Ile artykułów i książek napisano o kobiecym orgazmie? Tysiące? Setki tysięcy? Miliony? Ten temat nieustannie wzbudza zainteresowanie i emocje, czasem także niezdrową ekscytację, która nijak ma się do wiedzy naukowej. Dlaczego kobiety udają orgazm? Jak przekonania wyniesione z domu wpływają na seksualność? Co oznacza brak orgazmu i czy jego osiągania można się nauczyć?

O tajnikach kobiecego orgazmu mówi Magdalena Zaborowska-Piecuch, psycholożka i seksuolożka kliniczna.

Ewa Pluta: Według badań z końca 2019 r. opublikowanych w „Archives of Sexual Behaviour”, 60 proc. ankietowanych kobiet symulowało orgazm podczas seksu z partnerem. Po co udawać?

Magdalena Zaborowska-Piecuch: Motywacji kobiet udających orgazm możemy się tylko domyślać. Pewnie część kobiet chce pokazać, że wszystko z nimi w porządku, są wartościowe. Inne bardziej myślą o partnerze niż o sobie. Nie chcą, żeby on pomyślał, że jest niewystarczająco dobrym kochankiem, który nie potrafi doprowadzić partnerki do orgazmu.

Nie bez znaczenia jest sposób prezentacji kobiecej seksualności w kolorowych pismach. Tu na pierwszym miejscu jest dążenie do przeżywania przyjemności seksualnej, zdolność do osiągania orgazmu, maksymalizacja satysfakcji z życia seksualnego. Nadawanie takiego znaczenia życiu intymnemu sprawia, że kobiety chcą osiągać sukces, także w tej dziedzinie. To może rodzić silną presję, by ze wszystkich sił dążyć do orgazmu, a gdy go nie ma – udawać.

Udając orgazm, kobiety strzelają sobie w kolano. Partner myśli, że skoro ona szczytuje, to wszystko jest w porządku, zadowala kobietę i nie musi się bardziej starać. Symulacja orgazmu jest drogą jednokierunkową – trudno z niej zawrócić. Jak wytłumaczyć, że kiedyś miałam orgazmy, a teraz już nie; nagle seks stał się problematyczny, a jeszcze miesiąc temu był bombowy.

Wystarczyłaby rozmowa.

Większość par ma świadomość, że w różnych sferach życia trzeba się dotrzeć. Wspólne mieszkanie to pole nieustannych negocjacji. Podobnie jak wychowywanie dzieci czy nawet sposób spędzania wolnego czasu. Z reguły dobrze jest, gdy rozmawia się o swoich preferencjach, oczekiwaniach, potrzebach. Tak wygląda nauka bycia ze sobą i większość z nas z tym nie dyskutuje, choć to wcale nie jest łatwe. Tymczasem w seksie wszystko ma się dziać naturalnie i najlepiej bez zbędnego gadania. Przeskakuje iskra, partnerzy odczuwają ochotę na seks w tym samym czasie, w brzuchu fruwają motyle, gra miłosna trwa całą noc, a jej ukoronowaniem jest orgazm, najlepiej jednoczesny u obojga. Tak jest, ale tylko w filmach pornograficznych.

W seksie wszystko ma się dziać naturalnie i najlepiej bez zbędnego gadania. Przeskakuje iskra, partnerzy odczuwają ochotę na seks w tym samym czasie, w brzuchu fruwają motyle, gra miłosna trwa całą noc, a jej ukoronowaniem jest orgazm, najlepiej jednoczesny u obojga. Tak jest, ale tylko w filmach pornograficznych.


A w prawdziwym życiu kobiety często zgłaszają się do gabinetów seksuologicznych z zaburzeniami orgazmu?

Kobiety często zafiksowują się na braku orgazmu, upatrują w tym wyłącznie swój problem. Może dlatego, że taki problem łatwo zidentyfikować – orgazm jest albo go nie ma. W tej drugiej sytuacji może pojawić się frustracja, bo nasze życie seksualne jest ubogie w porównaniu z tym pokazywanym w mediach czy znanym chociażby z opowieści koleżanek.

Podczas terapii okazuje się niejednokrotnie, że nie brak orgazmu jest głównym problemem, ale małe potrzeby seksualne czy trudność z uzyskaniem podniecenia w trakcie zbliżenia. Brak satysfakcji z kontaktów seksualnych wynika z nieznajomości swoich potrzeb: czego chcę, co sprawia mi przyjemność, co mnie pociąga, czy odpowiada mi partner, czy w ogóle mam dziś ochotę na seks.

Z kolei realizacji potrzeb obojga partnerów sprzyja, oprócz komunikacji, gra wstępna, która jednak wymaga od obydwojga dużego zaangażowania – skupienia się na dotyku, doznaniach, pieszczotach, a nie codziennych sprawach do załatwienia „na wczoraj”. Gra miłosna zdecydowanie zwiększa szanse na orgazmu.

Kobiety często zafiksowują się na braku orgazmu, upatrują w tym wyłącznie swój problem. Może dlatego, że taki problem łatwo zidentyfikować – orgazm jest albo go nie ma. W tej drugiej sytuacji może pojawić się frustracja, bo nasze życie seksualne jest ubogie w porównaniu z tym pokazywanym w mediach.


Do łóżka wchodzimy też z rozmaitymi przekonaniami – z domu, szkoły, lekcji religii. One chyba też nie ułatwiają życia seksualnego?

Na co dzień pracuję w nurcie poznawczo-behawioralnym, który opiera się między innymi na badaniu przekonań – o sobie, innych i świecie. Coraz częściej bada się też, w jaki sposób nasze przekonania wpływają na seksualność, przyczyniając się do powstawania dysfunkcji seksualnych.

Przekonania te przeważnie wynosi się z domu. Na przykład matka powtarza córce, żeby uważała, bo „zdrada leży w naturze mężczyzn”, „że on zrobi jej dziecko i zostawi na lodzie”. Córka dostaje przekaz, że wobec mężczyzn należy zachowywać czujność, być nieufną i zdystansowaną. Nie może i nie chce dać się wykorzystać i zranić. Nawet jeśli nie zdaje sobie sprawy ze swojego nastawienia do mężczyzn i seksu, ujawnia się ono w relacji erotycznej. Z takim nastawieniem do drugiego człowieka trudno się zrelaksować, oddać przyjemności, pozwolić na luz, a co dopiero osiągnąć orgazm.

Zwłaszcza jak dochodzi do głosu przekonanie, że „kobieta powinna się szanować”.

Miałam pacjentkę, która była przekonana, że jako kobieta powinna się szanować. To, co pociągało ją w łóżku, było jednocześnie tym, co w jej mniemaniu stawia ją w złym świetle. Myślała, że jeśli opowie mężowi o swoich fantazjach seksualnych, uzna ją za kobietę wyuzdaną. Jej przekonania pozostawały w konflikcie z potrzebami, w konsekwencji wywołując frustracje, złość na siebie i niezadowolenie z życia erotycznego, co uniemożliwiało osiągnięcie orgazmu.

Inna pacjentka wyniosła z domu przekonanie, że wszyscy mężczyźni są obrzydliwi pod względem fizycznym. Jej matka często mówiła o mężczyznach, że wyglądają obrzydliwie. Ta kobieta uczyła się nieświadomie i od najmłodszych lat, że mężczyźni są okropni i odpychający fizycznie. W czasie kontaktów seksualnych ze swoim stałym partnerem nie czuła podniecenia, a wręcz odwrotnie, obrzydzenie. Nie mogła się odprężyć, zaangażować w pieszczoty, nie mówiąc o osiągnięciu orgazmu.

Kolejna uważała, że dla męża należy się poświęcać, jego potrzeby przedkładać nad swoje. I nie chodzi tylko o seks – choć faktycznie uznawała, że jej satysfakcja z seksu i orgazm są mniej ważne – ale niemal o każdą dziedzinę życia.

Bo przekonania, o których rozmawiamy i zasady rządzące naszym życiem, są często bardzo uogólnione, dotyczą wszystkich sfer życia. Od tych zasad nie ma wyjątków, „kobieta ma się szanować” i tak ma być zawsze. Poza tym zasad się nie łamie.

W osiągnięciu orgazmu przeszkadzają też konflikty psychiczne, które mogą mieć podłoże religijne. Na przykład Kościół katolicki, ale nie tylko, nie akceptuje seksu przed ślubem. Pewnie dla większości ludzi „dochowanie czystości” jest ponad siły. Złamanie tej zasady może jednak wywoływać w osobie wierzącej głębokie poczucie winy, które z kolei utrudni radosne przeżywanie seksu.

Jest jeszcze inne przekonanie – że orgazm orgazmowi nierówny.

Zapewne chodzi o dawno już obalony mit, który ufundował nam Zygmunt Freud. Twierdził on, że orgazm pochwowy jest bardziej dojrzały i lepszy niż ten uzyskany przez stymulację łechtaczki. Freud bardzo wiele wniósł do wiedzy o seksualności, w tym seksualności kobiet, ale w kwestii orgazmów się pomylił.

Dziś wiadomo, że podział na „lepszy” i „gorszy” orgazm nie ma uzasadnienia w badaniach naukowych. Obydwa orgazmy są równorzędne. Reakcja orgastyczne – m.in. skurcze mięśni wokół miednicy, pochwy i macicy – jest takie samo, niezależnie od typu orgazmu. Zresztą niewiele kobiet potrafi osiągnąć orgazm wyłącznie przez stymulację pochwy i często orgazm pochwowy jest osiągany częściowo dzięki stymulacji łechtaczki. A w ogóle sprawa nie jest tak prosta, jak mogłoby się wydawać. Osiągnięcie orgazmu to w przypadku kobiet kombinacja różnych czynników: biologicznych, kulturowych, społecznych, psychologicznych.

To może zacznijmy od początku, czyli od biologii.

Ja bym powiedziała, że jednak początek jest w głowie – tu zaczyna się orgazm. Trudno go osiągnąć bez podniecenia, które ma zarówno komponent fizjologiczny, jak i poznawczy: oceniamy, że partner jest atrakcyjny, podoba nam się, mam ochotę być z nim blisko. To świetny początek.

Czasem brak orgazmu wynika z niewłaściwej stymulacji: zbliżenie trwa zbyt krótko, umiejętności obojga partnerów są niewystarczające. Ale tu wracamy do wcześniejszego wątku – rozpoznania swoich potrzeb. Znowu, bez rozmowy ani rusz. Jednak otwarta rozmowa o seksie wymaga sporych umiejętności komunikacyjnych, których z reguły nie mamy. Trzeba też dużej odwagi, by się odsłonić, mówić o sobie, swoich pragnieniach i potrzebach. Lęk przed zranieniem może odstręczać od otwartej rozmowy.

Jest też tak: edukacja seksualna kuleje, za to dobrze ma się przekaz, że o „seksie się nie rozmawia”. Nic dziwnego, że niewiele kobiet znajduje w sobie odwagę, by powiedzieć: „Wiesz, chciałabym, żebyś stymulował moją łechtaczkę bardziej intensywnie”. W ogóle ludzie mało ze sobą rozmawiają. Efekty są takie, że kobiety udają orgazm, a mężczyźni udają, że tego nie widzą.

Czy osiągania orgazmu można się nauczyć?

Nawet trzeba. Generalnie kobiety uczą się orgazmu, nie tak jak mężczyźni, którym jest on dany – towarzyszy ejakulacji. Treningiem seksualności może być na przykład masturbacja. Dzięki niej kobiety poznają, jakie sfery erogenne są szczególnie reaktywne, jaki rodzaj dotyku sprawia im najwięcej przyjemności. Im większa wiedza o swojej seksualności, tym większe szanse na orgazm.

Warto pamiętać, że seks to nie jedyna sfera życia, w której dążenie do celu jest ważniejsze niż sam cel. Zamiast zafiksowywać się na orgazmie, lepiej skupić się na budowaniu bliskości i intymności, pieszczotach, dotyku, zabawie.

Orgazm jest fantastycznym przeżyciem, ale jeśli myśl, czy go przeżyjemy, czy nie, niszczy życie seksualne, to może lepiej sobie odpuścić?

Anna Morawska

Magdalena Zaborowska-Piecuch – psycholog kliniczny, psychoterapeuta poznawczo-behawioralny, seksuolog kliniczny, superwizor Polskiego Towarzystwa Seksuologicznego, biegły sądowy w dziedzinie seksuologii.

Doświadczenie zawodowe zdobyła w Poradni Zdrowia Psychicznego w Warszawie, Poradni Seksuologicznej i Patologii Współżycia Szpitala Nowowiejskiego, odbywając staże oraz prowadząc konsultacje psychologiczne i psychoterapię w prywatnym gabinecie. W swojej pracy bazuje na podejściu poznawczo-behawioralnym oraz terapii schematów. Pracuje pod stałą superwizją.

Jako wykładowca współpracuje z Uniwersytetem SWPS oraz WUM, gdzie dzieli się swoją wiedzą z zakresu seksuologii z uczestnikami studiów podyplomowych. Prowadzi warsztaty i szkolenia, m.in. dla Fundacji Żyjmy Zdrowo.

Zobacz także

Group 426 Group 430 strefa zarzadznia logo 05 logo white kopia