Dwunastu gniewnych ludziach” nie widzimy wyboru członków ławy przysięgłych. Mamy już wybraną grupę osób, która opuszcza salę sądową i przenosi się do pokoju, w którym od tej chwili będzie toczyła się rozmowa pomiędzy różnymi osobowościami. Odwrotnie jest w filmie „Ława przysięgłych”. Tu cała historia zaczyna się od budowania grupy ławników. Rankin Fitch (Gene Hackman), który gra doradcę odpowiedzialnego za dobór przysięgłych, by dopomóc korporacji produkującej broń oskarżonej za niewłaściwe praktyki jej sprzedaży, zaczyna manipulować dwunastką kluczowych postaci. A wiadomo, że ławnicy to zwykli ludzie, mają swoje pragnienia i swoje problemy. Ktoś jest kierownikiem sklepu i marzy o awansie, któraś ma męża, robiącego lewe interesy, któraś jeszcze musiała przeprowadzić aborcję, bo ojcem dziecka nie był mąż. No i mamy też Nicholasa Eastera (John Cusack,), który pod płaszczykiem błazeńskiej postawy, skrywa zamiary znacznie bardziej złożone, niż chęć zarobienia 10 milionów zielonych na manipulacjach przy werdykcie przysięgłych. I Rankin Fitch i oskarżyciel Wendel Rohr (Dustin Hoffman) starają się wybadać ławników. Obaj nie do końca działają uczciwie, chociaż ten drugi jest przecież dobry. Wszystko po to, by oczywiście pokierować procesem wedle korzystnego dla nich planu.

„Zgłaszam sprzeciw”, czyli o kontradyktoryjności procesu

W „Dwunastu gniewnych ludziach” tego nie widzimy, za to w „Ławie przysięgłych” i wielu innych dramatach sądowych niezwykle często. Kontradyktoryjność ujęta w tego rodzaju kinie to dynamiczny i pokazany w jaskrawych barwach spór toczący się między dwoma stronami, które starają się przekonać ławników do swoich racji. Tu pojawia się kolejny mit zbudowany w świadomości widza: ława przysięgłych nie uczestniczy w procesie aktywnie. Aktywne role natomiast mają do odegrania prawnicy. Są jednocześnie zwykle dobrymi mówcami i aktorami, rozpoznają słabe strony adwersarza i potrafią wybitnie grać emocjami. W filmie Gary’ego Fledera mamy raczej tylko dotknięty motyw przesłuchań. W wielu filmach o prawniczym rysie punktem kulminacyjnym są właśnie te sceny. Nie tym razem jednak. W chwili, gdy Wendel Rohr przepytuje producenta broni, przez którego prowadzona polityka liczenia zysku powoduje straty w ludziach, wiemy, że producent wyłoży się nadmiarem irytacji i bezdusznym, korporacyjnym nastawieniem do klientów. Duże znaczenie też mają mowy końcowe, które stanowią kropkę nad i, a widz czeka na nie z napięciem, chociaż wiadomo, że w ostatecznym rozrachunku to dobro wygra.

Wojna na emocje, czyli kto da z siebie ich więcej

Tak naprawdę, gdyby uprościć większość kina sądowego – to wspólnym mianownikiem filmowych procesów jest ścieranie się skrajnych emocji. I o to chodzi. Wszak ławnikami są – jak już to było powiedziane – przeciętni obywatele, laicy. Emocji zatem uniknąć się nie da. Akcja „Dwunastu gniewnych ludzi” rozgrywa się w jednej sali, gdzie obradują przysięgli sądowi. Nie wiemy, jak zostali wybrani, nie mamy także wiedzy o tym, kim są, poza szczątkowymi danymi, a to związanymi z zawodem (ktoś jest marketingowcem), a to rodziną (ktoś nie rozmawia od kilku lat ze swoim dzieckiem). Bohaterowie debatują nad sprawą o morderstwo: syn zabił ojca. Jedenastu spośród tytułowej dwunastki jest przekonana, że dowody na śmierć ojca z rąk syna są niepodważalne. Tylko dwunasty się wyłamuje. Grany przez Henry’ego Fondę Davis kwestionuje wyrok, który tak ochoczo i tak łatwo został wydany przez pozostałych. W metodyczny i spokojny sposób próbuje kolejno obalać dowody. Panuje upał, widzimy ludzi, którzy w dusznej atmosferze – mamy środek lata – próbują zachować zimną krew i w zasadzie nikomu, poza Davisowi, się to nie udaje.

Film Sidneya Lumeta kipi aż od emocji. Wszyscy bohaterowie są różni, każdy z nich – czujemy to podskórnie – ma mniej lub bardziej wyrobione zdanie na temat dobra i zła, kwestii moralnych, rasowych, społecznych itd. Niektórzy przysięgli niechętnie podchodzą do oskarżonego, bo kojarzy im się z biedną dzielnicą pełną patologii, inni wykazują się znacznie większą empatią. Widzimy też rodzaj spektaklu, toczący się pomiędzy subiektywnymi przekonaniami, które nas kształtują i dzięki którym kategoryzujemy i porządkujemy świat, a obiektywnymi przesłankami, powodującymi, że oskarżony chłopak może zostać sprawiedliwie oceniony.

W „Ławie przysięgłych” historia zaczyna się od retrospektywnej sceny: widzimy szczęśliwą rodzinę, tata, mama, syn i tort. Lubimy ich, są uroczy. Tata jest prawnikiem, idzie do pracy następnego dnia po urodzinach swojej latorośli. W pewnym momencie na kancelarię adwokacką napada były pracownik firmy, który zabija kilkanaście osób, w tym tatę. Dwa lata później słyszymy w tle narrację medialną: oto za jakiś czas rozpocznie się proces pomiędzy wdową po prawniku a żądnym kasy producentem broni, którego wdowa oskarża o śmierć swojego męża. Poznajemy główne postaci, dzięki czemu bardzo szybko możemy zakwalifikować je do dobrych i złych, tych, z którymi się identyfikujemy, i tych, które nasz system norm i zasad odrzuca. Mamy tu też chwyt stary jak świat: wielką bezduszną korporację i kobietę, która straciła męża. Mamy tu niepogłębiony, ale istotny problem dostępu do broni. Media tylko udają, że można spekulować na temat wygranej. Jeszcze nikomu wygrać się z taką wielką firmą i producentem broni nie udało. Mamy tu jednak widoki na precedens – czyli charakterystyczny element prawa amerykańskiego, który w Polsce nie występuje – bo kto wie, może wdowie się jednak uda.

Czy tęsknimy za ławą przysięgłych?

Laicy, którzy idą do polskiego sądu i którzy czerpią wiedzę z amerykańskich filmów, ze zdziwieniem stwierdzają, że ława przysięgłych dla Europejczyka (poza Irlandią i Wielką Brytanią) to pewien fantazmat. To instytucja, charakterystyczna dla krajów anglosaskich, w skład której wchodzą zwykli ludzie. Najczęściej orzekają w sprawach karnych i cywilnych i o werdykcie decyduje zdecydowana większość spośród nich. Na podstawie werdyktu ławy przysięgłych, sędzia prowadzący sprawę wydaje wyrok. Ława decyduje o winie, sędzia wypełnia rolę prawotwórczą. Jest to bez wątpienia sytuacja wspaniała, z punktu widzenia tworzenia scenariuszy filmowych i realizacji produkcji wbijających w fotel. W Polsce ławy przysięgłych nie ma, funkcjonują za to ławnicy. I może nie jest tak spektakularnie, ale, ostatecznie, życie to nie kino – w naszych własnych sprawach oczekujemy sprawiedliwości, niekoniecznie zaś dobrego show.

 

Najnowsze artykuły

Kanały

Zobacz także

strefa psyche strefa designu strefa zarzadzania strefa kultur logo