Złościsz się, gdy bliscy naruszają twoje granice, ale na zewnątrz pokazujesz kamienną twarz. Czujesz smutek, bo zawiódł cię najlepszy przyjaciel, lecz ty udajesz, że nic takiego się nie stało. Tłumienie trudnych emocji nie pozostaje bez konsekwencji. Cierpi na tym dobrostan psychiczny, zaczyna też szwankować zdrowie fizyczne. „Dzielenie się trudnymi emocjami wymaga odwagi, której często nam brakuje” – mówi psycholog dr hab. Jarosław Michałowski, prof. Uniwersytetu SWPS. Jak się ośmielić i wyrazić smutek czy złość? I dlaczego warto?

Ewa Pluta: Buzuje w nas złość, ale jej nie wyrażamy. Na pytanie „jesteś smutny?”, odpowiadamy szerokim uśmiechem. Co skłania do tłumienia tzw. trudnych emocji?

dr hab. Jarosław Michałowski, prof. Uniwersytetu SWPS: Tłumienie emocji, takich jak złość czy smutek, jest często nawykowe. Oznacza to, że kiedyś, zwykle w dzieciństwie, było ono częścią mechanizmu pozwalającego przetrwać trudne sytuacje. W tamtym kontekście, na krótką metę tłumienie emocji się sprawdzało, a teraz niekoniecznie. Męczymy się, ale nawyk jest tak silny, że trudno go zmienić.

Trudno wyrażać złość, w której tłumieniu jesteśmy trenowani od dzieciństwa?

Wyobraźmy sobie dziecko, które jest bardzo żywe, roznosi je energia. Domaga się uwagi rodziców, a gdy jej nie dostaje, wpada w złość. Rodzice ostro komentują jego zachowanie: „dlaczego to robisz mamie i tacie!”, „ty zawsze tak się zachowujesz”, „nie powinieneś się tak złościć”, a czasem reagują wręcz agresywnie. Dziecko uczy się, że złość jest zła i należy ją tłumić, by nie narażać się otoczeniu.

Dziecko dorasta. Co się wtedy dzieje?

Złość ma uzasadnienie społeczne. Ta emocja pozwala bronić swoich granic w sytuacji, gdy inni chcą je przekroczyć. Jest jak alarm: uwaga, obcy na moim terytorium. Kto się nie złości, ten ma problem z zaspokajaniem swoich potrzeb. Skąd ludzie mają wiedzieć, czego chcemy, jeśli im o tym nie mówimy, tylko każemy się domyślać?

Tłumienie emocji wpływa też na relacje społeczne, i nie zawsze jest to wpływ pozytywny. Osoba, która się nie złości, może stosować bierną agresję. Czyli powie coś niemiłego, by za chwilę stwierdzić, że nie to miała na myśli. Nie wyrazi złości wprost, ale będzie wbijać szpile, robić na przekór. Bierna agresja potrafi zniszczyć nawet najtrwalsze więzi. Tłumienie emocji obraca się wtedy przeciwko nam.

Tłumienie emocji wpływa też na relacje społeczne, i nie zawsze jest to wpływ pozytywny. Osoba, która się nie złości, może stosować bierną agresję. Czyli powie coś niemiłego, by za chwilę stwierdzić, że nie to miała na myśli. Nie wyrazi złości wprost, ale będzie wbijać szpile, robić na przekór. Bierna agresja potrafi zniszczyć nawet najtrwalsze więzi.

 

„Nic się nie stało”, „mnie to nie rusza”, „spłynęło to po mnie jak po kaczce” – należy wierzyć takim komunikatom? Co się pod nimi kryje?

Pamiętajmy, że intensywność przeżywania emocji jest kwestią indywidualną. Nie jest wykluczone, że ta osoba mówi prawdę – faktycznie sytuacja nie wzbudza jej emocji. Być może przez takie komunikaty dajemy rozmówcy znak, że nie jesteśmy zainteresowani dalszą rozmową i wolimy zostać sami.

Kiedy mówimy „mnie to nie rusza”, jednak unieważniamy swoje emocje. W naszej kulturze ten zabieg jest dość powszechny. Nie tylko nie potrafimy wyrażać swoich emocji. My nie umiemy przyjmować emocji innych osób. Zrozpaczonej osobie mówimy: „nie przejmuj się”, „przecież nic się nie stało”, „jakoś to będzie”. To tak jakbyśmy jej powiedzieli „zamknij się”.

Czy są osoby, którym łatwiej jest wyrażać emocje?

Tu nie ma reguły, choć generalnie łatwiej jest wyrażać emocje osobom o wysokim poziomie reaktywności emocjonalnej. One są jak kipiący garnek – pod pokrywką dużo się dzieje, ale nie dojdzie do wybuchu jeśli para się systematycznie ulatnia. Co innego osoby o niskim poziomie reaktywności emocjonalnej – tu woda gotuje się mniej intensywnie i dlatego mniej pary wydostaje się na zewnątrz. To, czy będziemy wyrażać emocje, zależy jednak przede wszystkim od wychowania – czy najbliższe otoczenie daje zielone światło na ich wyrażanie, czy nie.

Można w ogóle nie odczuwać emocji?

Miałem pacjenta, który tłumił wszystkie emocje – zarówno pozytywne, jak i negatywne. Ani się nie złościł, ani nie okazywał radości. W dzieciństwie był zaniedbywany emocjonalnie przez swoich rodziców. Wtedy „zamrażał” swoje emocje, by nie czuć bólu odrzucenia.

Można też nie odczuwać emocji w sytuacjach ekstremalnych. Osoby, które doświadczają traumy mówią często, że czują pustkę, że są odcięte od swoich emocji. Ten stan nazywamy dysocjacją. U nich nawet w ciele nie pojawiają się żadne zmiany, nic. Trudno to znieść, więc niektóre osoby, żeby poczuć cokolwiek, samookaleczają się. W mniej ekstremalnych sytuacjach można czuć emocje w ciele, ale nie umieć ich nazwać. Ta dysfunkcja w przeżywaniu emocji wynika z tego, że nie nauczono nas ich identyfikować czy wręcz kazano tłumić.

Jak nadrobić te braki?

Na przykład biorąc udział w terapii poznawczo-behawioralnej. Przebieg terapii zależy od poziomu emocjonalnego rozwoju pacjenta, tj. jego umiejętności identyfikacji i regulacji emocji. Na przykład, gdy pacjent ma emocjonalność sześciolatka, trzeba go uczyć, jakie są emocje i jak je rozróżniać, stopniowo zaznajamiając z sytuacjami, które mogą je wyzwolić. Obserwujemy, jak ciało reaguje na daną emocję – bo każda ma komponent organiczny. Kłopot w tym, że ludzie często biorą leki, które tłumią ich emocje. Wtedy należy z nich zrezygnować (jeśli nie ma przeciwwskazań medycznych). Czasem mijają tygodnie, zanim pacjent zacznie zauważać swoje emocje i wejdzie z nimi w kontakt. To trudna praca, ale bez niej nie można pójść do przodu. Żeby przejść terapię, trzeba czuć swoje emocje.

Wiemy, co czujemy, potrafimy nazwać daną emocję, ale ją tłumimy. Jak reaguje ciało?

Zaczyna niedomagać. Pojawiają się dolegliwości bólowe, dokucza kręgosłup, męczą problemy gastryczne. Według niektórych teorii długotrwałe tłumienie złości może prowadzić do depresji. Inne podkreślają, że na rozwój zespołu jelita drażliwego mają wpływ tłumienie emocji i kumulowanie napięcia psychicznego.

W ogóle tłumienie emocji wymaga siły. Organizm jest ciągle przeciążony, napięty. System podwzgórze-przysadka-nadnercza jest aktywny non stop, czego efektem są wyrzuty kortyzolu, który w nadmiarze może pogarszać funkcjonowanie poznawcze, na przykład procesy pamięci.

W wielu przekazach kulturowych zawarta jest myśl, że emocje należy raczej tłumić. Ich wyrażanie rzekomo nie jest na miejscu. O osobie radosnej mówimy, że „śmieje się jak głupi do sera”. Złoszczenie się na zmarłych też kulturowo nie uchodzi.

Ale to jest absurd. Można wyobrazić sobie sytuację, w której przyczyną śmierci był nie nieszczęśliwy wypadek czy nagła choroba, ale nieodpowiedzialne zachowanie. Na przykład osoba chora na serce, świadoma powagi sytuacji, zaniedbała przyjmowanie leków. Bliscy złoszczą się na zmarłego, ale kultura nie daje przyzwolenia na wyrażenie tej emocji. Nic dziwnego, że w relacjach międzyludzkich zachowujemy się jak zombie.

Zombie?

Co to za relacja, w której nie pokazujemy swoich emocji? Nie znamy siebie takimi, jakimi jesteśmy.
Tłumienie emocji staje się narzędziem autokreacji. Takie relacje nie wzbudzają zaufania, bo bez emocji nie wiem, kim naprawdę jest ta druga osoba.

Możemy ukrywać swoje emocje z obawy, że bliscy się od nas odsuną, uznają, że jesteśmy „trudni w obsłudze”.

Oczywiście wszelkie ekstremalne stany emocjonalne są zazwyczaj dysfunkcjonalne. Nie twierdzę, że zdenerwowani treścią e-maila powinniśmy chwycić za słuchawkę i natychmiast nakrzyczeć na nadawcę, by sobie ulżyć. W procesie wychowania uczymy się regulować emocje i wyrażać je adekwatnie do sytuacji. Istnieją też pewne ramy społeczne, których nie można przekraczać.

Dzielenie się trudnymi emocjami wymaga odwagi, której często nam brakuje. Nic dziwnego – jako społeczeństwo jesteśmy bardzo krytyczni wobec siebie. „Wewnętrzny krytyk” każe nam myśleć, że z nami musi być coś nie tak, skoro się smucimy, złościmy, czujemy niepokój. A to przecież emocje pokazują, jacy naprawdę jesteśmy. Jeśli będziemy je tłumić, uczucie niepokoju nigdy nas nie opuści. Ono będzie blokować nasz rozwój – zaczniemy unikać nowych sytuacji, miejsc, ludzi. Możemy tak funkcjonować latami, z pokolenia na pokolenie. Boję się pająków, więc nigdy nie zejdę do piwnicy, ale też nie przekonam się, że po pierwsze one nie są groźne, a po drugie ich tam nie ma.

jaroslaw michalowski

dr hab. Jarosław Michałowski, prof. Uniwersytetu SWPS – psycholog. W pracy naukowej koncentruje się na problematyce neuronalnych korelatów doświadczeń emocjonalnych oraz relacjach pomiędzy emocjami i procesami poznawczymi. Jest certyfikowanym terapeutą i superwizorem terapii poznawczo-behawioralnej (Cognitive Behavioral Therapy – CBT) oraz terapeutą schematów. Pomaga pacjentom z nerwicami, zaburzeniami lękowymi, depresją i trudnościami w relacjach.

Zobacz także

Group 426 Group 430 strefa zarzadznia logo 05 logo white kopia

 
Zapraszamy na webinar „Wpływ psychodelików na działanie mózgu”